Bokserzy to nie są normalni ludzie

Wspomnijmy najbarwniejszych i najbardziej odbiegających od ogólnie przyjętych norm polskich pięściarzy: Kosteckiego, Najmana i innych

|
sty 16 2016, 10:29am

Zdjęcie: Andrzej Gołota via Wiki Commons

„Boks to jest bardzo dziwny sport. Jakbym zaczął życie jeszcze raz, to byłaby ostatnia rzecz, za jaką bym się wziął" – mówił w chwilach szczerości niepodrabialny Andrzej Gołota. Nie da się ukryć, że wybranie tego właśnie zajęcia jako sposobu na zarabianie pieniędzy na życie nie jest przeznaczone dla ludzi do końca zrównoważonych. Dla większości z nas wyzwanie leży już w przełamaniu się, aby w ogóle móc uderzyć drugiego człowieka, podczas gdy ci goście regularnie pozwalają robić ze swojej twarzy tatara.

Jednocześnie jest sporo zagadki w tym prostym naparzaniu się po mordach i atawistycznej potrzebie udowadniania, kto jest silniejszy – ciężko znaleźć dyscyplinę, w której zawodnik nawet tak bardzo nie mierzy się z przeciwnikiem, jak z własnymi słabościami. I to chyba właśnie dlatego w boksie jak w mało którym sporcie da się znaleźć tylu ocierających się o autodestrukcję i problemy z prawem świrów. Kolesie, którzy jednym strzałem byliby w stanie posłać cię na OIOM albo do plastikowego worka, zdecydowanie częściej niż inni mają spore problemy z wygraniem z samym sobą. Polskie podwórko nie jest pod tym względem żadnym wyjątkiem.

W przypadku części z nich jest to związane ze środowiskiem, z którego wyrastali – boks zawsze przyciągał biedotę, bo bywał jedyną nadzieją na to, żeby się wyrwać ze swojego często patologicznego otoczenia. „Bij ile sił, z tego nieźle można żyć, jeśli ty utrzymasz się, nas utrzymasz także" – te słowa zespołu Bielizna z utworu Stefan wzięło sobie do serca wielu zawodników. Co do części z nich potwierdziło się też, że pomimo zdobytej renomy i osiągniętych sukcesów w ich głowach pływają nieźle poryte mózgi. Jedni rozklejali się na ringu, drudzy wzbudzali konsternację, kiedy dawali przemówić swoim ustom, a nie pięściom, jeszcze inni okazali się zwykłymi bandziorkami. Na chwilę przed walką Artura Szpilki z Deontayem Wilderem, wspomnijmy najbarwniejszych i najbardziej odbiegających od ogólnie przyjętych norm polskich pięściarzy.

„Kiedy naćpany zoloftem albo przynajmniej ujarany zobaczyłem Gołotę na ważeniu, spanikowałem. Był wielki i szalony, a na plecach miał duże czerwone krosty od sterydów. Wyglądał jak jebany trędowaty. Co ja robię z tym świrem – myślałem bez przerwy w domu, więc zapaliłem skręta i już po pierwszym machu poprawił mi się nastrój" – Mike Tyson

Nieprzespane noce połowy narodu, bezprecedensowe pięć niewykorzystanych okazji na zdobycie pasa mistrza świata, wynalezienie nowej jednostki czasu „jednej gołoty" i obszerne skróty walk w Teleexpressie – głównie z tego pamiętamy życie i twórczość Andrzeja Gołoty po zakończeniu przez niego kariery. Zadziwiające, że choć jak mało kto definiował on w polskim sporcie porażkę i zawód w decydujących momentach, rodacy nigdy nie przestali w niego wierzyć i dawali się nabierać na kolejne zapewnienia, że lewa ręka Andrzeja ciągle działa, a on sam jeszcze nigdy nie był tak świetnie przygotowany do kolejnej walki.

Andrew jak mało kto symbolizował rozbudzone ambicje kraju, który tuż po transformacji potrzebował szybkich i wielkich sukcesów na arenie międzynarodowej do podbudowania swojego wiecznie wątłego ego. Stał się fenomenem popkulturalnym: to na etapie zbiorowego społecznego pierdolca na punkcie Gołoty, Kazik nazywał jego imieniem swoje piosenki, a Marcin Daniec dzięki skeczowi o bokserze windował popularność swojego wąsatego kabaretu.

Wydawało się, że kariera w stylu American Dream jest Gołocie pisana – kiedy obijał najlepszego wówczas w wadze ciężkiej na świecie Riddicka Bowe'a (ten dzisiaj tak się stoczył, że za 5 dolców napisze każdemu na Twitterze, że jest zajebisty), w jednej chwili z nikomu nieznanego pięściarza stał się ambasadorem Polski za granicą. To również wtedy w jego charakterze ujawniła się jedna rzecz, na którą z początku nie zwrócono uwagi, a powróciła ze zdwojoną siłą w rewanżu z Bowe'em: Andrzej był totalnie niezdolny do utrzymania ciśnienia. Nawet kiedy wyraźnie wygrywał, to uciekał się do niedozwolonego uderzania poniżej pasa. Dlaczego to robił? Za pierwszym razem prezydentowi Kwaśniewskiemu odpowiedział „Bo mnie wkurwił". Gdy drugą walkę ponownie zakończył ciosami w krocze rywala, był w stanie tylko bąknąć „Jestem głupi".

Słaba psycha wyszła na jaw jeszcze raz podczas słynnej i totalnie nieoczekiwanej ucieczki z ringu podczas walki z Mikiem Tysonem. „Bestia", całkiem słusznie uznający się za największego psychopatę świata boksu, dość obrazowo opisał potyczkę z Andrzejem w swojej autobiografii: „Kiedy naćpany zoloftem albo przynajmniej ujarany zobaczyłem Gołotę na ważeniu, spanikowałem. Był wielki i szalony, a na plecach miał duże czerwone krosty od sterydów. Wyglądał jak jebany trędowaty. Co ja robię z tym świrem – myślałem bez przerwy w domu, więc zapaliłem skręta i już po pierwszym machu poprawił mi się nastrój. Jebać gościa, pomyślałem. W ringu stało się coś, w co nie mogłem uwierzyć.

Nigdy w życiu nie widziałem, żeby zawodowy pięściarz tak się zachował. Po walce Gołota twierdził, że zrezygnował, bo po moich uderzeniach czuł się skołowany, ale prawda jest taka, że stchórzył. Był jednym z tych kolesi, na których presja działa tak, że po prostu tracą głowę i nie wiedzą, co mają robić". Tak, dobrze przeczytaliście, Gołota nie dał rady Tysonowi, co nie jest akurat żadnym powodem do ujmy, ale Mike dał mu też spory handicap podchodząc do pojedynku nabakany, co raczej nikogo nie podkręca do wybuchów agresji.

Na emeryturze widać, że uprawianie wyczynowego sportu zrobiło Gołocie olbrzymią krzywdę. Facet wydaje się niestety smutnym obrazem encefalopatii bokserskiej – powiedzenie składnego i zrozumiałego zdania idzie mu bardzo topornie, co jest bez wątpliwości wynikiem wieloletniego odkładania się urazów czaszki i układu nerwowego. W reklamówce zachęcającej do wzięcia udziału w spisie ludności (i przypominając też trochę Ala Bundy'ego) przedstawił się w sposób, który można było zrozumieć jako „Hi, I'm Andrew Golara, professional fire".



Przed swoją ostatnią walką na pytanie, czy lubi wyznaczonego mu przeciwnika, Danella Nicholsona, Gołota błysnął dowcipem: „Jest czarny, ciężko go lubić". W jakiej opozycji stoi to wobec mało znanego lirycznego odcienia jego osobowości, gdy pisał, jak to sam określił, prozę komponowaną dla Wisławy Szymborskiej!

Jako przeciwieństwo Gołoty funkcjonował Tomasz Adamek, który przez bardzo długi czas uchodził w Polsce za wzór profesjonalnego sportowca. Poukładany, unikający skandali, otwarcie mówiący o swoim przywiązaniu do rodziny i religii, uosabiający etos naszego chłopaka z samiuśkich gór, któremu udało się za granicą, ale też postrzegany jako nudny i bez odrobiny jakiejkolwiek fantazji. Nie do końca temu Adamkowi kibicowaliśmy, bo tak naprawdę to jednak lubimy, jak bokser jest nieobliczalny i ma trochę nie po kolei w głowie – a „Góral" faktycznie długo takich objawów nie zdradzał.

„Boks to moja praca, ciężko trenuję, dzięki wierze mogę wszystko" i inne równie odkrywcze wypowiedzi przykrywały nawet otwarte popieranie Ligi Polskich Rodzin, ale zwalało się to wówczas bardziej na prostotę charakteru Adamka. Chłop się bije za pieniądze, mądrze gadać nie musi. Jak jednak w pewnym momencie wielka forma się skończyła, pasy Polsatu trzeba było oddać młodszym, to Adamek walnął taką bombę, że ciężko się było pozbierać. Facet, którego na ringu rozczytać był w stanie tylko starszy z braci Kliczko, dał się jak dziecko omotać... Zbigniewowi Ziobro i zgodził się kandydować do Parlamentu Europejskiego, zaliczając jedną z najgorszych kampanii w ostatnich 25 latach w Polsce.

Mniejsza z tym, że „Góralowi" wydawało się, że można zostać politykiem w sekundę, bo to kilku osobom się udało – gorzej, że gość tak się wkręcił w spiralę misjonarskiego absurdu, że bez poczucia żadnego wstydu zaczął mówić Krystyną Pawłowicz: że Polska jest wyprzedawana, należy bezwzględnie walczyć z aborcją, a gejów powinno się leczyć egzorcyzmami.

Co chciał tym osiągnąć akurat w Brukseli, nie za bardzo wiadomo, ale schemat „głosujmy na mnie, bo jestem znanym sportowcem i jeszcze dobrym katolikiem" nie wypalił. Adamek dostał 11 tys. głosów, w wyborach przepadł sromotnie i powrócił do boksowania. O tym przedziwacznym politycznym epizodzie ciężko jednak będzie zapomnieć. I pomyśleć, że kiedyś tylu z nas poważnie rozważało kupno szlafroka z napisem Team Adamek!

Zupełnie inny przypadek to Marcin Najman. Pięściarz z Częstochowy nazwany prawdopodobnie przez samego siebie El Testosteron (ciężko mi wyobrazić sobie kogoś, kto byłby w stanie na poważnie wymyślić dla drugiej osoby tak niedorzeczną ksywkę) to jedna z najbardziej intrygujących postaci w całym naszym sporcie. Nie powinno się chyba przecież aż tak łatwo zostawać zjawiskiem medialnym bez praktycznie żadnych większych osiągnięć na ringu, prawda? Pod względem stricto sportowym Najman to przecież czysta, niczym niewymuszona radosna beka. Gościa znamy przecież głównie z przegranych walk MMA z Pudzianem, kiedy strongman pogonił go w stylu znanym z dworcowych rewirów „dawaj komórę frajerze, bo jak nie to dostaniesz w schaba" i Hardkorowym Koksem, który twierdził, że aby pokonać Najmana nie trzeba nawet trenować, wystarczy tylko zjeść trochę arbuzów.

Jako bokser El Testosteron nie prezentował się w żaden sposób wybitnie – ot, solidnie punktował leszczy o umiejętnościach przygrubych bramkarzy z dyskotek, po czym nieoczekiwanie wyrobił sobie nazwisko w celebryckim bagienku, rzekomo kradnąc żonę byłemu kumplowi Salecie, a trzecioligowej piosenkarce cnotę w „Big Brother VIP". W międzyczasie poszedł jeszcze na kosę z Nergalem i połową jury Top Model.



I w tym momencie, kiedy wydaje ci się, że Marcin Najman to totalne pośmiewisko i karykatura fightera, lądujesz z nim na jednym weselu. Patrzysz na gościa w białym garniturze, zaczynasz targać łacha, bo jeszcze tego tylko oprócz niezniszczalnych wujków brakowało, aż tu nagle facet swoimi wielkimi jak dobrze wypieczone bochny chleba łapami zaczyna grać na fortepianie Chopina dla młodej pary. I idzie mu to bez problemu, koleś gra tak, jakby to było dla niego splunięcie. Gały wychodzą ci na wierzch, kiedy dowiadujesz się, że Najman jest po szkole muzycznej i potrafi też grać na basie, kontrabasie, generalnie wszystkim, co ma cztery struny.

Wtedy do głowy przychodzą ci dwa pytania – czy może dla brechtu założyć z nim zespół, ale przede wszystkim jak to się stało, że ten w gruncie rzeczy niegłupi, w miarę rozsądnie wypowiadający się i może nawet zdolny facet bez cienia zażenowania przyjął sobie wizerunek klauna i synonimu kiepścizny. Dla hajsu, dla sławy? Jeśli dla bycia znanym to chyba są jednak lepsze sposoby na wyróżnianie się z tłumu, niż bycie bohaterem żartu „ej, wiecie jak Najman zamawia drinka?".

Myśląc o bardziej ulicznych klimatach, nie da się w tej grupie pominąć Dawida Kosteckiego. Ostra patologia w życiu tego boksera obecna była od samego początku. Chłopak na pewno nie miał łatwego życia jako dziecko Roma i Polki. Od małolata musiał budować swoją wartość w walkach na pięści, szybko zaliczył pierwszą odsiadkę za dziesionę, a sama rodzina hajs kręciła na prowadzeniu agencji towarzyskiej. Kiedy jego wuj został zastrzelony przed burdelem, którym kierował, Kostecki był pierwszy w linii do zaopiekowania się osieroconym biznesem, w czym pomagała mu zorganizowana obstawa w osobach siostry, ciotki i grupy kolesi.

Z czasem „Cygan" był coraz mocniejszy nie tylko na mieście, ale i w ringu. Kolejne wygrane walki, coraz większa rozpoznawalność, życiorys inspirujący młodych napinaczy, uściski rąk z politykami, aż w końcu gruchnęła wieść, że bokser dostał dwa i pół roku za czerpanie korzyści z prostytucji. Uwierzcie, że w Polsce naprawdę muszą istnieć przeciwko tobie bardzo mocne dowody, żeby dostać wyrok za takie zarzuty.

„Polish Gipsy" twierdził, że ze sprawą nie ma nic wspólnego, a we wszystko wrobił go wysoko postawiony, skorumpowany policjant. Tym samym koło nosa przemknęło mu największe życiowe marzenie – zaplanowana już walka z legendą boksu lat 90., a ostatnio też nowym ziomkiem Putina, Royem Jonesem Jr. Po wyjściu z pierdla Kostecki nie pozwalał, żeby było o nim cicho – został zawieszony na dwa lata za stosowanie dopingu, a nawet założył videobloga, gdzie eksponując swoje tribale nagrywał różnego rodzaju przemyślenia czy też komentarze odnośnie działalności Zbigniewa Stonogi, jak również śpiewał disco polo z Arturem Szpilką.

Pod koniec roku „Cygan" znalazł się w szpitalu w stanie ciężkim po próbie samobójczej. O tym, czy rzeczywiście targnął się na swoje życie, czy może ktoś próbował mu w tym pomóc spekuluje się do dziś. Sam pięściarz od tego czasu jeszcze ani razu nie pokazał się publicznie.

