Festivals

Jak bawić się na festiwalu, kiedy czujesz się staro

OFF ma 10 lat i wielu jego miłośników (w tym ja) zestarzało się razem z festiwalem
10.8.16

Z portali i Facebooka spływają kolejne relacje z OFF Festivalu. Już wiesz, że to najbardziej pechowa odsłona, a Islam Chipsy okazał się być największą niespodzianką. Obejrzałeś zdjęcia na których Willis Earl Beal tańczy w masce na twarzy. Żałujesz, że nie słyszałeś tego koreańskiego zespołu, który zagrał na głównej scenie (Jambinai), bo niektórzy piszą że „najlepiej" a inni, że największy przerost formy nad treścią. I czujesz wyraźne FOMO, ponieważ w tym roku postanowiłeś wyjechać nad jezioro, bo poprzednim razem na festiwalu poczułeś po prostu, że jesteś za stary.

Jest coś, o czym coraz częściej wspomina się w narracjach o festiwalach. Mianowicie to, że są to wydarzenia męczące. Nie jeżdżę do Gdyni już od lat, ponieważ 80 tys. ludzi to zdecydowanie za dużo jak na jedno miejsce, a pół godziny przejścia od sceny do sceny nadwyręża mój kręgosłup. Nie, nie chcę pogodzić się z tym, że jestem narzekającym dziadem. W dalszym ciągu festiwal to miejsce, w którym liczę na muzyczne objawienia. Bo jest tak, że dobry koncert powoduje nagle ustąpienie bólu nóg i poczucia zagubienia spowodowanego nadwyżką osób przypadających na metr kwadratowy.

Pamiętam na OFFie koncerty, które zdjęły ze mnie odium zmęczenia: szalony set Dana Deacona, Factory Floor jeszcze przed wydaniem płyty, naprawdę magiczne Lenny Valentino i pełen estradowego przepychu w najlepszym wydaniu koncert Mitch and Mitch z Wodeckim. Zachwyt koncertem How To Dress Well i Mykkiego Blanco, przesuwającego granicę transgresyjności gdzieś hen poza horyzont. I co z tego, skoro wiem też, że nie wytrzymam dłużej niż do północy, a z roku na rok ta granica niebezpiecznie przesuwa się bliżej godziny 22? Wiem, że nie zniweluję zmęczenia pięcioma browarami czy drinkiem z Jagermaistera i skazana będę na trzeźwe odczuwanie zmęczenia i dodatkowych okoliczności – takich jak na przykład hałas.


Dla młodych ciałem i starych duchem. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Ta historia jest prawdziwa i dotyczy wielu z nas. OFF ma 10 lat i wielu jego miłośników (w tym ja) zestarzało się razem z festiwalem. Kiedy masz 27 lat spanie pod namiotem i trzy dni imprezy wydają się doskonałym sposobem na spędzanie czasu. Kiedy masz 37, w pociągu jadącym do Katowic odkrywasz nagle, że w sumie wolałbyś przez weekend nie wychodzić z domu i grać w Medieval Total War. Czy da się to pogodzić? Jak być starym człowiekiem („starym" w kategoriach młodzieżowych wydarzeń, czyli powyżej 34. roku życia) i przeżyć festiwal? Zrobiłam to dla was – pojechałam. To znaczy oczywiście głównie dla siebie, bo bardzo chciałam zobaczyć Lightning Bolt na żywo, a kiedy okazało się że do lineupu dołączył Powell to już w ogóle wiedziałam, że muszę.

LĘK PRZED ZMĘCZENIEM (KOPOFOBIA)

Podstawą jest hotel. Oczywiście nie musi być to od razu cztery gwiazdki z jacuzzi, Katowice oferują wspaniałą studencką bazę w postaci akademików i hoteli asystenckich. Ważne jest, żeby było łóżko i cisza. Przyjeżdżam wcześniej. Nie ma mowy o żadnym „prosto z pociągu idziemy na Niemoc na piętnastą". Wiem, że muszę się położyć, wymyć, przespać i dopiero wtedy jestem w stanie przekroczyć bramkę festiwalu.

Czas przyznać, że lubisz nie czekać w kolejce do łazienki

Czas pogodzić się z tym, że spanie w namiocie owszem, jest elementem festiwalowego folkloru, ale tylko o tyle, o ile kilka wypitych w strefie gastro piw pozwala ci znieczulić się na obecność kilku tysięcy innych osób dookoła. Czas przyznać, że lubisz nie czekać w kolejce do łazienki i chętnie korzystasz z możliwości nadrobienia odcinków Na Wspólnej na ekranie hotelowego telewizora. Może nie być ci z tym na początku łatwo, ale potem, kiedy okaże się, że nie pokłóciłeś się pijany przed snem ze swoją dziewczyną, podziękujesz sobie za swój starczy rozsądek.

