Jak dobrze się bawić na samotnej randce
Wszystkie zdjęcia: Ben Karris
dobre rady

Jak dobrze się bawić na samotnej randce

Po co umawiać na krępującą pierwszą randkę i zastanawiać się, czy druga osoba nie jest świrem, skoro można samemu pójść do knajpy? Czy kolacja w pojedynkę nie może być romantyczna?

Artykuł pierwotnie ukazał się na MUNCHIES

Dzisiaj Walentynki! Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, ponieważ przez ostatnie tygodnie byłeś bombardowany treściami, które miały ci o tym przypomnieć. I mimo że wszyscy zdajemy sobie sprawę z bezsensowności tego święta, trudno nie ulec jego urokowi – w lutym reklamy biżuterii, bukiety z róż czy bombonierki w kształcie serca wydają nam się ciut bardziej atrakcyjne. Możesz próbować zignorować Walentynki, ale one nigdy nie dadzą ci o sobie zapomnieć.

Reklama

W Walentynkach najbardziej nienawidzę tego, że zmuszają mnie one do refleksji nad swoim życiem uczuciowym. Jeśli chodzi o romantyczne gesty, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie mam z nimi dużego doświadczenia. Ani razu nie zostałam zaproszona do dobrej restauracji – czyli takiej, do której wypada założyć eleganckie ubranie (a przynajmniej czyste). Oczywiście to nie wina moich partnerów, bo będąc równie spłukana i leniwa, co oni, sama zawsze wolałam wyskoczyć do pobliskiej chińskiej knajpy, gdzie kelnerka dawała mi dodatkowe ciasteczka z wróżbą.


Tylko dobre rady. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Jednak z każdym rokiem czuję się coraz bardziej zażenowana tym, że więcej wiem o sekretnym menu McDonalda niż o francuskiej kuchni. Kiedy ludzie pytają mnie o moje ulubione miejsca do jedzenia, chciałabym umieć wymienić co najmniej trzy miejsca, które nie są z food truckami stojącymi obok jakiegoś baru, w którym piję co weekend.

Czas wziąć sprawy w swoje ręce. Koniec ze spotkaniem typków z Tindera w podrzędnych barach – od teraz będę chodzić na prawdziwe, dorosłe randki. Chce odwiedzać miejsca, w których kelnerzy musza nosić krawaty (tak, kelnerki też).

Autorka je sama w Little Dom's w Los Angeles

Mam jednak pewien problem: w najbliższych tygodniach nie czeka mnie żadna randka. Nie mam zbyt wiele szczęścia do związków i facetów – ostatni koleś, z którym się przespałam, przeprowadził się Tajlandii. No i co powinnam teraz zrobić? Czy mam zrezygnować z romantycznej, eleganckiej kolacji tylko dlatego, że nie mam mężczyzny, z którym mogłabym na nią pójść? Ale właściwie dlaczego ma mnie na nią zabrać jakiś facet? Mogę rozkoszować się jedzeniem i winem w pojedynkę, dziękuję bardzo.

Reklama

Tak też postanowiłam zrobić. Najpierw musiałam znaleźć odpowiednią miejscówkę. Potrzebowałam romantycznego miejsca, gdzie mogłabym zjeść elegancki obiad, ale które nie byłoby tak drogie, że pochłonęłoby całe moje oszczędności na następny czynsz. Zapytałam moich „dojrzałych” znajomych, gdzie najchętniej umawiają się na randki. Jeden z nich zaproponowała Little Dom's. Knajpa nie tylko jest przytulna i romantyczna, ale do tego kilka osób widziało tam Ryana Goslinga.

No to postanowione.

W sobotni wieczór podjechałam pod Little Dom's w czarnej sukience, którą kupiłam kilka lat temu na ślub przyjaciela. Nie tylko zrezygnowałam z niedbałego koczka, ale też umyłam włosy. Co więcej, nawet się pomalowałam i skropiłam perfumami. Weszłam tam koło 19, kiedy miejsce powoli zaczęło się zapełniać. Większość gości przyszła tam z drugą osobą; prawie wszyscy byli tam na randce. Hostessa zapytała mnie, czy chciałabym usiąść przy barze, ale poprosiłam o własny stolik – bardzo ją to bardzo zdziwiło. Zaprowadziła mnie na patio.

Po co umawiać na krępującą pierwszą randkę i zastanawiać się, czy druga osoba nie jest świrem, skoro można samemu pójść do knajpy? Czy obiad w pojedynkę nie może być romantyczny? Zastanawiam się, czy nie zrobiła tego specjalnie – może widok samotnie jedzącej kobiety przygnębiłby pozostałych gości? Nieszczególnie mnie to jednak obeszło, ponieważ na zewnątrz było przyjemnie ciepło, a gwieździste niebo dodawało romantyzmu całej sytuacji. Na moim stoliku paliły się dwie świece. Po chwili zjawił się kelner, który podał mi świeże pieczywo i szklankę wody, jednocześnie zabierając drugi zestaw sztućców i kieliszków.

