Varials

Rzadka choroba, od której zapominasz, jak wyglądają twoi bliscy

„Niekiedy dręczy mnie poczucie kompletnego emocjonalnego wyobcowania. Jednak z drugiej strony cieszę się, że dzięki mózgowi złotej rybki mogę wciąż na nowo zakochiwać się w swojej żonie"
25 Sierpień 2016, 1:54am

Artykuł miał premierę na VICE Canada

Nie pamiętam najlepszego dnia swojego życia.

To był dzień, w którym się ożeniłem – a wesele miało miejsce raptem dwa lata temu. Jasne, byłem nieco pijany, ale zwykle po alkoholu funkcjonuję całkiem dobrze. Okej, może nieco przesadziłem. Pamiętam niektóre wątki związane z tym wyjątkowym dniem: datę (8 czerwca) czy lokalizację (ganek pensjonatu należącego do architekta wnętrz we wschodnim Nashville). Wiem, że moja żona zbliżyła się do osobliwie zdobionego ołtarza przy dźwiękach The Universal zespołu Blur. Wiem, że mój nastoletni przyrodni brat miał tuż przed naszym pierwszym pocałunkiem puścić piosenkę Dwighta Twilleya, ale olał sprawę. Przypomniałem mu o tym kopniakiem. Jednak nie jestem w stanie sobie przypomnieć, jak to wszystko wyglądało. Nie mam żadnych wizualnych wspomnień; wszystko wraca do mnie dopiero, gdy przeglądam album ze zdjęciami.

Cierpię na rzadką chorobę, afantazję – zaburzenie neurologiczne, które cieszy się pewnym zainteresowaniem wśród mediów. Nie przekłada się ono jednak na próby zrozumienia relacji tworzonych przez takie osoby, skupiano się bowiem raczej na różnicach w sposobie funkcjonowania i przetwarzania informacji przez ich mózgi. Jak to kiedyś bez ogródek stwierdził mój kolega, „nie mam wyobraźni". Moje myśli to zlepek faktów i niewyraźnych dźwięków. W mojej głowie nie pojawiają się obrazy, podobnie zresztą jak wrażenia smaku, zapachu i dotyku. Jestem przeciwieństwem „super ludzi" pokazywanych w wysoko budżetowych programach w TV, którzy potrafią z pamięci narysować plan Londynu.

Gdybym poprosił was o wyobrażenie sobie samochodu, być może oczami wyobraźni zobaczylibyście własną furę. Albo brykę waszego ojca, którą zapamiętaliście z dzieciństwa. Co kreatywniejsi stworzyliby może w głowie obraz autorskiego auta rodem z kreskówki. Gdybyście wy poprosili o to mnie, usłyszałbym w głowie słowo „samochód", wirujące w towarzystwie nazw podobających mi się marek, takich jak „Datsun" czy „Bentley". Przypomniałbym sobie jakąś prostą definicję, w stylu – auto to pojazd, którym zwykle poruszamy się po okolicy. I tyle. Afantazja jest czymś tak niezrozumiałym dla większości ludzi, że głównie spotykam się reakcją stanowiącą mieszankę ciekawości i sceptycyzmu. To nieszczególnie pomaga w przełamaniu poczucia odosobnienia, z którym wciąż walczę. Tak jakby każdy na świecie miał supermoc, tylko nie ja.


O zdrowiu psychicznym piszemy na serio. Polub fanpage VICE Polska, żeby być z nami na bieżąco


Trzymam nie tylko zdjęcia ze ślubu. Robię też na bieżąco zdjęcia swojej żony, mam je przypięte do każdego z okienek w komputerze, bym mógł na nią patrzeć, gdy nie ma jej w pobliżu. Wiem, ile ma wzrostu, znam jej wymiary. Jest dobrze ubraną brunetką. Ale nie jestem w stanie jej zobaczyć, gdy zamknę oczy. Co dziwne, niemal zawsze rozpoznam wcześniej poznaną osobę. Kojarzycie to zwyczajowe „nie mam pamięci do imion"? – z jakiegoś powodu ja w zasadzie ich nie zapominam.

Najważniejsze badania (w których biorę udział) na temat afantazji prowadzi na międzynarodową skalę profesor Adam Zeman z Uniwersytetu Exeter. Ich głównym celem jest zrozumienie, jak uczyć młodzież cierpiącą na to schorzenie, która przetwarza informacje inaczej niż ich koledzy. Gdy dołączyłem do badań prof. Zemana, poczułem ulgę, ponieważ wreszcie zrozumiałem, dlaczego pewne rzeczy nastręczały mi trudności. Wiem już, że niektóre wysiłki – których mógłbym nie przerywać, kierowany młodzieńczym uporem – były bezcelowe. Wyróżnienie aktywności i zajawek, w których nigdy nie będę dobry było początkowo nieco przytłaczające. Jednak z czasem zaakceptowałem, co następuje:

Wprawdzie zacząłem próbować już w wieku 5 lat, jednak jasne jest, że nigdy nie opanuję gry w szachy, ponieważ nie umiem przewidywać kolejnych ruchów.