LEPIEJ WCZEŚNIEJ NIŻ WCALE

Trudno przyznać się też, że nie dasz najprawdopodobniej rady wytrzymać do pierwszej i tym samym nie sprawdzisz hipsterskiego codeine-rapu w wykonaniu Yung Leana. Bardzo byś chciał, naprawdę. Oddychasz z ulgą, kiedy okazuje się, że Zomby jednak nie doleciał. To oznacza, że możesz się zwijać. Nie, nie jesteś malkontentem, jesteś po prostu już troszkę zmęczony. Obliczyłeś, że na trzeźwo jesteś w stanie wytrzymać na terenie festiwalu coś około czterech i pół godziny.

Obliczyłeś, że na trzeźwo jesteś w stanie wytrzymać na terenie festiwalu coś około czterech i pół godziny

Ale ma to swoje plusy. Jednym z najmilszych doświadczeń tego roku był dla mnie słuchany z perspektywy leżenia koncert polskiego składu JAAA!. Mogłam się domyślać, że skład w którym gra Marek Karolczyk (Napszykłat) i Miron Grzegorkiewicz (How How, Daktari) będzie dobry, ale przede wszystkim myślałam z przyjemnością o tym, że zarówno oni jak i grający wcześniej na scenie Electronic Beats SOTEI w niczym nie ustępują zagranicznym gwiazdom. To oczywiście z jednej strony kamyk do ogródka dyskusji na temat headlinerów na OFFie, z drugiej zaś kontinuum debaty zapoczątkowanej przez Unsound i jego „Surprise", podczas której ze względu na brak informacji o line-upie doszło do zrównania artystów polskich z zagranicznymi.

Te OFFowe koncerty, podobnie jak grająca wcześniej Liima, były dla mnie zupełnie nowym sposobem obcowania z muzyką – nazwałabym go marzycielskim. To nie było stuprocentowe współuczestnictwo, tylko coś w rodzaju przeniesienia się do utopijnej przestrzeni, słonecznej i przyjaznej. Wieczorne koncerty mają charakter wydarzenia klubowego, imprezy, a te wczesne przypominają że część uczestników wybiera się na festiwal właśnie w celu pobycia w mitycznej wspólnocie osób o podobnej wrażliwości. Że to czas zamkniętego święta, trochę jakby ktoś nałożył nam na rzeczywistości filtry z Instagrama.

Wczesna pora pozwoliła też zobaczyć dwa z bardziej intrygujących występów. Po pierwsze: „ekscentrycznego outsidera z Chicago", Willisa Earl Beala, czarnoskórego performera, który zabronił publiczności klaskać i gdy śpiewał swoje soulowe pieśni do podkładów puszczanych z telefonu, zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na publiczność. Po drugie: japoński kwartet Goat, bliźniaczy do występujących dwa lata temu Nisennenmondai. Słuchanie klasycznego rockowego składu brzmiącego idealnie jak muzyka elektroniczna, opartego na rytmicznych strukturach, w dalszym ciągu robi duże wrażenie, to trochę zagadka poznawcza, a trochę poczucie obcowania z bardzo odległą kulturą.

HAŁAS

Nigdy wcześniej nie widziałam na OFFie tylu rodzin z naprawdę małymi dziećmi. Wyposażone w koce, wózki i przede wszystkim słuchawki, dawały jasny dowód na to, że festiwal starzeje się razem ze swoją publicznością. Jeszcze kilka lat temu chronienie się przed hałasem na koncertach wydawało mi się jakimś rodzajem słabości bądź dziwacznego wysublimowania.

Jeszcze kilka lat temu chronienie się przed hałasem na koncertach wydawało mi się jakimś rodzajem słabości

Cztery lata temu odkryłam, że to co męczy najbardziej, to nieustające bombardowanie dźwiękami z jednej bądź drugiej dużej sceny. Od tamtej pory w kieszeni płaszcza przeciwdeszczowego noszę zatyczki. To pozwala mi (podobnie jak tym dzieciom) dłużej wytrzymać na terenie festiwalu. Cieszy mnie ograniczenie ilości dźwiękowych bodźców, np. jak likwidacja kina. Ponieważ starzeję się razem z Arturem Rojkiem i Jarkiem Szubrychtem, ostojami festiwalu, to proponuję, zupełnie serio, zastanowić się nad zagospodarowaniem jakiejś dźwiękoszczelnej przestrzeni, w której można byłoby nabrać sił na dalsze słuchanie.

PRZYRODA

Jest OFF Festival moim ulubionym ze względu na teren, na którym się odbywa. Niektórzy śmieją się z hasła „Katowice miasto ogrodów" a właśnie ta wszechogarniająca soczysta zieloność Doliny Trzech Stawów i tajemnicze ogródki działkowe tuż przy festiwalowym miasteczku czynią z OFFa festiwal przyjazny. Kiedy okazuje się, że progresywny jazz z jednej i folkowe eksperymenty z drugiej sceny nie przypadają nam do gustu, możemy po prostu położyć się pod drzewem. Drugi najpopularniejszy w kraju festiwal nie oferuje takiej możliwości – tam można co najwyżej schować się w schronie lotniska.

POKORA

Podczas koncertu Napalm Death Mark Greenway powiedział kilka razy, jak bardzo się cieszy że może występować dla publiczności, która być może nigdy wcześniej ich nie słyszała i nie usłyszałaby w ogóle, gdyby nie to, że grają na festiwalu. Dało mi to poważnie do myślenia, ponieważ jeszcze kilka lat temu czułam się w dziwnym obowiązku bycia kimś na kształt prawdziwego fana, człowieka który po zapoznaniu się z line-upem powinien znać dyskografię wszystkich występujących tam artystów. Koncert Napalm Death jest symptomatyczny dla mojej starości: znam ten zespół jako kultowy, polecano mi ich koncerty po tym, kiedy deklarowałam swój zachwyt Swansami, ale nie znam żadnej z ich płyt. Tak, dziękuję Wam organizatorzy właśnie za to, że miałam okazję skonfrontować się z legendą i jako starzec narzekać mogę tylko trochę na nagłośnienie, chociaż to trochę jak skarżenie się, że czołg jest brudny.

Jeszcze kilka lat temu czułam się w dziwnym obowiązku bycia kimś na kształt prawdziwego fana, człowieka który po zapoznaniu się z line-upem powinien znać dyskografię wszystkich występujących tam artystów

Pokora odgoniła mnie od komentowanej głośno przed festiwalem dyskusji o Żołnierzach Wyklętych w Kawiarni Literackiej. Tak, ja też na początku zadrżałam, kiedy usłyszałam o tej części programu, a potem uczestnictwo w tym wydarzeniu trochę na złość wydało mi się świetnym pomysłem. Im dłużej jednak o tym myślałam, o tym komentowanym z uśmiechem na ustach dziwacznym wydarzeniu, tym bardziej było mi jednak głupio. Żołnierze Wyklęci stali się pustym hasłem gry politycznej, a przecież byli żywymi osobami, rówieśnikami moich dziadków. Tak, to ewidentne, że OFF nie jest dobrym miejscem do realizowania polityki historycznej, ale gdzieś w tej ideologicznej walce po prostu szkoda mi tych, którzy z osób zamienili się w puste hasła. To trochę się nie godzi, uczestniczyć w tej nieczystej grze. I cieszę się, że w tej samej Kawiarni o ptakach opowiadał Stanisław Łubieński.

Nie dane jednak było mi go posłuchać, również ze względu na pokorę. W niedzielę rano bowiem zdecydowałam się na powrót do domu ze względów rodzinnych. Starość oznacza również, że rzucenie obowiązków takich jak praca i pojechanie na festiwal jest znacznie trudniejsze. Mój partner musiał znaleźć się wieczorem w Warszawie i stanęłam przed dziwnym dylematem: w końcu wydawało mi się, że lepem festiwalowym był dla mnie pierwszy koncert Lightning Bolt w Polsce (okazuje się, że Lightning Bolt zagrali w Polsce już wcześniej) oraz kolejna okazja do zobaczenia Powella, który jest moją ulubioną postacią sceny elektronicznej. Jednak musiałam odpowiedzieć sobie na pytanie: czy chcę błąkać się pomiędzy scenami i kolejkami do jedzenia (nie dziwię się tym kolejkom, w tym roku było wybitne) do 19? Czy – mimo tego, że na brak znajomych na festiwalu nie mogę narzekać – nie będzie mi po prostu smutno? Kiedyś takie rozwiązanie wydałoby mi się kompletnie niedorzeczne. Line up kusił polskimi występami Lotto i 67,5 minut projekt, nie wspominając o Mudhoney. Ale pomyślałam sobie, że nie będę się oszukiwać. Że jeszcze będzie okazja. I wsiadłam do pociągu.