Reklama

Przeglądając menu, planowałam wybrać dania, które choć trochę wydawały mi się znajome. Jednak koniec końców zamówiłam selerowe agnolotti, mimo że nie miałam pojęcia, co to właściwie jest. Opis „podawane z wędzonym, grzybowym sugo i fiore sardo” też jakoś szczególnie mi nie pomógł. Powstrzymałam się od wyguglowania mojego dania i postanowiłam zdać się na łaskę losu. Poczułam lekki dreszczyk emocji – nie wiedziałam, co mnie czeka. Na wypadek, gdyby agnolotti miało okazać się jakimś niejadalnym świństwem, na przystawkę zamówiłam grillowane karczochy. Normalnie nie biorę dwóch dań, ale to przecież miał być wyjątkowy wieczór. Czemu by nie pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa? Zasługiwałam na to. Pod wpływem chwili zamówiłam też koktajl Moscow Mule, który podają w uroczych, miedzianych kubkach.

Czekając na jedzenie, doszłam do wniosku, że najlepszą rzeczą w byciu na randce z samą sobą, jest to, że nie muszę brać udziału w niezręcznych gadkach-szmatkach. Nie zastanawiałam się nad tym, czy miło mija mi czas. Nie martwiłam się o to, czy druga osoba nie jest seryjnym mordercą. Nie musiałam po raz tysięczny opowiadać o tym, co uważam o aborcji i homoseksualnych małżeństwach. Nie martwiłam się, że moje ulubione filmy i zespoły wydadzą się drugiej osobie śmieszne. Dobrze się czułam sama ze sobą i nie paraliżował mnie lęk, że w jakiś sposób się skompromituję. Potrafię być zabawna i towarzyska, ale jednocześnie nie lubię, kiedy jestem w centrum uwagi. Kiedy druga osoba mało się odzywa, czuję się bardzo niekomfortowo. Jednak siedząc sama, nie miałam z tym żadnego problemu. Szczerze mówiąc, to najlepsza randka, na jakiej kiedykolwiek byłam. No i mój dekolt prezentował się doskonale.

Reklama

Kiedy przybyło moje agnolotti, poczułam ulgę – okazało się, że zamówiłam grzybowo-serowe pierożki. Danie było przepyszne, podobnie jak moje namoczone w soku z cytryny karczochy. Muszę jednak przyznać, że w pewnym momencie poczułam się trochę niepewnie. Ludzie obok mnie rozmawiali z ożywieniem i nie mogłam się pozbyć wrażenia, że tematem ich rozmowy byłam właśnie ja. „Boże, ta laska je sama. Możesz w to uwierzyć? To przecież sobotni wieczór. Myślisz, że ma problemy emocjonalnie i nie potrafi dopuścić do siebie drugiej osoby? Tak, to pewnie to. Musi być strasznie samotna i mogę się założyć, że od miesięcy nie umyła swojej wanny”.

Nie pozwoliłam jednak, żeby paranoiczne myśli zepsuły mi posiłek – dlaczego innych ma obchodzić to, z jakiego powodu jem sama? Co więcej, podczas podsłuchiwania cudzych rozmów usłyszałam gadkę o psie, który nie tylko miał własnego terapeutę, ale i został zdiagnozowany z „poważną depresją”. Cholera, na pewno nie byłam od nich gorsza. Kiedy to sobie uświadomiłam, mój samotny wieczór znowu zaczął sprawiać mi przyjemność. Nie tylko podobała mi się knajpa, ale i cieszyłam się z tego, że nie muszę z nikim gadać.

Dopijając mojego drinka i czekając na rachunek, zaczęłam myśleć o tym, jak niezwykły był to wieczór. Naprawdę czułam się z siebie dumna. Cieszyłam się, że zdecydowałam się na ten krok. Tak naprawdę nie bałam się samotnego wyjścia do knajpy, tylko tego, co pomyślą o mnie inni. My, single, często wpadamy w kompleksy z powodu powszechnej stygmatyzacji samotności. To błąd – właśnie przez to nie robimy rzeczy, które sprawiają nam przyjemność i utwierdzają nas w przekonaniu, że bycie singlem nie jest czymś złym. Wmawiamy sobie, że musimy mieć partnera, żeby robić niektóre rzeczy – chociażby po to, by pójść do eleganckiej restauracji. To tylko pogarsza nasze samopoczucie.

Reklama

To wnioski, które wyciągnęłam z mojej romantycznej kolacji z samą sobą. I wiecie co? Na pewno jeszcze kiedyś to jeszcze powtórzę – niezależnie od tego, czy ktoś do mnie dołączy, czy nie.


Więcej na VICE: