jedzenie

Wszystkie obrzydliwe rzeczy, jakie widziałam, pracując w sieciowej kawiarni

Myszy były wszędzie: w ciastkach, w filiżankach, na ekspresie, za kontuarem. W piwnicy całe pokolenia myszy przychodziły na świat w workach mleka w proszku
A
tekst Anonim
ZK
tłumaczenie Zuzanna Krasowska
Fot. nodoca na Flickr

Artykuł pierwotnie ukazał się na MUNCHIES

Dlaczego nigdy nie zamawiam kawy latte? W skrócie: chodzi o mysią krew.

W czasie, który przepracowałam jako baristka w ruchliwej filii pewnej bardzo znanej sieciówki, widziałam śmierć wielu myszy. Sanepid nigdy nas nie zamknął, choć przez pewien czas mieliśmy do czynienia z prawdziwą plagą (co w Nowym Jorku nie jest w sumie czymś niespotykanym).

Kiedy pod koniec wieczornej zmiany przygaszaliśmy światła, myszy wybiegały całymi stadami. Siedziały na blatach, ekspresie do kawy, kręciły się między wystawionymi ciastkami. Nieważne ile razy dezynfekowaliśmy całą kawiarnię, patrząc na filiżanki, zawsze oczami wyobraźni widziałam odciski mysich łapek.

Reklama

Oto moja historia. Zaczęłam pracować w tej sieci w 1999 roku, kiedy byłam w drugiej klasie liceum. Nazwijmy ją po prostu „Kawiarnią", ponieważ jestem prawie pewna, że cyrograf, jaki z nią podpisałam, za nieprzychylne słowa pociągnąłby do odpowiedzialności nie tylko mnie samą, ale i kilka następnych pokoleń.

Kiedy pod koniec wieczornej zmiany przygaszaliśmy światła, myszy wybiegały całymi stadami. Siedziały na blatach, ekspresie do kawy, kręciły się między wystawionymi ciastkami.

Fucha baristki była moją pierwszą prawdziwą pracą (musiałam wypełniać PIT!). W tamtych czasach jako 16-latka w Kalifornii nie miałam zbyt wielu opcji: mogłam sprzedawać wyciskane soki albo stać za ladą w lodziarni. Jednak parzenie espresso – w tamtych czasach jeszcze za pomocą autentycznej maszyny La Marzocco, a nie automatycznych ekspresów, których obecnie się używa – wydawało mi się znacznie fajniejsze, bardziej klimatyczne. Przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Wszystko to miało miejsce ponad 15 lat temu. Wtedy snobistyczni klienci nadal udawali, że konsumpcjonizm naszych czasów jest im zupełnie obcy i wcale nie udają bogaczy, kupując w sieci słynącej ze skandalicznie drogiej kawy z Sumatry i pretensjonalnych kanapek. To właśnie tacy buntownicy odmawiali wypowiedzenia słowa „grande" przy zamawianiu swojej półlitrowej kawy. Czasem nawet zaczynali się ze mną kłócić – pryszczatą 16-latką stojącą za ladą – że taką kawę w Ameryce nazywa się „średnią" i kim ja w ogóle jestem, żeby to kwestionować.

Reklama

Większość klientów była jednak niesamowicie miła. Wielu z nich znałam z imienia (a działo się to w czasach, kiedy polityka firmy nie kazała pisać go na kubkach). Widząc ich w drzwiach kawiarni, od razu zaczynałam przygotowywać absurdalnie wymyślne zamówienia, które urągały włoskiej tradycji kawowej. To właśnie wtedy uwierzyłam w mit Kawiarni: każdego dnia wracałam do domu wyczerpana, z lepkimi resztkami ziaren pod paznokciami (a czasem nawet we włosach), ale wierzyłam, że codziennie uczę się czegoś nowego o smakowaniu kawy i jej przyrządzaniu. Moja patologicznie radosna szefowa namawiała nas, byśmy sięgali po espresso za każdym razem, kiedy poczujemy lekki spadek energii. Wszyscy byli niezwykle sympatyczni i kompletnie naćpani kofeiną.

Cóż, tak przynajmniej wyglądał mój pierwszy rok.

„Nie mogę za długo przebywać w oparach" – powiedziała. „Kiedyś wciągałam to gówno"

Jakiś czas później przydzielono nam nową menadżerkę. Na pierwszy rzut oka wydawała mi się uroczą, matczyną pięćdziesięciolatką z południa. Dopiero później się dowiedziałam, że była znacznie młodsza, a swój wygląd zawdzięczała uzależnieniu od metamfetaminy. Pewnego dnia, kiedy za pomocą rozpuszczalnika przemysłowego odklejaliśmy naklejki promocyjne ze szklanych drzwi, powiedziała mi, że musi zrobić sobie przerwę. „Nie mogę za długo przebywać w oparach" – rzuciła. „Kiedyś wciągałam to gówno".

Co prawda nie ma to nic wspólnego z kawą: dziwni ludzie trafiają się w każdej branży i miejscu pracy. Zrozumiałam to, kiedy przeprowadziłam się do Nowego Jorku i zaczęłam pracować w filii na Manhattanie.

Reklama

Pamiętam, jak pierwszej nocy ścigał mnie po kawiarni karaluch wielkości męskiego mokasyna, a nowi współpracownicy zaśmiewali się z mojej małomiasteczkowej naiwności. Miałam z nimi mniej przyjacielskie relacje niż ze znajomymi z Kalifornii, ale z kilkoma udało mi się nawiązać jakiś kontakt. Jedną z nich była laska, która dorabiała sobie jako dziewczyna do towarzystwa oraz dilerka koksu. Kiedy wyjątkowo nie brała do pracy broni, zawsze nosiła przy sobie nóż introligatorski. Pewnego razu groziła nim jednemu z baristów, który nierozsądnie nazwał ją przy wszystkich „suką".