Nie lubię prozy. Pisarze lubujący się w opisach, tacy jak Hemingway czy Bret Easton Ellis są dla mnie kompletnie bezwartościowi. Nigdy nie obejrzałem ekranizacji książki i uznałem, że nie była zbyt wierna materiałowi źródłowemu pod względem wizualnym. Regularnie słyszę przykre komentarze pod swoim adresem, ponieważ nie posiadam imponującej kolekcji książek i nie chadzam do galerii sztuki. Należę do niewielkiego procenta ludzi, którzy nie negują na silę, kiedy mówią: „Obcowanie z dziełami Steinbecka nie sprawia mi przyjemności". Konieczność regularnej obrony swojego życia przed najazdem moli książkowych sprawia, że możesz poczuć się wyrzutkiem.



Swój styl opieram na tym, co zobaczę na ekranie. Zapisuję, w co dokładnie byli ubrani mężczyźni, których ciuchy uznałem za dobrze dobrane. Całe lato przełaziłem w ciuchach zgapionych od głównego bohatera filmu Everybody Wants Some w reżyserii Richarda Linklatera. Na bardziej uroczyste okazje ubieram się jak Harrison Ford na pewnym zdjęciu z końcówki lat 70., które znalazłem w sieci. Jeśli więc chodzi o modę, moje życie składa się z kolejnych drogowskazów. To całkiem przyjemne – mój własny odpowiednik zbierania wycinków z gazet, którymi nie dzielę się niemal z nikim.

Gubię się niemal codziennie. Mieszkam w tym samym mieście od piętnastu lat, a sieć ulic, niezależnie od tego, czy przemierzam ją samochodem, czy piechotą, wciąż jest dla mnie niejasna. Nie orientuję się nawet w osiedlowym sklepie spożywczym. Kręcę się po sklepowych alejkach, ponieważ nie potrafię sobie przypomnieć, w którym miejscu znajduje się produkt, którego szukam. Po okolicy nawiguję, starając się zapamiętać, która ulica krzyżuje się z jaką i jak wiele przecznic dzieli kolejne skrzyżowania.

To tylko kilka z trudności, które nazywam przygodnymi. Mam gdzieś szachy i Hemingwaya. Mój telefon posiada GPS-a. Lubię czasem wbić się w ciuchy rodem z ostatniego sezonu McMillan & Wife. Prawdziwe komplikacje, które ciekawią ludzi, zaczynają się w sferze relacji międzyludzkich.

Gdy byłem młody, dowiedziałem się, że podobno faceci myślą o seksie raz na siedem sekund. Poczułem wstyd, ponieważ nie mogłem zrozumieć, dlaczego mnie to nie dotyczyło. Nie potrafię tworzyć fantazji erotycznych. Nie pamiętam, jak kobiety, z którymi kiedyś byłem, wyglądają nago. Mam przyjaciółki, które promienieją pięknem rozumianym obiektywnie, jednak ani one, ani jakiekolwiek inne kobiety nie podniecają mnie tak bardzo jak innych facetów. „Czy to dlatego przyjaźnisz się z tyloma ślicznotkami", wypalił niedawno mój fryzjer, gdy opuszczałem salon. „Wiadomo", odparłem półżartem. Dwie urocze dziewczyny właśnie zgarniały mnie na lunch.

„Znów gadasz z eks?", tendencyjnie zapytał mnie jeden z kumpli, po tym, jak na Twitterze udostępniłem zabawny fragment rozmowy z dziewczyną, z którą rozstałem się pięć lat temu. Wiem, że z perspektywy osoby trzeciej nie powinienem dobrze dogadywać się z moją byłą. W ogólnie nie powinienem z nią rozmawiać. Zakończone związki zostawiają zbyt ciężki bagaż emocjonalny. Jednak nie pamiętam okoliczności, w jakich 25-letni ja się w niej zakochał. Nie przypominam też sobie naszych kłótni. Nie mogę z rozmarzeniem wspominać naszych stosunków (w ogóle nie potrafię marzyć). Moja przeszłość odcina się ode mnie. Straciłem ją. Część ludzi, z którymi rozmawiałem o swojej afantazji uważa to za coś równie upiornego, jak zespół zamknięcia. Inna, równie liczna grupa, uważa to za błogosławieństwo.

Wydaje mi się, że ogarnięcie ślepego umysłu zależy głównie od podejścia do sprawy. Niekiedy dręczy mnie poczucie kompletnego emocjonalnego wyobcowania. Jednak z drugiej strony cieszę się, że dzięki mózgowi złotej rybki mogę wciąż na nowo zakochiwać się w swojej żonie. Jestem przekonany, że wiele osób po ślubie zapłaciłoby naprawdę porządny hajs, by móc przeżyć coś takiego.

Może i nie pamiętam swojego ślubu. Ale najszczęśliwszy dzień mojego życia był również tym najlepiej udokumentowanym.