Jest czerwiec 2012 roku, studiuję w Szkole Filmowej w Łodzi, choć nie wiem, czy studiowaniem nazwać to można. Rozrywam się między niespełnionymi ambicjami, brakiem wiary w siebie i wielkimi krainami, po których wędruję tylko w wyobraźni. Szukam dookoła siebie szaleńców, szukam ludzi, którzy chcą więcej.
Ten dzień jest wyjątkowo zasnuty nicością, pamiętam każdą jego sekundę. Ciepło, choć deszczowo i szaro, rozmawiamy z Mattem, zwykłym chłopaczkiem z mojej uczelni, po zajęciach na przystanku.
– Jest na Pacyfiku wyspa Pitcairn. Najmniejsza demokracja na świecie i mieszka tam 50 ludzi. Nie wpuszczają tam ludzi z kamerą. Świetnie byłoby zrobić kiedyś taki film o szukaniu szczęścia na końcu świata i sportretować to miejsce. Kiedyś jak będziemy coś znaczyć w filmie, gdy będziemy wielcy.
Videos by VICE
Odjeżdżam tramwajem, chyba myślę o tym, co powiedziałem Mattowi. To kolejna wielka myśl, znowu w mały dzień. Parę dni później odzywa się Matt, wysyła mi SMS „Wpadnij do mnie pogadać”. To dziwny dzień, w rodzinnym Poznaniu jest wtedy jakaś piłkarska feta, pełno policji, po drodze spotykam kolesi, którzy kiedyś chcieli mnie pobić i nie zapomnieli o tym – dziwne napięcie wisi w niebie jak w początku Ogniem i Mieczem Sienkiewicza. U Matta rozmawiamy o wszystkim, naszych pierwszych filmowych próbach i niepowodzeniach, ambicjach i złudzeniach. W końcu słyszę słowa, które zmienią nasze życia „Opowiedz mi więcej o Pitcairn”.
Rozmawiamy nakręceni całą noc, pijemy i naznaczamy braterstwem krwi nasze marzenie. Zbierzemy jakoś środki i nakręcimy pierwszy pełnometrażowy film dokumentalny na wyspie Pitcairn, jednej z najbardziej odizolowanych wysp na ziemi i zrobimy to teraz. Nie mamy nic, co mogłoby być pomocne w realizacji takiego projektu, środków finansowych, znajomości i… kamery. Jak mawia Werner Herzog, nie proś o pozwolenie, ale o przebaczenie. Kamera się znajduję i realizujemy filmik promocyjny, który rozpoczyna naszą drogę na Pitcairn. Do dziś przecieramy oczy ze zdumienia, że coś takiego miało rację bytu, ale mimo technicznej żenady wszędzie był nasz pierwiastek prawdy, który jak gwiazda polarna przeprowadzał nas przez sztormy.
Film promujący zbieranie funduszy z 2012 roku
Rząd Pitcairn po czterech posiedzeniach wydaje nam zgodę na kręcenie. Znajduję się pierwszy sponsor, szalejemy ze szczęścia jak dzieci, ale mnóstwo pracy jeszcze przed nami. Co chwilę jeździmy na wywiady, próbujemy i szukamy. Znajdują się pieniądze, znajduję się firma, która nieodpłatnie wypożycza nam świetny sprzęt filmowy. Mamy moralne wsparcie od ludzi z Polski. Naturalnie jest wiele sceptycznych głosów, ale dziś myślę, że byliśmy na nie ślepi, byliśmy oczarowani naszym marzeniem, głupi, naiwni, i dobrze błogosław Boże niewiedzy i idealizmowi. Na samą realizację wyprawy na Pitcairn potrzebowaliśmy 70 tys. zł. Wtedy sądziliśmy, że to wyczyn. 20 tys. kilometrów od domu cztery samoloty, dwa statki i nasze wielkie wyzwanie.
Marzenie się spełnia, wędrujemy z kamerą po pacyficznej wyspie. Matt nurkuję i kręci oceaniczne żółwie, wciskamy się coraz głębiej w codzienne życie mieszkańców. To miejsce jest niejednoznaczne, skomplikowane raz ujmuję, a raz sprawia, że o naturze ludzkiej nie wiem nic, co ja tu robię? Każdego dnia podejmujemy wiele decyzji pierwszy raz w życiu. Huragan zatrzymał nasz statek, kiedy wracamy? Matt, pójdziesz do jaskini o wschodzie, bo potrzebujemy timelapse, hej świetnie byłoby nagrać rekina.
Przed wyjazdem z Polski zrobiliśmy akcję promocyjną pt. „Marzenie w butelce” i pozbieraliśmy listownie od różnych ludzi ich marzenia. Listy spoczęły w butelce, którą zakopaliśmy na skraju wyspy obok basenu św. Pawła – monumentalnej skalnej bramie przypominającej wrota do miejsca gdzie kończy się świat ludzi, a zaczyna królestwo bogów oceanu. Siadamy na zboczu, otwieramy sobie piwo, zagraliśmy na nosie wszystkiemu, co mówiono nam wcześniej o wielkich marzeniach. Schodzimy do wnętrza basenu, podobno pływają tam mureny. Gdy cię ugryzą, trzeba łamać im szczękę. Jawią się w naszej wyobraźni jako potwory strzegące bram. Zaczynamy upajać się tą nierealną sytuacją, żyjemy na skraju realizmu i mitu.
W końcu udaję się nam złapać statek powrotny do domu. Z pokładu Caledonian Sky ponton zabiera nas do wysp Gambiera gdzie czeka nas przeprawa małą łodzią na pacyficzne lotnisko. W ciągu paru dni przemierzamy pół kuli ziemskiej. Z naszej wielkiej pacyficznej przygody powracamy do polskiej rzeczywistości. Choć trudno mówić o powrocie, bo przez kolejne dwa miesiące mentalnie jesteśmy 20 tys. km od domu. Ocieramy się tylko o realizm dnia codziennego. Jedziemy na wywiad pierwszy, drugi, czterdziesty. Telewizja, radio, internet, prasa. Połowy tych wywiadów nigdy nie widzimy na oczy, zlewają się nam w jedno.
Wciąż rozmawiamy o marzeniach, bo w istocie chodzi o nie oraz o przekroczenie pewnej granicy, z której nie ma powrotu. Dużo się bawimy i ciągle płoniemy nasza ideą. Zasypiamy i budzimy się zahipnotyzowani pomysłami i światem, który chcemy wykreować. Zapraszają nas do paru programów, przyjeżdżamy tam niesamowicie skacowani i roześmiani. Nawet nie wiemy jak w tych prymitywnych formach telewizyjnych opowiedzieć o masie emocji, które rozrywają nas każdego dnia. Jak ukryć fakt, że w naszych głowach już nigdy nic nie będzie takie samo. Zaczynamy chyba rozumieć, jaki jest ten kraj, wszyscy są żądni krwi i zwady. Jaki idealizm, o co wam chodzi, co chcecie przekazać, gdzie konflikt. My twardo, ale nie bezmyślnie – marzenia.
Nie jesteśmy cyniczni czy przeszkoleni, nasze słowa nie są wystudiowane. W każdym wywiadzie, rozmowie, ustaleniach o ewentualnej współpracy czy pomocy jesteśmy szczerzy. Szczerzy aż do bólu, bo nie widzimy powodu, dla którego czyjekolwiek zdanie miałoby nas jakkolwiek obchodzić. To nie arogancja, czy samouwielbienie. Spełnienie marzenia uwalnia w nas tak wielkie pokłady dobrej energii, którą chcemy się dzielić, że nie obchodzą nas żadne gówniane gierki czy polityczna poprawność. Dziś już wiemy, że świat woli, gdy mówisz półprawdami zamiast wprost.
Cała konstrukcja naszych żyć jest w rozsypce, ale podporządkowaliśmy się świętemu chaosowi i byle do celu. Podczas montażu sypiam, gdzie się da, śnię o wyspach, oddycham swoją ideą i ona za chwilę utkwi mi w gardle. Któregoś dnia idziemy zaraz po montażu z Mattem do pubu pod akademikiem szkoły filmowej. Rozpiera nas energia więc zaczynamy tańczyć. Niestety nikt nie podziela naszego entuzjazmu, więc podrygujemy sami przez godzinę jak idioci, żeby na końcu paść na posadzkę, leżeć, śmiać się. Jakiś chłopak pomaga mi wstać i mówi, że studiuję fotografie potem pyta, czy słyszałem o projekcie Pitcairn. Odpowiadam: „Nie słyszałem, opowiedz…”.
