FYI.

This story is over 5 years old.

VICE Czyta

Myślałem, że Jack Kerouac wyleczy mnie z depresji

Podróżowanie w stylu Jacka Kerouaca miało na mnie ogromny wpływ. Oferowało nie tylko narkotyki i seksualne uniesienia. Dawało przede wszystkim wiarę w „odnalezienie" siebie, w lekarstwo na depresję

Autostrada nr 138 Kalifornia. Zdjęcie: Flickr/Tiberiu Ana

Kiedy Ford wystartował z Modelem T — pierwszym samochodem masowej produkcji — podróżowanie stało się zdecydowanie łatwiejsze. Obok funkcji środka transportu, automobile zaczęły wyrażać amerykańską indywidualność. Od tej wiekopomnej chwili ludzie przestali być już skazani na nieznajomych w wypchanych pociągach. Zamiast tego, wreszcie można było bez problemu przemierzać kontynent własnym wehikułem, i to z każdym, kogo mile by widzieli na miejscu pasażera.

Reklama

Pod koniec lat 20. nadszedł Wielki Kryzys. Względy ekonomiczne zmusiły wielu do migracji w różne części kraju. John Steinbeck opisał to w „Gronach gniewu", powieści o losach Toma Joda, farmera, który uciekł z dotkniętej suszą Oklahomy do Kalifornii, łudzącej się jako kraina urodzaju.

Później, kiedy po II Wojnie Światowej kryzys zaczął ustępować, młode pokolenie z klasy średniej coraz bardziej buntowało się przeciwko społeczeństwu. Pojawiło się pojęcie zbuntowanego nastolatka. Dorastając w zmotoryzowanej Ameryce, zaczęto postrzegać samochód jako oręż swojego niepokoju. Ruszano przed siebie, bez celu. Na pohybel zasadom!

Sprawdź: DLACZEGO CHRISTIANE F. POGRYZŁA KOBIETĘ

Po raz pierwszy chciałem się bliżej zetknąć z mitem podróżowania po lekturze „W drodze" Jacka Kerouaca. Miałem wtedy 19 lat. Kerouac — przedstawiciel swojego pokolenia buntu — tułał się po Stanach aż do swojej śmierci, katalogując to w swojej twórczości.

Wiodłem wtedy prekaryjny tryb życia — nie miałem pracy ani wykształcenia. Przez depresję zrezygnowałem ze szkoły. Przyszło mi wtedy żyć w czasach „Celtyckiego Tygrysa", kiedy niemal wszyscy zaczęli robić kasę. Wszyscy oprócz mnie.

* * *

Podróżowanie w stylu Jacka Kerouaca miało na mnie ogromny wpływ. Oferowało nie tylko narkotyki i seksualne uniesienia, czyli doświadczenia, których skosztowanie przechodziło mi koło nosa przez niepójście na uniwersytet. Dawało przede wszystkim wiarę w „odnalezienie" siebie, w lekarstwo na depresję. Z drugiej strony, myśl o łapaniu stopa wydała mi się śmieszna. Ponieważ mieszkam w Irlandii, na wyspie, którą można przejechać wzdłuż w 5 godzin, w celu prawdziwej podróży musiałbym dostać się na kontynent. Ale jak miałem tego dokonać bez grosza przy duszy?

Reklama

Prawdziwa historia: POLSKI TARZAN, KTÓRY ZGINĄŁ W WARSZAWSKIM GETCIE

Znalezienie pracy wydawało mi się czymś nieosiągalnym. Wiedziałem, że na rozmowie kwalifikacyjnej pojawi się w końcu pytanie, na które będę musiał odpowiedzieć: „Rzuciłem szkołę przez chorobę psychiczną". Myśl o uzewnętrznieniu tego problemu przerażała mnie. Nie odnalazłem się w swojej depresji. Może dlatego, że skoro wychowałem się w domu, gdzie o tym się nie mówiło, to uwierzyłem, że problem nie istnieje. Często się zastanawiałem, czy to bardziej słabość niż depresja jest prawdziwym powodem mojego wewnętrznego pojebania.

Dlatego zacząłem szukać rzeczy gatunkowo zbliżonych do powieści „W drodze": książek, filmów…wszystkiego, co może być „skonsumowane" w mojej sypialni. Wszystkiego, co przedstawia świat zewnętrzny. Świat, cały w ekstazie, taki, którego chciałem doświadczyć podczas prawdziwej podróży.

W moje ręce trafił film „Pięć łatwych utworów" (1970). Jack Nicholson gra w nim faceta, wędrującego bez celu i chlejącego gorzałę. W odróżnieniu od Jacka Kerouaca prześladuje go więcej rzeczy z przeszłości, od której chce uciec. Dowiadujemy się, że główny bohater w dzieciństwie był genialnym dzieckiem fortepianu i teraz żałuje, że to porzucił — sądząc po jego napadach gniewu.

Czterdzieści minut z filmu (mały spoiler): niespełniony pianista jedzie po przebaczenie z Kalifornii do Waszyngtonu. Zamierza odwiedzić swojego ojca, który nie pochwalał jego poczynań. Niestety zastaje go sparaliżowanego po wylewie. Wciąż jako syn marnotrawny, bez przebaczenia jedzie autostopem do Kanady, pozostawiając w tyle swoją ciężarną żonę i wszystko, co posiada.

Reklama

Przeczytaj: KOCHAŁAM CHARLESA BUKOWSKIEGO

Znaczna część filmu nie łączy się z dziełem Kerouaca. Niemniej, utożsamiłem się z bohaterem Nicholsona. Nie jestem jakimś geniuszem, ale przeznaczone mi było lepsze życie niż to, które dostałem. Przynajmniej gdybym został w szkole, ignorując wszechogarniającą ciemność i nieustanną potrzebę ukrywania się, zrealizowałbym oczekiwania rodziców, zamiast być jedynie tematem ich rozmów, gdy opuszczałem pokój i za zamkniętymi drzwiami słyszałem płacz mojej matki.

To nie tak, że moi rodzice byli dla mnie niedobrzy, jak ojciec Nicholsona: byli wyrozumiali na swój własny, pogmatwany sposób. Niestety, nie potrafili przepracować swoich wad, by zająć się moimi. Zamiast tego, twierdzili, że jestem w pełni winny temu, co miało miejsce, że jeśli naprawdę bym chciał, to mógłbym się rozweselić i zmienić swoje życie na lepsze.

Autor próbujący odnaleźć spokój na drodze.

Kiedyś, jednak te rzeczy były mniej martwiące niż moje wyobrażenie splamionej drogi. W filmie „Pięć łatwych utworów" droga nie okazała się miejscem odnalezienia samego siebie lub wyleczenia depresji. Przeciwnie, była miejscem zagubienia.

Zastanawiałem się, czy moje zrozumienie „W drodze" Kerouaca nie jest mylne, jeżeli — przez własną słabość — mogłem zniekształcić ją w coś prymitywnie jednowymiarowego. Lata później, przeczytałem książkę raz jeszcze. Mimo że przepełniały mnie momenty, kiedy Kerouac wydawał się leczyć swoją depresję (co nazywał w pierwszych linijkach tekstu, „uczuciem, że wszystko umarło"), to krótkotrwałość tych chwil wdawała się bardziej widoczna za drugim razem. Ostatecznie muszę przyznać, że „W drodze" i „Pięć łatwych utworów" zasadniczo sprowadzają się do tej samej konkluzji — chociaż Jack Kerouac nie dał rady wyrazić jasno wszystkich rzeczy, kiedy pisał książkę, to inne wykrzykiwał z dachów, podczas zapijania się na śmierć w wieku 47 lat: że droga nie jest w stanie nikogo uzdrowić.

Reklama

SPRAWDŹ JAK NIE ODEJŚĆ OD ZMYSŁÓW PRACUJĄC W BIURZE

Mając 19 lat, myślałem w inny sposób. Wmówiłem sobie, że droga ma zbawienne działanie, że na szlaku czekają mnie uzdrawiające siły. Gdybym miał tylko moc do władania nimi! Oczywiście, najlepszym antidotum na słabość była siła.

* * *

Z czasem zacząłem odżywać, dostałem się na kontynent, gdzie w końcu dostałem pracę. Ostatecznie, zdobycie takiej nie było niczym niezwykłym. Nikt się nie przejmował czy miałem depresję, czy też nie, tak długo, aż robiłem to, do czego byłem zobowiązany. Jak na ironię, widziałem w tym układzie coś równie przygnębiającego, stan ukrytego trwania w chorobie, nieodwołalną pustkę.

Podobnie jak Kerouaca, nie ominęły mnie podróże. Jednak postawiłem bardziej na trzygwiazdkowe hotele niż trawę i gorączkowe sny w meksy