Czytelnia

Metallica - zmartwychwstanie czy autodestrukcja?

Metallica to dziś lekko stetryczały, podrasowany sterydami i makijażem pacjent, ale przecież na przestrzeni ostatnich lat nie było z nim aż tak źle, żeby "Hardwired... to Self-Destruct" traktować jak zapowiedź niespodziewanego głosu zza grobu.

tekst Michał Przechera
14 Marzec 2017, 7:00am

Metallica podczas rozdania nagród Grammy zagrała utwór "Moth Into Flame" z gościnnym udziałem Lady Gagi - spora cześć fanów grupy podniosła larum, jakoby coś się niewątpliwie skończyło, a to wydarzenie traktować należy jako prawdziwy muzyczny mezalians. Ale przecież dla równie wielu osób najbardziej znani reprezentacji Wielkiej Czwórki Thrashu to od lat synonim całkowitego skomercjalizowania i jechania głównie na legendzie sprzed trzech dekad. Gdzie leży prawda? Pośrodku, jak najczęściej.

Metallica to dziś lekko stetryczały, podrasowany sterydami i makijażem pacjent, ale przecież na przestrzeni ostatnich lat nie było z nim aż tak źle, żeby "Hardwired... to Self-Destruct" traktować jak zapowiedź niespodziewanego głosu zza grobu. I trzeba przyznać, że jakikolwiek przychodzący do głowy wstęp będący wprowadzeniem do opisu nowej płyty Metalliki wydaje się tak banalny, że aż zbędny. Można patrzeć na zespół z różnych stron i powtarzać po raz kolejny różne wersje oklepanych tekstów idealnych na początek recenzji:

- ogromne oczekiwania, Metallica w ostatnich latach nie rozpieszczała fanów, którzy po usłyszeniu nowego singla liczyli na powrót w glorii chwały
- od czasów "Czarnego Albumu" jakakolwiek działaność Mety to syf i bagno
- Metallica pomimo wzlotów i upadków prezentuje klasę i pozostaje żywą legendą

Każdy może wybrać swoją wersję, niezależnie od prawdziwości tych stwierdzeń. Ale czy dałoby odciąć się od wszelkich kontekstów i potraktować ten album jako niezależne wydawnictwo, bez uwzględniania całej historii i marki grupy? Wątpliwe. "Tu nie będzie rewolucji" - śpiewał Big Cyc ponad 20 lat temu i podczas odsłuchów "Hardwired..." rewolucyjności jest tyle, co na marszach KODu. Ale czy to ujma? Raczej nie dla ekipy Hetfielda. Znowu trzeba pochwalić tych starych, szczwanych lisów za marketing - na ich oficjalnym kanale YouTube co chwilę wrzucane są smaczne rarytasy wideo (spróbujcie się nie uśmiechnąć przy akustycznej wersji "Clampdown" Clashów z Larsem wyglądającym jak bohater z "Chłopaków do wzięcia"). A pomysł wizualizacji wszystkich piosenek na albumie był naprawdę świetny - dobrze ogląda się te (nawet momentami celowo niskobudżetowe) produkcje. Plusy dla twórców klipu do symbolicznego "Here Comes Revenge", wzruszająco historycznego (w cudzysłowie) "Murder One" czy kina klasy C w "Spit Out The Bone".

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo zbierałem się do napisania jakiegoś tekstu. Od premiery "Hardwired... To Self Destruct" minęło już sporo czasu, ale nadal trudno inaczej podchodzić mi do tego albumu niż do meteorytu, który kilku(nasto)krotnie przeleciał przez moje głośniki i który (pomimo solidnego poziomu) nie ma w sobie tej iskry niezbędnej do wzniecenia metalowego pożaru. Do dzisiaj pamiętam rozczarowanie towarzyszące pierwszemu odsłuchowi "St. Anger". Niezrozumiale długie utwory (po co takiemu "Invisible Kid" ponad 8 minut - do dziś nie wiem), garnkowaty werbel i Bob Rock na basie - pierwszy longplay Mety w XXI wieku raczej nie jest materiałem, do którego chce się wracać. Gdy usłyszałem pierwsze dźwięki "Hardwired...", trochę się przestraszyłem - to wszystko zajeżdżało mi podobną estetyką, jednak dzięki znacznie lepszemu brzmieniu (Ulrich pozbył się garnka) i zrezygnowaniu z niepotrzebnego przedłużania (większość utworów jest zbyt długa, ale nie męczy tak jak chociażby na nieszczęsnym "St. Anger") szybko pozbyłem się niepożądanych skojarzeń, a refrenowe "We're so fucked, shit outta luck" zagnieździło się w mojej głowie na dobre.

Po dość lekkim wejściu w album Metallica nie pozwala nawet na chwilę zaskoczenia. Hetfield nadal zaciąga ("confusion-na", "revenge-a"), Ulrich wciąż nie wygrzebał się z kryzysu (wkurza oklepany karabin pojawiający się dość często - patrz początek "Spit Out The Bone"), basu jest zdecydowanie zbyt mało jak na ogromne możliwości pana Trujillo. Gdzieniegdzie przebijają się echa "Load" i "Reload", choć tym razem obyło się bez ballad (chyba, że za taką potraktować dość długie i momentami lekko zmulone "Halo On Fire"). Riffy bywają męsiste ("Spit Out The Bone" once again), ale klasykami raczej nie nie zostaną - trudno oprzeć się wrażeniu, że brakuje im przysłowiowego pierdolnięcia. Jest za to kilka przeciętnych numerów - "Dream No More" wyróżnia się głównie białą koszulą Hetfielda, "Here Comes Revenge" nikogo dzisiaj nie rzuci na kolana (choć oklepane "eye for an eye" kołacze w podświadomości), "Am I Savage" to natomiast typowa Metallica - i nie jest to do końca komplement.

Teksty zawiewają powagą, choć trudno traktować je jako materiał na przyszłą Nagrodę Nobla. Przez cały album przewija się kostucha - "Murder One" to hołd złożony Lemmy'emu, natomiast "Moth Info Flame" to tribute dla Amy Winehouse. W dosłownym "Now That We Are Dead" James zestawia ze sobą śmierć i miłość, "die" pojawia się też w "Atlas, Rise". Stary, dobry Cthulu uśmiecha się w "Dream No More", w "Am I Savage" możemy spotkać Piękną i Bestię, Kain i Abel machają do nas w "Here Comes Revenge". Ale jest też trochę współczesności - na technologiczne deliberacje grupa pozwala sobie w zamykającym płytę "Spit Out The Bone".

Metallica to nie jest już zespół, który należy odbierać w kategoriach ciężkości. Nowemu materiałowi też jest znacznie bliżej do rockowego mainstreamu niż ściganiu się w byciu bardziej metalowym niż miedź (choć jak chcecie dostać po twarzy szatanem, sprawdźcie teledysk do brzmiącego jak odrzut z Garage Inc. "ManUNkind"). "Hardwired..." to postawienie parafki przy wcześniejszej twórczości grupy, a panowie, jak przystało na pięćdziesięciokilkulatków, potrafią popatrzeć na siebie z autoironią i dystansem - chociażby w kojarzącym się z dodawanym do "St. Anger" DVD teledysku do "Atlas, Rise".

Idąc do McDonalda spodziewamy się doskonale znanego smaku. Nie inaczej jest w przypadku Metalliki - nawet mając w pamięci wszelkie minieksperymenty i wariantywności liczymy na constans. I na "Hardwired... To Self Destruct" to dostajemy. Ale jak to ocenić? Nie zostanę überfanem tego materiału, ale niezmiennie szanuję tych dziadków i rozumiem, że ktoś może się przy tym po prostu dobrze bawić.