Było to brudne, okropne i ekscytujące spotkanie z miastem, które tak gloryfikowałam jako nastolatka. Jednego dnia obsługiwałam celebrytów, chociażby Spike'a Lee (cydr jabłkowy), Philipa Seymoura Hoffmana (kawa z ekspresu, czarna) czy Elijaha Wooda (kompletnie mnie zignorował, rozmawiał przez telefon), a następnego byłam świadkiem, jak kilku ćpunów robi sobie z naszej toalety punkt spotkań z dilerem.

Kiedy wyjątkowo nie brała do pracy broni, zawsze nosiła przy sobie nóż introligatorski. Pewnego razu groziła nim jednemu z baristów, który nierozsądnie nazwał ją przy wszystkich „suką".

Dosyć szybko zrozumiałam, że wszyscy moi współpracownicy ćpali. Odkryłam, że chłopak, który sprzątał w lokalu (nazywany przez wszystkich Gollumem z powodu podobieństwa do postaci z książek Tolkiena), palił w piwnicy crack. Pomieszczenie to pełniło również funkcję magazynu i bardzo przypominało kryjówkę Buffalo Billa z Milczenia owiec. Inny barista regularnie opuszczał swoje zmiany, ponieważ miał zwały po heroinie.

Reklama

Reszta z nas sięgała raczej po zioło. Mieliśmy godzinę, żeby zamknąć sklep. Jednak jeżeli przepracowało się więcej niż osiem godzin, trzeba było dostać wynagrodzenie za nadgodziny, a to Kawiarnia uważała za bardzo kiepski interes. Jeden z naszych menadżerów wprowadził więc politykę „przed-zamykania", dzięki której prawdziwe zamknięcie następowało już 15 minut po wyrzuceniu ostatnich klientów. Następne 45 minut spędzaliśmy na paleniu blantów w zaciemnionym lokalu (na czym zarabialiśmy, ponieważ elektroniczny zegar mierzył czas od wejścia pracownika do jego wyjścia). Regularnie przyjeżdżał do nas diler i podrzucał naszą wspólną trawę na wieczór. Działo się to dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ludzie odbierali swoją kawkę z dodatkową bitą śmietanką za 8 dolców (30 zł).

A właśnie, to mi przypomniało: mysia krew.

W którymś momencie nasz lokal przejęły szkodniki. Przez pewien czas sytuacja była tak zła, że zabroniona nam się przebierać w uniformy na miejscu (na wypadek, gdybyśmy przywlekli z domu jakieś robactwo). „No jasne" ‒ pomyślałam wtedy. „Na pewno to w moich spodniach mieszka rodzina karaluchów, a wasza piwnica seryjnego mordercy jest kompletnie sterylna".


Mówimy, jak jest. Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Któregoś dnia znaleźliśmy śpiącą mysz w opakowaniu biszkoptów, idealnie wciśniętą pomiędzy dwa ciastka. Mała huncwotka przegryzła opakowanie, objadła się po uszy, po czym zapadła w głęboki sen. Jako osoba wychowana na Myszce Miki byłam przekonana, że to absolutnie uroczy obrazek. Oczywiście do chwili, kiedy mój szef utopił ją w wiadrze.

Reklama

Jednak najbardziej niezapomnianym przeżyciem był moment, kiedy rozbryzgałam mysią krew po całej podłodze kawiarni. To był wyjątkowo ruchliwy dzień, a nam się skończył syrop waniliowy (którego używamy do wszystkiego). Zbiegłam do piwnicy, żeby wziąć kolejne opakowanie, po drodze mijając pułapki z kleju rozłożone na stopniach. Kiedy w pośpiechu wracałam na górę, niosłam olbrzymie pudło i zupełnie nie widziałam, gdzie stawiam stopy. Nagle poczułam dziwne chrupnięcie – coś przyczepiło mi się do buta. Nie miałam jednak czasu, żeby się nad tym zastanowić i po prostu wbiegłam na piętro.

Kiedy postawiłam pudło na ziemi, zdałam sobie sprawę z tego, że ciągnęła się za mną smuga mysich wnętrzności. Jakiś biedny gryzoń musiał się przykleić do pułapki, a ja na nim stanęłam. Przerażona pokuśtykałam na zaplecze, gdzie za pomocą rączki od szczotki Gollum zdrapał zakrwawioną pułapkę z moich jasnych butów roboczych.

Po czym, z niewyjaśnionych powodów, wrzucił ją – wraz z przyklejonymi do niej kawałkami myszy – do zlewu, w którym piętrzyły się kubki, filiżanki, pojemniki na bitą śmietanę oraz talerze. Ludzie jedli z nich każdego dnia. Gollum szybko pojął swój błąd i błyskawicznie wyjął pułapkę ze zlewu. Wyrzucając ją do śmieci, przyłożył palec do ust w uniwersalnym geście „cicho sza".

Tamtego dnia przestałam jeść i pić cokolwiek, co pochodzi z Kawiarni. Zakładam, że większość lokali pewnie nie działa w ten sposób. Za rzeczy, które widziałam, należy winić niedbały sanepid oraz mojego przełożonego, a nie całą sieć. Jednak nigdy nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wcale nie byliśmy najgorszą załogą w mieście.

Reklama

Poza tym i tak mają gównianą kawę.


Więcej na VICE: