Reklama
praca

Nie idź na bezpłatny staż w korporacji

Rodzice, jeśli kochają, to mogą płacić korporacji za pracownika, który będzie parzył brand managerowi kawę. Za hajs matki stażuj

tekst Kamil Fejfer
29 Wrzesień 2017, 3:00am

Pracownik biurowy rysuje orła białego, symbol Polski (źródło)

Poniższy tekst pochodzi z książki Zawód, w której Kamil Fejfer przyjrzał się realiom polskiego rynku pracy od strony pracownika. Możesz zamówić ją tutaj.

Największymi przyjaciółmi Kingi byli bohaterowie serialu Suits i Gossip Girl. Dobrze ubrani, ładni, inteligentni, trochę cyniczni, knujący intrygi. I bogaci. Kinga lubiła te białe koszule, szpilki z czerwoną podeszwą, szklane budynki, centra wielkich miast. Pociągały ją pośpiech, dynamizm, znane marki, ogólne ogarnięcie. Tego nie było w jej rodzinnej miejscowości. Tam tylko klub Kontrasty, w którym raz na jakiś czas zagrał zespół Coma. To był czas, kiedy jeszcze nikt nie chciał go zdelegalizować na Facebooku. Po koncercie szło się ze znajomymi metalami do MakKwaka na kebsa, gdzie można było dostać wpierdol od dresów. Te koncerty to był jedyny powiew większego świata. Prawdziwi artyści, którzy znani są tylko z telewizyjnych finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tutaj byli na wyciągnięcie ręki. Ale przy ambicjach Kingi ten świat jednak był za mały, Coma była za mała. Wielki świat to są szklane wieżowce, a nie Roguc i jego „chlanie wódy w dusznym barze" lub „poeci umierający w grobach strof".

Kingę pociągał taki typ faceta jak Mike Ross: fotograficzna pamięć, ostrość umysłu, delikatny odchył psychopatyczny, no ale przecież wiadomo, że w korporacjach niekiedy trzeba nagiąć reguły, żeby wyszło na twoje. Czasami czegoś nie powiedzieć, czasami powiedzieć coś nieprawdziwego. Jak w życiu. Kinga chciała być takim facetem, tylko że w spódnicy. Miała 18 lat, mieszkała sama, uczyła się do matury i dorabiała. Wiedziała, że chce iść do korpo. Wiedziała, że tak trzeba żyć.

Matura poszła dobrze. Ojciec obiecał, że jeszcze przez jakiś czas nie zabraknie pieniędzy na studia. Kinga lubiła Kraków, był daleko, a jej zależało, żeby być jak najdalej. Nie jest zbyt rodzinna. Kraków ma swój romantyczny charakter, stąd są poeci w prochowcach z papierosami zwisającymi z ust, pijący wódkę i cierpiący na slamach z powodu przygnębiającego świata. Tutaj są małe uliczki i Kazimierz. Stąd w ładny dzień widać góry.

Przez chwilę miała być polonistyka, bo Kinga lubi czytać. Ostatecznie zwyciężył pragmatyzm: trochę szkoda tracić życie na naukę o książkach, kiedy wołają duże pieniądze. Same się nie zarobią, a z pewnością z czytania nie ma wielkiego hajsu. Absolutna racja.

Wygrała więc psychologia. Tam uczą, jak patrzeć na ludzi, jak ich czytać i w jaki sposób wykorzystać to w biznesie. Na przykład Jacek Santorski, psycholog pracujący z dużym biznesem, ale na swoich zasadach. Rozmawia z wypalonymi, bogatymi ludźmi, których nie cieszą już ani Alpy, ani połów łososia z kolegami, ani sylwester w klasztorze. Coś ich smuci, dołuje, coś im odbiera smak życia. I okazuje się, że tym czymś jest praca. Ta sama praca, która kiedyś była źródłem radości i nadawała sens. Teraz jest pustka i komuś trzeba o tym opowiedzieć. Żonie trochę głupio, bo nie wychodziła za takiego ciapciaka, co się maże. Kolegom też średnio, bo oni ciągle o sukcesach, zegarkach, perspektywach inwestycyjnych, mikrotargetowaniu jako najskuteczniejszej strategii marketingowej, optymalizacji kosztowej i bezpiecznych inwestycjach w nieruchomości. No więc zostaje Santorski. Pieniądze nie grają roli.

Szybko się jednak okazało, że na zajęciach z psychologii organizacji wykładowcy uczą zarządzania zasobami ludzkimi z podręczników z lat osiemdziesiątych. Był drugi rok i Kinga już wiedziała, że taka nauka to gonienie w piętkę, że to nie ma sensu. Nie interesowało jej pozostawanie na uczelni i wykładanie w wyciągniętym swetrze za biedapieniądze. Nie chciała być doktorantką żiżkologii lacanistycznej ani rozwijać modalności poznawczo-behawioralnej. Trzeba było trzepać hajs.

