Varials

Spacer po lesie seryjnych morderców

Pojechałem do niesławnego lasu, gdzie zginęło dziewięć osób z rąk trzech różnych morderców

tekst Julian Morgans, tłum. Jan Bogdaniuk
12 Lipiec 2016, 8:00am

Las Stanowy Belanglo mieści się w pół drogi pomiędzy Canberrą i Sydney. To dość gęste wyżynne zarośla z pasem sadzonych sosen pośrodku. Wszystkie zdjęcia Julian Morgans.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia.

Pomiędzy wrześniem 1992 a listopadem 1993 roku w Belanglo, Lesie Stanowym Nowej Południowej Walii, około dwóch godzin jazdy na południowy zachód od Sydney, znaleziono rozkładające się ciała siedmiu młodych kobiet i mężczyzn. W 1994 roku robotnik drogowy Ivan Milat został aresztowany w swoim pobliskim domu. W sądzie wyszło na jaw, że Milat miał w zwyczaju czatować na autostopowiczów i zagranicznych backpackerów w Sydney, a następnie mordować ich właśnie w Belanglo. W 1996 Ivan Milat usłyszał siedem wyroków dożywocia – po jednym za każdą z ofiar.

Historii lasu Belanglo przybył kolejny mroczny rozdział w listopadzie 2010 roku. Nastoletni Matthew Milat, siostrzeniec skazanego Ivana Milata, zwabił do Belanglo Davida Auchterlonie, swojego kolegę ze szkoły, obiecując mu piwo i dżointa z okazji urodzin, po czym zamordował go kilkoma ciosami topora. Matthew został skazany na 43 lata pozbawienia wolności.

Tego samego roku rowerzyści natrafili na szkielet 20-letniej Karlie Jade Pearce-Stevenson, znów w Belanglo. Dopiero w 2015 roku policji udało się aresztować sprawcę jej śmierci, 41-letniego Daniela Holdoma. Tym razem w sprawę nie był zamieszany nikt z rodziny Milatów.

Nie jestem chyba osamotniony w poglądzie, że w seryjnych mordercach jest coś fascynującego. Psychopatię otacza aura tajemnicy. Jak to możliwe, że istota ludzka, z którą dzielę 99% DNA, potrafi ot tak, dla rozrywki zabić drugiego człowieka? Nigdy tego nie pojmę, ale chyba o to właśnie chodzi.

Chciałem pojechać do Belanglo w ramach moich wycieczek krajoznawczych. Pomyślałem, że wybiorę się tam z którymś z moich przyjaciół i wspólnie spędzimy dziwny, upiorny dzień za miastem. Nikt jednak nie chciał ze mną jechać. Nie było dziwnie ani strasznie – tylko strasznie smutno.

Wejście do parku. Niższa część znaku upomina odwiedzających: „Proszę zachować ostrożność", co pierwotnie miało zapewne znaczyć „nie zostawiaj cennych przedmiotów w samochodzie / nie zapomnij zagasić ogniska". Od czasu morderstw napis nabrał jednak zupełnie nowego znaczenia. Niewykluczone, że to właśnie dlatego znak tak często pada ofiarą kradzieży. Z jakiegoś powodu Spółka Leśna Nowej Południowej Walii wciąż montuje nowe tablice w miejsce skradzionych, nie zmieniając przy tym napisu.

Gdy we wrześniu 1992 roku znaleziono zwłoki dwóch brytyjskich podróżniczek, policja bardzo starała się przekonać opinię publiczną, że za ich śmiercią nie stoi seryjny morderca. Jednak rok później w lesie odkryto ciała dwóch 19-latków z Melbourne. A potem jeszcze trzy następne trupy, tym razem backpackerów z Niemiec, wszystkie odnalezione w listopadzie 1993 roku. Policja musiała w końcu pogodzić się z faktami.

Pośród medialnej burzy, jaka rozpętała się wokół zabójstw, władze Nowej Południowej Walii odsłoniły pamiątkową tablicę na tyłach parku całe miesiące, zanim udało się ustalić sprawcę. Pomnik znajduje się na końcu długiej, błotnistej drogi. Nie ma szans, żeby na niego trafić bez mapy i szczegółowych wskazówek. Boleśnie niewspółmierny wyraz pamięci o siedmiu straconych istnieniach.

Na tablicy widnieje siedem nazwisk, ale rodzice 21-letniej Simone Schmidl widocznie chcieli, żeby dostała coś bardziej osobistego. Simone pochodziła z Regensburga, miasta w południowych Niemczech. Latem 1991 roku podróżowała samotnie wzdłuż wschodniego wybrzeża Australii.

Planowała przejechać autostopem z Sydney do Melbourne, gdzie miała spotkać się ze swoją mamą na lotnisku. Miały razem pojechać pod namiot, ale Simone nigdy nie dotarła na miejsce. Po całym dniu oczekiwania jej mama zgłosiła sprawę na policję, a następnych sześć tygodni upłynęło jej na gorączkowych poszukiwaniach córki. W końcu poleciała do domu sama.

Napis na krzyżyku brzmi: Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach. Kochamy cię".

Przy pomniku można znaleźć różne rzeczy. Pluszaki przegniłe do deszczu. Fluorescencyjne pałeczki. Przedmioty osobiste. Nie mogłem przestać myśleć o tych wszystkich dzieciakach, które przyjechały z tak daleka tylko po to, żeby umrzeć w tym zasranym lesie.

W tym miejscu Ivan Milat przeistoczył się z przestępcy po wyroku w mordercę. Dokładni tutaj w grudniu 1989 roku zamordował Deborę Everist i Jamesa Gibsona, dwoje nastolatków z Melbourne, którzy, jak jeszcze pięć kolejnych ofiar, podróżowali autostopem z Sydney do Melbourne. Ich szkielety poznaczone niezliczonymi śladami po ranach kłutych odnaleziono tu cztery lata później. Wydaje się, że dla Milata był to moment przełomowy, któremu niemal nie podobna było zapobiec.

Dziennikarz Mark Whittaker jest współautorem jednej z najbardziej wnikliwych prac na temat Ivana Milata. W książceSins of the Brother szczegółowo opisuje dorastanie Ivana w nękanej ubóstwem rodzinie chorwackich imigrantów. Urodził się w 1944 roku, jako piąty z 14 dzieci, które dorastały w chałupie z klepiskiem w Moorebank, dalekim przedmieściu Sydney. Matka co chwila zachodziła w ciążę, ojciec był od niej 18 lat starszy i, jak to zwykle bywa, skory do przemocy.

Zgodnie z wypowiedziami członków rodziny, Ivan już w młodym wieku wykazywał oznaki psychopatii. Otarł się o więzienie w 1971 roku, gdy został oskarżony o gwałt na dwóch autostopowiczkach. Jednak z powodu nieudolnej linii oskarżenia został uniewinniony. Jak Whittaker podsumowuje w prologu do swojej książki, Milat nauczył się wtedy dwóch rzeczy: „Po pierwsze: dla dobrego prawnika nie ma rzeczy niemożliwych. Po drugie: od tej pory żadna z ofiar nie może ujść z życiem".

Przy tej drodze we wrześniu 1992 roku odnaleziono ostatnie ofiary Milata. Dwóch biegaczy na orientację natrafiło na rozkładającego się ludzkie zwłoki w skalnej niszy. Zadzwonili na policję, która odkryła kolejne ciało. Zmarłych zidentyfikowano jako dwie 22-letnie brytyjskie podróżniczki, Caroline Clarke i Joanne Walters. Ostatni raz widziano je w kwietniu tego roku, jak łapały stopa pod Wollongnong w Nowej Południowej Walii. Miały jechać na zbiory owoców do Wiktorii.

Oba trupy znaleziono ułożone twarzą do ziemi i przykryte gałęźmi. Joanne otrzymała tyle ciosów nożem, że doszło do przerwania kręgosłupa. Caroline miała tylko jedną ranę kłutą, ale za to najwyraźniej morderca zawiązał jej oczy i zaprowadził między drzewa, gdzie wielokrotnie strzelił jej w głowę. Ślady po kilku ogniskach wskazywały, że Milat obozował w tej okolicy w chwili zabójstwa, a także w ciągu kilku następnych tygodni.


Polub nasz fanpage VICE Polska, by czytać więcej takich historii


Pomiędzy 1989 a 1992 rokiem zabijał średnio co 12 miesięcy, na cel biorąc sobie młodych autostopowiczów obojga płci, zawsze na trasie z Sydney do Melbourne. Zazwyczaj, zanim ktoś zdał sobie sprawę z ich zniknięcia, mijało trochę czasu, a potem rozpływały się pośród 35 000 zaginięć, do których dochodzi w Australii każdego roku.

