Kanye West – The Life of Pablo

Public Service Announcement: pod żadnym pozorem nie dajcie sobie wmówić, że “T.L.O.P.” to słaba płyta. Że Kanye się skończył, że nie ma tu muzyki, że co to kurwa w ogóle jest. “Życie Pawła” to logiczny, sensowny, wprost wynikający z wcześniejszych dokonań krok w karierze Kanye Westa. To płyta tak samo znacząca w jego dorobku, jak “Yeezus”, oczekująca od słuchacza nie mniej niż “Heartbreaks & 808s”.

Oczywiście można zżymać się, że wtedy, kiedy “T.L.O.P.” lądował na półkach sklepowych na Tidalu, z tekstami o modelkach wybielających sobie odbyty, Kendrick Lamar przygotowywał swój historyczny występ na galę Grammy. Czy jednak napis Compton wpisany w kształt Afryki mówi więcej o rzeczywistości czy życiu Afroamerykanów, czy jest bardziej uniwersalne niż linie z otwierającego “T.L.O.P” utworu “Ultralight Beam” gdzie Kanye (i The-Dream) nucą “We on an ultralight beam / This is a God dream / This is everything”.

Videos by VICE

Czy bowiem “T.L.O.P.” czegoś brakuje? Rap Kanye Westa zawsze był rapem o nim samym – o utalentowanym czarnuchu z Chicago, który zrozumiał, że jeśli chce zostać globalną gwiazdą, musi zacząć myśleć o sobie właśnie tak, jak o globalnej gwieździe, jednocześnie dokładając do tego pracoholizm, determinację. I stuprocentową odporność na pierdolenie hejterów. Każdy kolejny album jest więc opowieścią o tym, co Kanye’ego otacza i w jakim punkcie życia jest – i nie inaczej jest tym razem. Mamy więc kolesia, który osiągnął wszystko co możliwe, który wykorzystał pieniądze, pozycję i możliwości, by wykrzyczeć ból i aspiracje swojej społeczności na “Yeezus”, swoim poprzednim krążku, teraz zaś, jako ojciec dwójki dzieci i mąż żony z największym tyłkiem w showbusinessie zastanawia się, co dalej ze sobą zrobić. Koks i dziwki już go znudziły – “No More PArties in L.A.” czy “FLM” są na to najlepszym dowodem. Nie za bardzo może siebie przeskoczyć, bo znajduje się na szczycie – i “Facts” czy “Famous” nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Szuka więc wyższych wartości i ociera się o nie we wspomnianym “Ultralight Beams” czy “Real Friends”. Nie liczy jednak na wiele, bo otaczają go “Wolves”. To spójna historia; snapshot z życia najbardziej kontrowersyjnego czarnego pop-wykonawcy. A że wypluwa z siebie przy okazji sporo pełnych ignorancji, chamskich linijek? To przecież flavour raperskich tekstów od niepamiętnych czasów, a buractwo Kanye’go nie różni się niczym od bezczelności Ice Cube’a Eminema, RZA czy którejkolwiek z nowych gwiazd rapu.

Nie brakuje też muzyki – ciekawej, nieoczywistej, brzmiącej momentami przepotężnie (będąc głośnikiem bałbym się wejścia sekcji basów i bębnów w “Famous”); sięgającej po zaskakujące inspiracje. Sample z Goldfrapp mieszają się tu z wycinkami Niny Simone i Sister Nancy; sekcja rytmiczna (jak i wokale) pożyczane są tu z klasyków house’u (tego pierwszego, czarnego, najprawdziwszego), zaś chóralne zaśpiewy z płyt z gospelem. Jeśli na liście “samplowano z…” znajdują się obok siebie Junie Morrison i Arthur Rusell musi to świadczyć o erudycji muzycznej autora.

Trudno też narzekać na gości. Bity pobłogosławili – poza samym Kanye – m.in. Madlib., Swizz Beatz czy Mike Dean; palce w produkcji mieszali też Havoc, Rick Rubin czy Hudson Mohawke. Tuzy! Głosu użyczają – w mniejszym lub większym stopniu – Rihanna, błyszczący w kilku miejscach Chance the Rapper (Chance the Rapper!!!), Future, Ty Dolla $ign, Post Malone, oczywiście Kendrick Lamar a nawet Andre 3000. Każdy z tych artystów zostawił tu cząstkę siebie, czyniąc ten krążek bogatszym, ciekawszym, pełniejszym.

I nawet do dziwacznego sposób promowania albumu nie można się przyczepić. Marketing powinien być dostosowany do mediów i odbiorców, dlatego w czasach, w których wszystko odbywa się na Twitterze – do diabła, ważne dla milionów ustawy są tu ogłaszane – tak właśnie powinno się zwiastować nowe krążki. Chaotycznie, drobnymi wrzutkami, które żyją dzień, by kolejnego dnia zrobić miejsce dla kolejnej podobnej akcji z pogranicza prowokacji i autopromocji. Przytaczając występ Kendircka Lamara na Grammy – skoro już się w tej recenzji pojawił – całe to artystyczne przedsięwzięcie żyło w Internecie przez dzień, może dwa; tymczasem ledwie kilka tweetów sprawiło, że przed premierą “T.L.O.P.” był na nagłówkach wszystkich serwisów od N.M.E. po 2DopeBoyz przez kilka tygodni.

Sorry, taki mamy show(business).

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.