Ale to były dobre dwa lata. W tym czasie trochę się obijała, trochę czytała. Trochę była dziewczyną dla swojego chłopaka, który przychodził po pracy i miał gotowy obiad. Trochę grała w World of Warcraft.

– Kiedy odpalasz WOW-a, to masz totalną zgodność oczekiwań z rzeczywistością – mówi Kinga.
– To jeden z niewielu odcinków w życiu, kiedy wszystko się zgadza.

Poza apetytem na sukces i drajwem japiszona w środku jest też inna Kinga, ta jest nolife'em. Dziewczyna jest trochę monetą z dwiema stronami. Z jednej strony jest korporacyjnym tygrysem, z drugiej − kurą domową, która spełniałaby się w wykonywaniu obowiązków matki Polki. Przez te dwa lata studiów wypełniała tę część siebie, która jest spokojna, łagodna, lubi wielkie futrzane kapcie oraz memy ze śpiącymi ludźmi i kotami, które nie pozwalają im wstać. Ale ten okres się kończył i Kinga to wiedziała. Przychodził czas obrócenia monety – z nolife'a trzeba stać się korpoczłowiekiem. Czas studiów był fajny, pełen beztroski, ale wszystko kiedyś się kończy i trzeba zacząć czas nowy, inny. Czekał biznes, wciąż pojawiały się kolejne odcinki Suits.

Kinga rozsyła CV do korporacji i czeka na odpowiedź.

– Chciałam pracować wtedy wszędzie, w koncernie farmaceutycznym, aplikowałam do Microsoftu. To mnie jarało. Programiści, IT, kurwa, Dolina Krzemowa, Google, to było obiektem moich westchnień i marzeń. Przykładasz rękę do czegoś, co jest innowacyjne. To jest ten prestiż pracodawcy. Jestem w Tesli dziwki! Możesz to wpisać na profilu na Facebooku i jest szacun padawana – mówi.

Jest przebojowa, widać to w jej mowie ciała. Jednocześnie rozluźniona i czujna. Kiedy mówi, przechyla się w stronę rozmówcy, ma pewny głos, jest asertywna i widać, że nie da sobie w kaszę dmuchać. Nie daje się zbić z tropu pytaniami. Wie, że jak zostanie zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną, to pewnie uda się jej wskoczyć do firmy.

– Jestem z biednego domu i wydawało mi się, że korporacje to zajebiste skarbce ze złotem, że będę opływała w luksusy. Nie wiedziałam, że da się inaczej. Chciałam kosić chamski hajs – mówi.

Za chwilę czekają ją pozycja, grad złotych monet, ubrania, projekty. Tak sobie myśli, wysyłając kolejne CV.

Pojawiła się oferta stażu w dużej firmie rekrutacyjnej. Potężny szklany budynek, ładnie wyglądający ludzie, korpo o renomie na rynku. Ale staż jest bezpłatny.

– Widać, na czym zbudowane jest bogactwo firmy – mówi Kinga.

Ojciec właśnie zapowiedział, że wkrótce przestanie ją finansować, a ze stypendium socjalnego ze studiów nie da się żyć na przyzwoitym poziomie. W zasadzie nie da się żyć niemal w ogóle. Kinga nie może sobie pozwolić na bezpłatną pracę. Przecież za coś trzeba kupić jedzenie, za coś trzeba opłacić wynajęty pokój i spłacić ratę za komputer. Nie da się tego zrobić za wpis do CV. Bezpłatny staż jest tylko taki z nazwy, tak naprawdę jest płatny, bo ktoś musi utrzymać stażystę. Zazwyczaj są to zamożni rodzice. To oni kupią jedzenie i płacą za pokój. To oni kupią komputer, asicsy i zapłacą za iPhone'a, bo trochę głupio w dużym korpo świecić jakimś szajsungiem z pobitą szybką. Wszystko to kosztuje, ale od czego jest tata. Za hajs matki stażuj. Rodzice, jeśli kochają, to mogą płacić korporacji za pracownika, który na przykład będzie parzył brand managerowi kawę.

A jeśli nie masz bogatych rodziców? No to wtedy pracujesz w gastro i w zasadzie nie wiadomo, co z tobą potem, bo jak wracasz z pracy, to słaniasz się ze zmęczenia i najchętniej przespałbyś kolejny tydzień, a nie szedł na zajęcia następnego dnia. A co dopiero na jakiś staż. Po ukończeniu studiów masz w doświadczeniu zawodowym przewalanie hambuksów i wydawanie zapiekanek pijanym Angolom. I nikogo nie obchodzi taki odpad jak ty. Dla pracodawcy jesteś niedorajdą, który nawet się nie sprawdził na praktykach. Oni potrzebują kogoś z doświadczeniem w branży, a nie jakiegoś ciamciaramcię, co zamiast się wziąć za siebie, całe studia pił szoty za barem i ciągnął kreski z folietek z tanimi chińskimi chemikaliami. Bo przecież to taki specjalny czas, że można takie rzeczy robić, nie? No to out, weźmiemy tego, co był gdzieś na praktach, co ma doświadczenie. Od razu widać w CV, że zapierdalał na trzech stażach w megakorpach jak ogarnięty człowiek. I są inne rzeczy, które o nim świadczą – wyluzowany, normalnie ubrany, w ray-banach, plecaczek Fjallraven Kanken, trochę ironiczny, bo taki dziecięcy, ale wiadomo przecież, ile kosztuje, w trendach, nonszalancja-elegancja, takich to my lubimy. A że to wszystko za pieniądze taty? Rekrutera to nie obchodzi.

Jest jeszcze trzecia opcja. Ale musi się przyfarcić – staż płatny. W Polsce zdarza się to rzadko. Nawet nie wiadomo, jak rzadko, bo właściwie nikt tego nie sprawdza, nikt nie bada. Są jakieś pomniejsze raporty, ale w zasadzie tak kiepskie, że nic z nich nie wynika poza tym, że jest kiepsko. Bezpłatne staże to w Polsce jedna z wielu białych plam. Ekonomia odpowiada na pytania, które sama zadaje. O bezpłatnych stażystów nikt nie pyta.

Wiadomo, że ustawowo istnieje możliwość zatrudniania na praktyki osoby, która skończyła gimnazjum i nie ukończyła trzydziestego roku życia. I nie trzeba jej płacić. Ustawa o praktykach absolwenckich powstała w ramach walki z kryzysem. Podpisana w 2009 roku miała uelastycznić i tak już elastyczny rynek pracy oraz pomóc zbolałym przedsiębiorcom złapać oddech. Nawet jeżeli miałoby to się odbywać kosztem tego, że tysiące osób będą pracowały za darmo. No, ale PKB samo się nie zrobi, wyspa sama się nie zazieleni, trzeba trochę jej pomóc. Kryzys minął, a ustawa o praktykach absolwenckich nadal obowiązuje. Ktoś coś próbował w niej dłubać, żeby może jednak jakiś obowiązkowy pieniądz dać pracownikom, no ale są w Polsce ważniejsze rzeczy. Trzeba dekomunizować, rechrystianizować albo po prostu pilnować, żeby woda w kranach nie stygła.

Zresztą rynek przecież sam się może uregulować. Przykładem są powstające inicjatywy promujące ramy dobrych praktyk i staży. Wchodzą w to duże korpa, bo zależy im na CSR. I tak na przykład duża firma medialna, która posiada wiele tytułów regionalnych, miękko włazi do takiej koalicji antywyzyskowej. Deklaratywnie wspiera wszystkie płatne staże, merytoryczne ramy, ścieżki praktyk i inne ładnie brzmiące nazwy. Dzięki temu jej logo trafia na stronę organizatorów akcji i wszystko jest fajnie, poza tym, że firma nie stosuje się do tego, co zadeklarowała. Nadal pracują dla niej bezpłatni stażyści – dziennikarze obywatelscy. Nobilitująca nazwa staje się substytutem wypłaty. Zamiast pieniędzy praktykantom daje się poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym i fajnym, w czymś, co może zaprocentować w przyszłości. Mami się ich możliwością zatrudnienia, ale do finalizacji marzeń zazwyczaj nie dochodzi, bo finalizacja to koszt w postaci pensji, a brak finalizacji to zysk w postaci darmowego kontentu. Niby wszyscy zyskują, bo przecież później można sobie do CV wpisać współpracę z poważnym graczem na rynku medialnym. Tylko że nie ma takiej waluty jak CV, za CV nie da się kupić kurtki.

Takie deklaracje ze strony firmy o ramach praktyk i staży fajnie brzmią. Są elementem CSR, można pochwalić się nimi na stronie, w prospekcie emisyjnym. Można logotyp wrzucić za darmo na stronę partnera organizatora, można się podzielić newsem na Fejsiku, może na fanpejdżu organizatora również znajdzie się informacja o firmie. Później rośnie AVE, czyli potencjalna wartość reklamy i darmowa obecność w mediach. Monitorowaniem takiej obecności zajmują się specjalne firmy, którym zleca się przygotowywanie raportów o medialnym wizerunku danej firmy. Również o medialnym wizerunku firmy medialnej, takiej, która ma szereg tytułów regionalnych. I jeśli taki raport wskazuje na to, że AVE jest wysokie, to osoba, która zajmuje się promocją marki – na przykład firmy Polish Media – wypełnia dobrze swoje obowiązki i może liczyć na premię albo awans. Deklaracje przystąpienia do tego typu inicjatyw nic nie kosztują, a reklama − tak, więc lepiej składać deklaracje, skoro działają podobnie. Wszystko kręci się wokół wirtualnych wskaźników. Każdy każdego na każdym poziomie oszukuje. Ale po dupie mają i tak ci na końcu – darmowi stażyści. Poza nimi, wszyscy inni skorzystali.

Tagged:
polska
książka
VICE Czyta
Staż
korporacja
Zawód
Wyzysk