Milat nigdy nie zostawiał policji żadnych wskazówek ani nie drażnił się z mediami, w przeciwieństwie do wielu innych morderców, nigdy też nie przyznał się do żadnej z popełnionych zbrodni, nawet po latach spędzonych za kratami. Z tego powodu pojawiły się pytania, czy na pewno działał sam, albo nawet, czy udało się odnaleźć ciała wszystkich jego ofiar.

Jednak dla mnie jedną z najdziwniejszych kwestii w historii Milata jest jak las Belanglo trafił do mrocznego zakątka australijskiego folkloru. Nie wiadomo właściwie, dlaczego Milat wybrał akurat Belanglo, oprócz tego, że to ustronna okolica położona o godzinę jazdy od jego domu. Prawdę mówiąc, Belanglo to dość paskudne miejsce: pełno tu połamanych drzew ze szkółek leśnych i znaków podziurawionych kulami z broni palnej. Raczej niewiele tu się zmieniło od 1989 roku – może dlatego właśnie przypadło Milatowi do gustu?

Wygląda też na to, że znalazło się kilku idiotów, którzy do Belanglo ściągają właśnie za sprawą Milata. Gdy jego 17-letni siostrzeniec Matthew Milat zabił tu swojego kolegę, większość gazet rozpisywała się o naśladowaniu morderstw sprzed lat. Mówił podobno swoim przyjaciołom, że „tak to już jest u niego w rodzinie". Dzień po zabójstwie miał nawet się przechwalać: „Wiesz, z czego znana jest moja rodzina? Wczoraj w nocy ja też kogoś zabiłem".

Zła sława Belanglo przyciąga zarówno turystów, jak i przestępców, którzy najwyraźniej chcą się podpiąć do swego rodzaju makabrycznej marki.

A potem zdarzyło się to: w październiku 2010 roku w przesiece przy Potoku Red Arm znaleziono szkielet, którą po pięciu latach zidentyfikowano jako 20-letnią Karlie Jade Pearce-Stevenson. Tożsamość Karlie udało się w końcu ustalić dopiero po tym, jak w lipcu 2015 roku ktoś znalazł martwe dziecko w porzuconej walizce przy autostradzie na południu Australii, 1100 kilometrów od Belanglo. Dzięki anonimowemu telefonowi do organizacji Crime Stoppers udało się połączyć obie sprawy. Znalezionym dzieckiem okazała się Khandalyce Kiara Pearce, 2,5-letnia córeczka Karlie.

W grudniu tego samego roku aresztowano niejakiego Daniela Holdoma pod zarzutem morderstwa Karlie i Khandalyce. Oskarżenie utrzymuje, że Holdom zabił Karlie niedaleko Belanglo w 2008 roku, po czym wywiózł jej córkę na południe Australii, gdzie ją również zamordował.

Historia, choć koszmarna, więcej ma wspólnego z przemocą w rodzinie, niż z seryjnym zabójstwem. A jednak również Holdoma coś przyciągnęło do Belanglo.

Patrzyłem na zachód słońca, którego promienie padały na pusty stół piknikowy i zastanawiałem się, czego właściwie się tutaj nauczyłem. Niestety, raczej niewiele. Znalazłem jedynie mały ołtarzyk poświęcony zamordowanym dzieciakom, które miały koszmarnego pecha. Czułem się dość podle. Po powrocie do domu zadzwoniłem do Marka Whittakera, który napisał książkę o Milacie. Zapytałem go, co wyniósł z lat badań nad sprawą mordercy z Belanglo. Jego odpowiedź nieźle podsumowuje całą historię:

„Są na świecie ludzie po prostu zepsuci i źli" – powiedział. „Można roztrząsać i głowić się nad tym, skąd się biorą, ale moim zdaniem to czysto teoretyczne spekulacje. Zapytaj pięciu psychiatrów, a otrzymasz pięć różnych odpowiedzi. Jedyne co wiem, to to, że często zdarzało mi się po prostu siedzieć i płakać nad maszyną do pisania. Dziś staram się już nie myśleć o tym, co tam musiało się dziać. Staram się mieć jak najmniej do czynienia z Belanglo, w trosce o moje własne zdrowie psychiczne. Nie sądzę, żeby w tej historii krył się jakiś morał".