„Jeżeli będzie Grunwald, to ty będziesz Krzyżakiem, that's it!" – Artur Binkowski

Krajobraz dziwaków na pewno nie byłby pełen bez boksera, który mógłby reklamować swoją twarzą społeczne kampanie antymefedronowe – Artura Binkowskiego. Polski emigrant z Kanady, który w dorobku miał nawet zagranie w filmie z Russellem Crowe, wpadł przelotem do kraju dwa lata temu, gdzie miał zmierzyć się z Krzysztofem Zimnochem. Już na pierwszej konferencji prasowej okazało się, że albo gościa nieźle musiał ponieść melanż, albo już naprawdę za dużo zebrał w życiu po japie.

Rywala na dzień dobry wyzwał od konfidentów, od niechcenia przejechał się po swojej teściowej, przy czym bełkotał jak po chamskim trzydniowym chlaniu, a jego mocno rozbiegany wzrok kazał pytać, czy Binkowski dla rozluźnienia kilkanaście minut wcześniej nie zaaplikował sobie spida w kiblu. Zapominał zadawanych pół minuty wcześniej pytań, błyskawicznie zmieniał tematy, skacząc z wątku na wątek, nie potrafił rozpocząć zdania inaczej niż „Ty..." – przepytujący go dziennikarze musieli mieć grubą rozkminę, co to w ogóle jest za postać.

Binkowski prezentował swoje dość absurdalne pojmowanie rzeczywistości w jowialnych groźbach o tym, że „jeżeli będzie Grunwald, to ty będziesz Krzyżakiem, that's it!", niecodziennych analizach polityczno-społecznych („Kanada to jest kolejny stan Ameryki, wiesz mają te wszystkie McDonaldsy") z których płynnie przechodził do śpiewania piosenek żołnierskich z czasów wojny polsko-bolszewickiej. Rozstrzał niesamowity jak na kilkuminutowy stand-up, ale Binkowski był też w stanie zdobyć się na nutkę autoironii, która wyjaśniała mniej więcej, co mu się musiało stać w głowę. „Wchodzę pod prysznic, czwarta nad ranem, nooo Arturek po kolejnej balandze, patrzę w dół i nie widzę kolegi" i mogło mu tutaj akurat nie chodzić o to, że brzuch zasłania widok. Jeśli tak wygląda życie w tej Kanadzie, to może lepiej zastanowić się dwa razy, zanim tam pojechać?



Do tego towarzystwa bez problemu łapie się Artur Szpilka. Niespecjalnie da się go lubić – to zwykły, wychodzący do ringu w pasiakach patus dumny z pobytu w kryminale i chuligańskiej przeszłości, kiedy sprzedawał plombę za sam fakt, że ktoś jest z Cracovii. Od czasu, kiedy zawinięto go z ważenia prosto do paki nie zrobił jednak zbyt wielkich mentalnych postępów i nie zmieni się to chyba nawet, jeśli przeczytałby ten swój Potop nawet ze sto razy. Więzienne teksty o zrobieniu przeciwnikowi dziecka, tresowanie własnej dziewczyny do czyszczenia sobie butów i jechanie Michalczewskiego od Goebbelsów są może i dla niego zasadami ziomka wychowanego przez ulicę, ale fakt jest taki, że IQ Szpilki mogło niebezpiecznie zatrzymać się na poziomie gołębia. Większość chojraków z czasem nabiera rozumu, dystansu i ogłady, a tu dorosły chłop ciągnie aligatora za ogon i krzyczy do swojego rywala Deontaya Wildera, że będzie następny.


Jak to więc się stało, że ten osiedlowy zakapior, który teoretycznie nie powinien wyjść dalej niż leśna kibolska ustawka zaszedł tak daleko, gdzie głowa i inteligencja jednak powinny być niezbędne? No cóż, nikt nie mówił, że w boksie wszystko jest logiczne.

Więcej VICE
Kanały VICE