Reklama
Moje zdanie

Zadufani faceci, którzy chcą przekazać swoje przyrodzenie do muzeum penisów

W Islandzkim Muzeum Fallologicznym można obejrzeć penisy ponad 80 ssaków. I chociaż wielu mężczyzn chce, żeby po śmierci trafiły tam ich klejnoty, wydaje mi się to dość aroganckie

tekst Monica Heisey; tłumaczenie Zuzanna Krasowska
12 Czerwiec 2018, 10:14am

Fot. HALLDOR KOLBEINS/AFP/Getty Images. 

Jak może wiecie, na Islandii istnieje muzeum penisów. Wokół niego stoją sklepy, w których można kupić robione na drutach swetry, a także niebotycznie drogie kawiarnie. Nie sposób go przegapić. Wygląda jak każde inne „muzeum erotyki”, bez którego najwyraźniej nie może się obejść żadna szanująca się europejska stolica.

Ale tak jak w muzeach seksu zazwyczaj można znaleźć wulgarne ryciny, krawaty z cyckami i kilka drewnianych, nieprzyjemnie wyglądających sztucznych penisów z zamierzchłej przeszłości, tak islandzkie muzeum skupia się jedynie na przyrodzeniach. Możemy w nim znaleźć penisy prawie 90 gatunków: niedźwiedzi polarnych, wielorybów, fok i morsów (przyrodzeń tych dwóch ostatnich jest, szczerze mówiąc, niepokojąco dużo). Początki tego muzeum sięgają 1974 roku, kiedy jego założyciel, Sigurður Hjartarson, dostał od przyjaciela bicz z byczego penisa (podobny do tego, jaki miał za młodu, gdy pracował na farmie). Kiedy już dorósł, jego znajomi dowiedzieli się, czego używał do zaganiania bydła i radośnie zaczęli go zasypywać penisami wielorybów. W końcu Hjartarson nie miał już gdzie trzymać tych wszystkich zwierzęcych przyrodzeń, więc postanowił założyć muzeum. Bo przecież każdy z nas zrobiłby dokładnie to samo.

Muszę wam powiedzieć coś o tym muzeum i nie wiem, jak tę sformułować myśl, żeby uniknąć głupiej gry słownej. Rzeczywistość po prostu sama tworzy żart: otóż, pomimo wielkich obietnic, muzeum penisów jest rozczarowująco małe. (Wiem, wiem, to było aż za łatwe). Okazuje się bowiem, że Islandzkie Muzeum Fallologiczne to tak naprawdę zaledwie dwa niezbyt duże pokoje, które zostały wypełnione słojami z pływającymi w formalinie penisami.

No, pomijając jedno pomieszczenie, o którym musimy porozmawiać. Zdaję sobie sprawę z tego, że można dużo powiedzieć o samym muzeum i jasne, Sigurður Hjartarson był fascynującym człowiekiem, który zdecydował się zebrać w jednym miejscu wszystkie rodzaje penisów świata. Jednak w tylnej części muzeum, w samym rogu pokoju, znajduje się mała wystawa krótkich, uprzejmych listów z całego świata. Na każdym z nich, chociaż w innej formie, możemy przeczytać właściwie to samo: „Kiedy umrę, pozwalam wam na wystawienie mojego penisa w muzeum”.

Naprawdę wściekłam się na te listy. Musiałam wyglądać jak nabzdyczony muppet, bo chodziłam w kółko i gotowałam się ze złości. Minął już prawie rok, odkąd odwiedziłam muzeum, a mimo to na myśl o nich nadal coś się we mnie przewraca. Wciąż nie do końca potrafię ująć w słowa, dlaczego aż tak bardzo mnie to rusza, ale zaraz spróbuję wam to wytłumaczyć.

Rzekome odlewy penisów islandzkiej drużyny piłki ręcznej, która zdobyła srebro na Igrzyskach Olimpijskich w 2008 roku. Fot. HALLDOR KOLBEINS/AFP/Getty Images

Jak mogę się domyślać, mężczyźni, którzy tak ochoczo oferują swoje ptaki, nawet nie udają, że interesuje ich samo muzeum lub wiedza naukowa, jaką można uzyskać dzięki badaniu anatomii człowieka. Każdy list, który przeczytałam, tak naprawdę był pisemnym odpowiednikiem faceta spoglądającego na swoje przyrodzenie i mówiącego głosem Indiany Jonesa: „To powinno być w muzeum”. Do tego stopnia w to uwierzyli, że znaleźli odpowiednie muzeum i wysłali tam list z oficjalną informacją, że ofiarowują im swojego ptaka, zupełnie jakby byli bogaczami, łaskawie oddającymi Rembrandta do Muzeum Narodowego. „Oto, co myślę o moim penisie: jest piękny, ważny i każda osoba, która jedzie na Islandię, powinna go zobaczyć” – pomyśleli. A potem wszystko to zanotowali i podpisali się swoim pełnym imieniem i nazwiskiem. Jak zgaduję, teraz spokojnie czekają na śmierć, wiedząc, że chociaż oni sami umrą, ich penisy będą żyć wiecznie.

Obecnie cztery członki konkurują o tytuł Pokazowego Fiuta Islandii i każdy z nich pochodzi z innego państwa. Tom Mitchell, Amerykanin, jest najbardziej podekscytowanym z darczyńców i ma nadzieję, że jego penis – którego nazwał Elmo i uważa za oddzielny byt – zostanie mu odcięty jeszcze za życia, dzięki czemu na własne oczy zobaczy swojego ptaka na wystawie w muzeum. W 2012 roku powiedział filmowcom, że chce, aby Elmo został „najsłynniejszym penisem na świecie”. Jako że wciąż nie obiecano mu własnej gabloty, nie przestaje wysyłać listów do muzeum. Na przestrzeni lat załączył do nich odlew swojego członka i kilka zdjęć (na których, z nieznanych przyczyn, jego penis został przebrany za Świętego Mikołaja i Abrahama Lincolna), a wszystko to w nadziei, że zostanie „pierwszym penisowym celebrytą”. Pozostałe trzy członki pochodzą z Niemiec, Anglii oraz Islandii. Ich posiadacze nie opowiadają równie szczegółowo o swoich motywacjach, ale z ich listów wynika, że podzielają pragnienie Mitchella, aby ich penisy mogły być podziwiane przez kolejne pokolenia.

To pragnienie posiadania słynnej fujary – przy świadomości, że w przyszłości będą się w nią wpatrywać turyści i wycieczki szkolne – wydaje mi się, za przeproszeniem, karykaturalnie męskie. Mam wrażenie, że na diagramie Venna zbiory: „faceci, którzy na dziesięciolecia przed śmiercią (prawdopodobnie jeszcze przed spisaniem testamentu) zabiegają o to, żeby ich kutasy zostały wystawione w muzeum”; „kolesie z Tindera, którzy w ramach powitania wysyłają zdjęcie swojego ptaka” i „ten dziwny facet w masce luchadora, którego widziałam na wakacjach w Niemczech, gdy pod mostem kolejowym walił sobie konia” całkowicie się pokrywają i tworzą jeden okrąg, na którym ktoś po prostu napisał: „PROSZĘ, NA LITOŚĆ BOSKĄ, NIECH KTOŚ SPOJRZY NA MOJEGO FIUTA!!!”.


By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”


Kiedy gniewnie wychodziłam ze sklepu z pamiątkami, starając się nie patrzeć na nakręcane penisy, próbowałam sobie wyobrazić samą siebie (albo jakąkolwiek inną kobietę), piszącą taki list:

Szanowny Panie,

Proszę przyjąć najszczersze gratulacje. Pańska kolekcja to obszerny i imponujący zbiór, ale rzecz jasna brakuje w nim czegoś bardzo ważnego i zapewne większość gości musiała już to zauważyć. „Przepraszam bardzo, ale gdzie jest pochwa Moniki Heisey?” – muszą ze złością pisać na rozdawanych ludziom pod koniec wycieczki ankietach. Jestem pewna, że wasza strona na TripAdvisorze przeżywa wysyp dwugwiazdkowych opinii, w których ludzie domagają się zobaczenia mojego sromu. Doskonale to rozumiem. Nie martw się, mój kochany Sigurðurze, przybywam ci na pomoc.

Teraz, kiedy umieram – proszę, uważaj, bo kolejny fragment jest bardzo istotny – pragnę oddać Ci moją pochwę. Pozwalam Ci wystawić ją w swoim domu cipek. To prawie jak jałmużna, ale nie zapominaj, że to naprawdę ważne. Moje wargi sromowe zasługują na to, żeby codziennie oglądały je dziesiątki, jeśli nie setki ludzi. Powinny na zawsze pozostać w słoiku na eleganckiej półce, opatrzone pod spodem krótkim opisem w stylu: „Spójrzcie na tę wspaniałą szparkę. Po prostu spójrzcie. Jest idealna. O Boże”. Ale to tylko taka sugestia, może macie lepszy pomysł.

Dziękuję za przyjęcie mojej darowizny. Oto moje ostatnie i najważniejsze życzenie – życzenie, które wypowiadam, kierując się jedynie dobrem nauki i niczym więcej. Uwielbiam wiedzę, a ten pomysł sprawia, że robię mokra (ale w zupełnie normalny sposób).

Gratulacje, Sigurðurze. Udało ci się. Nie, to mi się udało.

Nie ma za co,

Monica

Tak czy inaczej, wstęp do muzeum kosztuje 1500 koron islandzkich (50 złotych), a za kilka lat niektórzy z facetów, których listy wiszą na ścianie, umrą i na lata trafią do gablotki.

Artykuł pierwotnie ukazał się na Broadly


Więcej na VICE: