Reklama
Film

Czego dowiedziałam się o świecie z netflixowych filmów o Bożym Narodzeniu

Znajdzie się tu coś dla oderwanych od rzeczywistości marzycieli; coś dla tych, którzy pogodzili się ze „swoim miejscem w szeregu” i tych, którzy uważają, że życie to gówniana i bezcelowa tułaczka

tekst Izabela Szumen
22 Grudzień 2017, 12:20pm

Źródło: YouTube/„Święta w El Camino”

Nie będę ukrywać, że świąteczne filmy z Kevinem samym w domu na czele stanowią moje niekwestionowane guilty pleasure. Puszczam je sobie do gotowania lub robienia krepinowych łańcuchów na choinkę. Ich jowialność przynosi mi ulgę, relaksuje, głaszcze mój sparaliżowany strachem mózg i pozwala odpocząć od oglądania rodzinnych (skala mikro), jak i narodowych (skala makro) konfliktów Polaków. Polecam każdemu.

Święta w swoim współczesnym zamyśle mają być czasem rodzinnej bliskości, pojednania, refleksji, ale też regeneracji i odbudowy nadziei. Podobne cele stawiają sobie bożonarodzeniowe produkcje. Postanowiłam sprawdzić, co oferuje tegoroczna oferta świątecznych filmów, jakie można znaleźć na płatnych platformach. Spośród HBO GO, ShowMax i Netflix – tylko ten ostatni miał coś do zaoferowania. I to aż trzy tytuły – zdające się dość losowym kombo.

Każdy z tych obrazów łatwo przyporządkować do określonych grup odbiorców – znajdzie się tu coś dla oderwanych od rzeczywistości marzycieli; coś dla tych, którzy pogodzili się ze „swoim miejscem w szeregu” i tych, którzy doszli już do prostej prawdy, że życie to gówniana i bezcelowa tułaczka i nie ma co tracić czasu na oczekiwania. Dla każdego coś miłego.

Zaczynając od pierwszej grupy: Świąteczny książę to kolejna reinterpretacja historii Kopciuszka. Młoda dziewczyna o imieniu Amber zmęczona redagowaniem cudzych tekstów w nowojorskim tabloidzie otrzymuje szansę awansu na upragnione stanowisko autorki własnych tekstów. Ma wyruszyć do (zmyślonego królestwa) Aldowii – wszakże wszyscy kochamy zmyślone europejskie krainy, w których panuje bajkowa monarchia.

W królestwie od blisko roku panuje bezkrólewie, poprzedni władca zmarł, a dziedzic tronu to podrywacz i hulaka, niekwapiący się do objęcia urzędu. Amber ma zebrać informacje o panującym na dworze chaosie, decyduje się więc na partyzancki reportaż uczestniczący, wchodząc do pałacu incognito.

Niczym w baśni wprowadza do konserwatywnego domu „życie”, przez nieuwagę rozbija wazony z dynastii Ming, strzela niechcący z łuku w okna, a nawet samodzielnie ocenia stan zdrowia kalekiej księżniczki i zabiera ją na sanki (bo co tam rozszczep kręgosłupa dziecka – liczy się jego uśmiech na twarzy!). Pozornie bezrefleksyjny królewicz okazuje się pełnym troski o poddanych kawalerem, który od błysku prasowych fleszy woli bitwy na śnieżki w miejscowym sierocińcu (tania symbolika romantycznych komedii). Flirt między dziennikarką a księciem nabiera rumieńców. Niestety sielankę zakłócają szwarccharaktery w postaci byłej narzeczonej księcia i drugiego w kolejce pretendenta do tronu. Sami domyślcie się, do jakiej kosmicznej kabały doprowadzają w efekcie ścieżki scenariusza.

Świąteczny książę to film tak bardzo irytujący swoją topornością, że aż zabawny. Z jednej strony pozwala nam poklepać się po plecach, że dobre serce prostej dziewczyny jest więcej warte niż jakieś tam korony, berła i dziwaczna dworska etykieta.

Tych, którzy nie bujają aż tak wysoko w obłokach, ale wciąż lubią sobie pomarzyć o lepszym świecie, ucieszy zapewne kolejna propozycja: Świąteczny Spadek – taki „odwrócony” Kopciuszek. Panna Langford, dziedziczka niebotycznej fortuny nieznanego pochodzenia (kasa się zgadza, kogo obchodzi, skąd się wzięła), jest pełną entuzjazmu dość nieokrzesaną 20-latką. Na eleganckich przyjęciach ma w dupie konwenanse i robi salta przed sztywniacką socjetą, pokazując swoje majtki (czo?), wywraca choinki i kompromituje swojego ojca. Prasa mnoży niepochlebne artykuły na jej temat, określając dziewczynę jako „imprezową dziedziczkę rujnującą bale”.

Poirytowany rodzic postanawia dać niesfornej dziewczynie szkołę życia. Koniec przepasanych kokardą ferrari pod choinkę. Dziewczynie odebrane zostają platynowe karty płatnicze i z otrzymanym studolarowym banknotem zostaje wysłana na banicję do rodzinnej miejscowości ojca. I tu uwaga: to poza jej strefą komfortu, czyli poza granicami Nowego Jorku (mało tego, musi tam dojechać ZWYCZAJNYM AUTOBUSEM). Upokorzeniom dziedziczki końca nie ma. Jej walizki Louisa Vuittona zostają rzucone na pakę busa i wytarzane w śniegu, ale dziewczyna się nie poddaje. Dowiaduje się nawet o istnieniu monet – wcześniej tak niskie nominały pozostawały poza jej świadomością.

Ten film nie uczy nas niczego, warto jednak zastanowić się, co nam daje. Widz może w zaciszu swojego mieszkania poczuć wyższość nad nieprzystosowaną bogaczką, która bez kart kredytowych ojca jest całkowicie bezradna wobec dzikiego i bezwzględnego świata. A każdy z nas jest przecież taki zajebisty, że w ogóle nie boi się sam jeździć międzymiastowym busem. Pierwszy gwiazdkowy prezent: podreperowane ego widza.

Bohaterka ratuje jednak swój honor i dzielnie podejmuje się zwykłej pracy. Z pokorą uczy się sprzątać pokoje hotelowe, piec ciasta i odbierać stacjonarny telefon a my oddychamy z ulgą, że bogacz jak chce to też człowiek. Serce szarakowi rośnie przez cały czas trwania filmu, nie dość, że u sterów światowej finansjery są ludzie w głębi ducha dobrzy, to jeszcze zazdroszczą nam skrycie prostoty życia.

Bohaterka ostatecznie wraca do rodzinnego domu w nowojorskiej metropolii, wynosi jednak cenną lekcję z tych kilku dni spędzonych wśród „biedaków". Staje się lepszą osobą umiejącą w skromność i bezinteresowność. Kolejny prezent dla widza: wszystko na swoim miejscu, dobro w sercach ludzi.

Na koniec coś dla czarnowidzów (czyt. realistów): Święta w El Camino. Bohaterami filmu są tu: przemęczona i cyniczna samotna matka z kilkuletnim synem, ciężarna dziennikarka i jej operator szukający na bezdrożach sensacji, weteran alkoholik i poczciwy sklepikarz. Porządkiem w miasteczku opiekuje się grupa gapowatych prowincjonalnych policjantów. Ich życiorysy łączy dojmująca bezcelowość i marazm. Jest nudno, za ciepło i został jeden dzień do wigilii Bożego Narodzenia.

Pewnego dnia tę senną dziurę w Nevadzie nawiedza nieznajomy mężczyzna poszukujący swojego ojca, którego nigdy nie widział na oczy. W efekcie kilku bzdurnych nieporozumień jego plan bierze w łeb, dochodzi do krwawej strzelaniny (!), a wspomniani wcześniej bohaterowie zostają uwięzieni w przydrożnym sklepie monopolowym.

Patowa sytuacja generuje serie smutnych refleksji o bezcelowości życia w stylu: „tylko Bóg zna odpowiedź, a my nic nie wiemy”, czy „każdy ma swoją prawdę” (polska publiczność coś o tym wie). Jeżeli zdecydujecie się na ten film, porzućcie nadzieję na łzawy finał, w którym wszystko kończy się dobrze. Sytuacja bohaterów ulega co prawda delikatnej poprawie, ale bez fajerwerków, czyli jak w życiu.


Bez upiększania. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


Jaki obraz świata wyłania się ze świątecznych produkcji, które w tym roku oferuje nam Netflix? Wszyscy marzymy o bezwarunkowej miłości i dużej kasie niewiadomego pochodzenia; dorosłe dziewczyny wciąż pragną księcia, krynoliny i fortuny z podatków maluczkich poddanych. Jeżeli to nie wyjdzie, zostaje już tylko zakrwawiona podłoga w monopolu.

Można by wręcz pomyśleć, że Boże Narodzenie to festiwal oszukiwania samego siebie i innych, a postęp masowej świadomości to fake news. Dzięki Bogu, że to tylko świąteczne filmy w internecie, prawda?

Śledź autorkę tekstu na jej profilu na Facebooku