Pewnego dnia jadę pociągiem do szkoły filmowej na montaż, jest zima, więc pociągam nosem. Pani w przedziale podaję mi chusteczkę do nosa, potem podaję drugą mówiąc „proszę na tej drugiej autograf”. Jest mi głupio i niezręcznie, więc pytam, czy jest tego pewna. Kobieta opowiada, że pracuję w Niemczech i widuję się z córką raz na 3-4 tygodnie i mam tam napisać coś jej córce, żeby mogła użyć tego kiedyś jako motywacji dla niej. Jest mi w pewnym sensie bardzo miło, ale ciężar takich słów poczuję później. To bardzo pozytywne wspomnienia. Okazuję się, że wielu ludzi, spotykając mnie i Matta, odczuwa potrzebę dzielenia się swoimi wielkimi planami. Od młodych alpinistów, po starych żeglarzy. Dla nich nie jesteśmy ani aroganckimi gówniarzami, ani lekkoduchami, ale marzycielami i tyle. Hej chłopaki z Pitcairn, mogę sobie zrobić z wami zdjęcie?
Łapiemy coraz więcej dystansu, to wszystko chwilowe i złudne. Trochę się zaszarżowaliśmy, można powiedzieć, że ostro poniosła nas ułańska fantazja. Chcieliśmy dorównać jakkolwiek w pełni profesjonalnym i dobrze sfinansowanym produkcjom filmowym, tyle że nie mieliśmy takiej opieki, ani wsparcia dużego studia czy państwowej instytucji. Sypie się parę rzeczy, a obiecana pomoc okazuję się nic niewarta. Umiesz liczyć, licz na siebie, zostajemy sami, ale na szczęście mamy przyjaciół i rodzinę. Wpadamy w wielką dziurę, postprodukcja filmu dłuży się niemiłosiernie, a za coś trzeba żyć. Nasza bańka marzeń pęka, a my czujemy oślepiający blask rzeczywistości i można powiedzieć, że dostajemy oparzeń na całym ciele, rzecz jasna na własne życzenie. Mieliśmy skończyć film i robić następny – jeśli nie to, to co niby teraz? Serio nikogo nie obchodzi, że się nam udało to wszystko bez wielkiego wsparcia?
Te wszystkie projekty za wielomilionowe budżety, kompletnie o niczym, bez idei zapadającej widzowi w pamięć, skąd to się bierze? – pytamy. Dajcie nam połowę tej kasy, to położymy wszystkie układy i każdy będzie wiedział, że wszystko jest możliwe. Wszystko jest możliwe, jeśli masz w sobie płomień prawdy, który prowadzi cię jak gwiazda polarna przez sztormy.
– Marek uspokój się i napij, potem polej dwa piwa.
Tak też zrobię, napiję się dużo więcej i uspokoję. Tak trochę chcieliśmy zapomnieć, że to Polska i wznieść się ponad, to wszystko. Obiecaliśmy sobie dystrybuować w kinach pełnometrażowy film dokumentalny, na który zbierzemy pieniądze i który zrealizujemy od zera. Wdech i raz, dwa trzy, cztery, wydech.
Premierę filmu mamy w dobrym miejscu, ogromna hala na wielkiej podróżniczej imprezie, potem jedziemy w trasę z filmem. Gdybyśmy mieli odpowiedni back-up, byłoby tych kin ponad sto czy dwieście – jednak my odwiedziliśmy chyba dwadzieścia i tak nieźle, jak na nasze możliwości, w paru miejscach film utrzymał się parę dobrych tygodni w repertuarze. Odwiedziliśmy parę festiwali, po każdym pokazie otwierającym prelekcja z publicznością. Bez wsparcia mediów, recenzji, środków na promocję, szerokiej dystrybucji.
Znowu wszystko załatwiamy sami, każda obiecana nam wcześniej ewentualna pomoc okazuję się czczą gadką. Nie istniejemy w głównym przewodzie przemysłu filmowego, więc nikt znaczący nie ma powodu, aby z nami rozmawiać. Wielkie pieniądze, ogromne fundusze i ludzie ślizgający się w dziwnych grach byleby je dostać, byleby zrobić cokolwiek. Już nie jest nam żal, bo dorośliśmy i czujemy, że o coś nam chodzi i wierzymy, że to ważne i nie musimy się nikomu z niczego tłumaczyć.
Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco
Tak naprawdę śmiejemy się głównie z siebie, ale nigdy nie odpuszczamy, cel musi być zrealizowany, a słowa nie są po to, aby rzucać je na wiatr. Wszystko dzięki naszemu płomieniowi prawdy, który ponownie prowadził nas jak gwiazda polarna przez sztormy. Na prelekcjach po filmie często pada pytanie, czy warto było, czy zrobilibyście to jeszcze raz?
Nie znam do końca siebie sprzed wyspy, bo nigdy nie poświęciłem tak wiele jednemu. Chyba tylko absolutne poświęcenie deprecjonuję to, kim jesteś, albo kim możesz się stać. Na pytanie, czy warto spełniać marzenia nie ma odpowiedzi tak banalnej, jak to pytanie. Spełnianie marzeń to nie komunał z paczki żelków albo piosenka Bajmu. Spełnianie marzeń to stan umysłu: uniwersum, w którym nie ma odgórnie ustalonych zasad, jesteś jedynym arbitrem i kodeksem, który w nim panuje.
Mogę się pokusić o stwierdzenie, że każdy marzyciel jest wyspą taką jak Pitcairn. Nikt się nigdy nie dowie się, jak tam jest, jeśli sam nie postawi nogi na jej ziemi. Możesz o tym czytać i upajać się romantyczną wizją samotnej wyspy wyrastającej pośród bajecznie błękitnej wody. Jednak uczucia zakopania butelki z marzeniami opisać się nie da. Tak jak nie da się opowiedzieć co czuję marzyciel stojący przed bramą św. Pawła i czy będzie to tylko skalny monument, czy prawdziwa brama do innego świata zależy tylko od ciebie.
Mój problem ze spełnianiem marzeń polega na tym, że nie potrafię traktować tego jako hobbystycznej odskoczni. Tak jak nie da kochać tylko trochę i nie da się pić whiskey przez słomkę z kubka. Moje pojmowanie spełniania marzeń, to nie wyścig z nagrodami, ani konkurs piękności. Gdybym zaczął szukać odpowiedzi, dlaczego to robię, pewnie momentalnie utraciłbym wiarę w sens działania. W jakiś dziwny sposób wierzę, że pewne sytuacje czy też cele czekają na nas zawieszone w kosmosie. Nie pytają się czy jesteś gotowy i czy masz na to ochotę, to się po prostu dzieje.
Ja wiem, że możesz kleić buty w Bangladeszu, albo jeździć na wózku inwalidzkim, rozumiem, że twój ojciec nie jest prezesem Shella ani dziennikarzem TVN-u. Spokojnie mój stary też nie jest prezesem czegokolwiek, a wielu lepszych ode mnie miało jeszcze ciężej. Tylko pamiętaj to nie wyścig i kiedy spełnisz jedno marzenie, poczujesz jak wiele rzeczy jest nieistotnych. Jak bardzo otoczenie obciąża cię swoimi kompleksami i niepewnością. Odkryjesz w sobie piękne prawdy, które często warto zostawić tylko dla siebie. Więc jeśli chcesz dotknąć gwiazd i czujesz, że stąpanie po ziemi to za mało, to wtedy tak, warto spełniać marzenia.
Pamiętaj jednak, to dość samotna droga i podejmujesz ją na własne ryzyko – tylko do siebie kieruj pretensje. Aha i jeszcze jedno, nie ma dobrego dnia na początek, każdego szkoda – więc do dzieła.
Śledź dalsze losy filmu Marka na Facebooku



