Reklama
praca

Przez pracę w restauracji znienawidziłem dzieci

Gdy kilka lat temu zaczynałem pracować w gastro, uwielbiałem dzieciaki, ale z czasem musiałem spojrzeć prawdzie w oczy: dzieci to miniaturowi terroryści, a ich rodzice wcale nie są lepsi

tekst Anonim; Wysłuchane przez Stefanie Staelens; tłumaczenie Jan Bogdaniuk
09 Październik 2018, 1:14pm

Fot. via Richard Schatzberger/Flickr

Witamy w naszym cyklu restauracyjnych zwierzeń, gdzie publikujemy wyznania osób ze świata gastronomii – zarówno tych, którzy pracują na sali, jak i tych z kuchni – żeby dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się za kulisami twoich ulubionych knajp.

Gdy kilka lat temu zaczynałem* pracować w gastro, uwielbiałem dzieciaki.

Na widok tatusiów przychodzących z kilkoma brzdącami rozczulałem się przed kolegami z pracy, jakie to one są urocze. Koledzy śmiali się ze mnie i zawsze odpowiadali: „Tylko poczekaj…”.

Dziś nie jestem wielkim fanem dzieci. W restauracji, w której pracuję, stołuje się wiele rodzin i obsługiwanie ich stanowi tak mocne doznanie, że musiałem zdjąć różowe okulary i spojrzeć prawdzie w oczy: dzieci to miniaturowi terroryści, a ich rodzice przeważnie nie są wcale lepsi.

Moje miejsce pracy można określić jako rodzinną restaurację, co oznacza, że zawsze kręcą się po niej dzieci. Dzięki temu to miejsce działa. Praca z dziećmi to często całkiem dobra zabawa, ale nie w niedzielę. W niedzielę pół miasta podejmuje zbiorową decyzję o rodzinnym obiedzie w knajpie. Gdy nasza restauracja wypełnia się tak wieloma małymi, rozkrzyczanymi osobami, nam, kelnerom, jest nad wyraz trudno właściwie wykonywać naszą pracę.

Dzieci, jak to dzieci, chcą się bez przerwy bawić, więc przeważnie robi się niebezpiecznie. Mamy dla nich kolorowanki i kredki, ale poza tym nie możemy im zaoferować zbyt wielu rozrywek. By pozbyć się rozpierającej je energii, dzieci biegają wokół i między stolikami. Uwielbiają też grać w berka i piłkę, jeździć na rolkach, a nawet siedzieć na podłodze i bawić się szklanymi kulkami, piłeczkami i innymi przedmiotami, na których kelner może się wywrócić.

Gdy idziesz do stolika z tacą pełną gorącej kawy, musisz po mistrzowsku unikać wszelkich przeszkód. Dzieci w butach z kółkami w podeszwach często mnie potrącają i wpadają mi pod nogi, a ja czuję, jak moje serce omija kilka uderzeń. Nie tylko dlatego, że przez nie prawie wywracam się na twarz, ale także, ponieważ rodzice będą obwiniać mnie, jeśli ich pomiot zostanie pokryty tłuczonymi ziemniakami, albo, co gorsza, wrzącym napojem.

Najgorsza rzecz, o jaką niemal się przewróciłem, było raczkujące niemowlę. Pamiętam, że szedłem z kilkoma talerzami w rękach, gdy nagle pod moimi nogami znikąd pojawił się jakiś dzieciak. Instynktownie próbowałem go wyminąć, bo wiedziałem, że w pobliżu musiało być jakieś inne dziecko. Okazało się, że w chwili paniki przeskoczyłem nad niemowlakiem, który raczkował na podłodze pomiędzy stolikami. Czułem się z tym fatalnie. Mogłem zrobić brzdącowi poważną krzywdę, czułem na sobie wzrok wszystkich w restauracji, ale najgorsze nadeszło, gdy zapytałem poprosiłem rodziców, czy mogliby podnieść swoją pociechę z podłogi. Spojrzeli na mnie, jakbym był jakimś potworem.

Nie możemy przecież powiesić w knajpie znaku z zakazem biegania jak na publicznych basenach. Czasem mam wrażenie, że powinniśmy umieścić w menu jakieś ostrzeżenie, że rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci. A może napisać to gdzieś na ścianie, żeby wszyscy widzieli. Może to brzmi jak przesada, ale typową niedzielę spędzam, zdzierając sobie gardło przez dzieciaki, które biegają jak popieprzone. Nie mówię, że głośne, aktywne dzieci to efekt złego wychowania. Chodzi chyba o to, że, jak najwidoczniej sądzą rodzice, obiad w knajpie z dziećmi i kolegami to świetna okazja, żeby zrobić sobie przerwę od rodzicielstwa.

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Wiele dużych grup z dziećmi robi rezerwacje właśnie na niedzielę. Często są to młodzi rodzice, którzy zamawiają mnóstwo wina, podczas gdy ich dzieci bawią się we własnym gronie. Dorośli są zdecydowanie bardziej zrelaksowani niż zwykle, bo znajdują się w zamkniętej przestrzeni, w której, ich zdaniem, obsługa zadba, by ich dzieci nigdzie się nie zgubiły. To znaczy, że sami nie pilnują swojego potomstwa, przez co kelnerzy oprócz swoich zwykłych obowiązków muszą zamienić się w dorywcze nianie.

Rodzice uwielbiają to, że jesteśmy „restauracją przyjazną dzieciom”, co wpienia mnie jak cholera. Nauczyłem się odmawiać ludziom, którzy chcą, by posadzić wszystkich dorosłych przy jednym dużym stole, tak by dzieci siedziały osobno bez żadnego nadzoru. Wybaczcie mamo i tato, ale obsługa dziecięcego stolika to nie przelewki. Najbardziej przypomina to ogarnianie urodzin w przedszkolu, które wymknęły się spod kontroli, a tego nie ma w mojej umowie.

Często też zdarza się, że dzieci podczas zabawy zabierają wszystkie czyste sztućce i szklanki z pustych stolików. Uwielbiają rozlewać pełne szklanki na obrusy i tak się drą, że wszyscy inni goście narzekają na hałas. Jeśli nie wiem, przy którym stoliku siedzą rodzice, sam proszę dziecko, żeby się uspokoiło. Niestety rodzice często nie są zachwyceni moją inicjatywą. Wściekają się na mnie albo poczytują moje prośby jako krytykę ich metod wychowawczych. Odpowiedzi w rodzaju: „Sam decyduję, jak mówię do własnego dziecka” czy: „Proszę nie wtykać nosa w nieswoje sprawy” są na porządku dziennym, co nie znaczy, że z czasem stają się mniej przykre.

Co byśmy nie zrobili, będzie źle. Jeden rodzic narzeka, że nie pozwalamy jego dziecku „cieszyć się dzieciństwem” i nie mamy dla niego gier planszowych. Drugi uważa, że kredki są za stare. Reszta klientów — tych bez potomstwa — narzeka i na dzieci i na rodziców.

Jednakże ludzie, którzy często narzekają na dzieci, sprawiają wrażenie, jakby ich naprawdę szczerze nienawidzili. Ich zdaniem łazienki za bardzo pachną niemowlęcą kupką, brudnymi pieluchami i talkiem. Mamy karmiące piersią kilka stolików dalej przeszkadzają im w posiłku. Dbanie o ich pełną satysfakcję jest równie uciążliwe, co ogarnianie rozkapryszonych bachorów. Rozumiem ich, ale skoro tak bardzo nie chcą jeść w pobliżu dziecka, po co w ogóle przychodzą akurat do tej knajpy?

Nie powinienem tak mówić, ale z czasem moja restauracja podzieliła się na „strefę przyjazną dzieciom” i „kącik bezdzietny”. Odbieramy przynajmniej trzy telefony dziennie od ludzi, którzy chcą zrobić rezerwację, ale tylko w tej części restauracji, w której nie ma dzieci. Zawsze mówimy im, że nie mamy czegoś takiego jak strefa bez dzieci i że nic nie możemy im obiecać, ale na początku zapełniamy połowę knajpy rodzinami, żeby w drugiej połowie było nieco ciszej. Zapotrzebowanie na restauracje z zakazem wstępu dla dzieci jest oczywiste, ale nikt nie odważy się powiedzieć tego na głos.

Jak już wspominałem: w gastro niedziela jest zdecydowanie najgorsza. Nie tylko dlatego, że trudniej donieść jedzenie i napoje do stolików, ale także, ponieważ musimy niańczyć cudze dzieciaki i radzić sobie z zażaleniami gości bez dzieci. W rezultacie wykonujemy trzy razy więcej pracy, niż ta, za którą nam płacą. Zamówienia są bardziej skomplikowane, bo dzieci chcą dostać główne dania, gdy ich rodzice jedzą przystawki. Co chwila biegamy do kuchni, żeby podgrzać jakiś słoik, albo dolać gorącej wody do mleka dla niemowląt, ale czasem rodzice chcą, żeby było zimne. Między zmianami musimy zdrapywać spaghetti i czerwony sos z tapicerki. Każda przestrzeń płaska, na której jadły dzieci to miejsce klęski żywiołowej. Wszędzie znajdujemy zużyte mokre chusteczki. Szczerze nienawidzę tych mokrych, brudnych ścierek.

Gdy wracam do domu po takiej niedzieli, czuję się, jakbym przepracował 24 godziny z rzędu. Cała energia została ze mnie dosłownie wyssana. Przewracam się na łóżko i nie mogę się ruszyć przez resztę dnia. Jedno jest pewne: długo jeszcze nie będę gotowy na własne dzieci.

*Z tekstu oryginału nie wynika, jakiej płci jest autor tekstu. Rodzaj męski jest tu całkowicie umowny.

Artykuł pierwotnie ukazał się na Munchies


Więcej na VICE: