jedzenie

​Zjedliśmy największego kebaba w Polsce

Kebsy z Radzymina mają po półtora metra i ważą siedem kilo

tekst Maciek Piasecki
29 Czerwiec 2015, 3:56pm

Nigdy nie lubiłem napiętych smakoszy: tych ludzi, którzy ekscytują się delikatną nutką gałki muszkatołowej w ich dojrzewającym na trzcinowej ściółce serze, i z pogardą patrzą na konsumentów zwykłego twarogu. W sensie, też uważam dobry ser za jedną ze szczytowych zdobyczy cywilizacji, ale warto czasem zejść z wyżyn kulinarnego Olimpu i zjeść jak (zwykły) człowiek. Na przykład kebab – ten najbardziej demokratyczny z posiłków, który często stanowi jedyny pretekst dla spotkania kultury wiecznie białych Polaków z bliskowschodnimi imigrantami.

Nie muszę chyba tłumaczyć, dlaczego odkrycie miejscówki, która sprzedaje 1,5-metrowe kebżdyle napełniła moje serce radością? Kebab obfitości, symbol cywilizacji dostatku, do której lgną przybysze z dalekich stron świata. Z Mikołajem, który zapoznał mnie ze swoim internetowym znaleziskiem, z miejsca ustanowiliśmy Relax Kebab w podwarszawskim Radzyminie za cel weekendowego wypadu. W końcu w życiu o to chodzi, żeby mieć cel. Choćby i był to zawijas z kilkunastu pit, fury kurzego i baraniego truchła, klasycznej polskiej surówki i wiadra sosu mieszanego.

Jak to z atrakcyjnymi atrakcjami bywa, do naszej wycieczki zgłosiło się paręnaście osób, z których co jedna odpadała („wróciłem z pracy o szóstej rano", „nie mają falafli" i takie tam), więc na godzinę przed wyjazdem z planowanej podróży na trzy furacze ostały się cztery osoby. Jak się potem okazało, to ilość idealna na wspólne pałaszowanie kebaba o wadze półrocznego niemowlaka i długości gimnazjalisty. Wystarczająco niewiele osób, by odczuwać dumę ze zwycięskiej potyczki i wystarczająco dużo, żeby nie zrobić sobie zbyt dużej krzywdy.

Właściciele Relax Kebabu to dwójka braci pochodzących z Iraku, którzy w dzieciństwie wyemigrowali do Polski – i pewnie świat nie usłyszałby o ich półtorametrowym monstrum gdyby nie fakt, że postanowili swojej knajpie zapewnić całkiem prominentną obecność w mediach społecznościowych. Mikołaj – ze swym wrodzonym sceptycyzmem – podejrzewał nawet, że może stać za tym sprytne zagranie jakiejś agencji social media, zgrabnie emulującej łamaną polszczyznę, ale nie: bracia na żywo zachowują się tak, jak prowadzą fanpejdż. Czyli pociesznie.

Chłopaki były tak miłe, że życzymy im wszystkiego dobrego. Na razie, jak mówią, idzie całkiem nieźle. Chociaż największych 1,5-metrowców sprzedało się na razie kilka, to codziennie schodzą im ze cztery 100-centymetrowe porcje. Goście z Warszawy stają się normą, podobnie z Pruszkowem i okolicznymi miasteczkami. Jak tak dalej pójdzie, Radzymin przestanie chlubić się na drodze wjazdowej odparciem Sowietów w 1920 roku i wizytą Papieża, a postawi na markę „Miasta wielkiego kebaba". W sumie fajnie. Zdrowie imigrantów.