Austra - Future Politics
Recenzje

Austra - Future Politics

Najmocniejszy album kanadyjskiej formacji?
3.4.17

Można się irytować za manierę w wokalu Katie Stelmanis, lekko operową, przeciąganą momentami aż za bardzo. Można, oczywiście, że tak, ale nie przeszkadza to w zachwytach nad trzecią już płytą Austry. "Future Politics" ukazało się już kilka ładnych tygodni temu, ale to, przynajmniej dla mnie, najmocniejszy album kanadyjskiej formacji.

No dobra, wydając od 2011 roku tylko trzy płyty, ciężko jest mówić o wydawnictwie, że jest "najlepsze z całego towarzystwa", zwłaszcza że tych albumów na koncie Austry widnieje dopiero trójka. Ale czy to ważne? Austra debiutowała w 2011 roku świetnym, rozchwytywanym przez słuchaczy i wychwalanym przez krytyków "Feel It Break". To nie dziwiło, bo elektropopowe piosenki i wpadały w ucho, i nie były jakoś szczególnie skomplikowane. Ot, pop, ot, syntezatory. Ot, porównania do Zoli Jesus. Ot, patos. I tak od "Feel It Break", przez "Olympię", aż do tegorocznego "Future Politics". Jest jednak mała różnica - w obecnym szaleństwie jest jeszcze większa metoda. Melodie stały się jeszcze bardziej chwytliwe, jeszcze bardziej ociekające house'em, w końcu - jeszcze bardziej wciągające, mimo że cały czas utwory Austry budowane są na minimalistycznym, pełnym chłodu podkładzie.

Reklama

Ale nie zawsze tak było; wystarczy przypomnieć sobie wydaną w 2013 roku "Olympię", album będący czymś na miarę skoku na popularność. Bo właśnie popem druga płyta Austry stała. Zespół nagrał wówczas house'owo-mainstreamowe kawałki, dość miałkie, z całą pewnością komercyjne. Jak to się przełożyło cztery lata później?

Po przeprowadzce z Kanady do Meksyku syntezatory cały czas królują w nagraniach Austry, nadal jest coldwave'owo, niemalże smętnie, choć momentami meksykańskie słońce błyszczy nad Katie Stelmanis i spółką. Chodzi głównie o te radosne kawałki, synthpopową "Utopię" z żywym, tanecznym bitem i refrenem potrafiącym porwać do zabawy stadiony; chodzi o utwór tytułowy, który może i brzmi nieco archaicznie - spokojnie mógłby znaleźć się na albumach wydawanych w drugiej połowie pierwszej dekady lat dwutysięcznych, Dead Disco, potem Little Boots, w końcu i Ladyhawke czy Metric, te nazwy nie są przypadkowe, bo "Future Politics" pachnie jakby odjąć dziesięć lat.

Co ciekawe, trzeci album Austry można podzielić na dwie części - pierwszą, żywszą, skoczniejszą, niemal do wspomnianego tańca, i drugą - spokojniejszą, o cięższym wydźwięku, z mroczniejszymi i powolnymi synthami. "I Love You More Than You Love Yourself" to najlepszy przykład zmiany nastawienia. Przestronne melodie, wyższy śpiew Stelmanis, narzucony praktycznie wszędzie pogłos ("Gaia"), Austra lecą na sprawdzonych już wcześniej patentach.

Pulsująca linia basu w "We Were Alive" zgrabnie otwiera całe wydawnictwo, a wibrujący (i kojarzący się z Keep Shelly in Athens) śpiew Katie roznosi się ponad skromną i systematyczną bitmaszynę oraz delikatne smyki. Hitem jest też "Utopia", radosna muzycznie, ciężka tekstowo kompozycja o techno-podobnej rytmice i popiskującymi klawiszami w tle. Co istotne, prawie każdy kawałek na płycie, o ile został wzbogacony refrenem, to właśnie na refrenie opiera się jego siła. "Utopia", "Future Politics" czy niepokojąca wręcz "Gaia" - dla tych utworów motorem, siłą napędową są właśnie refreny.

Co na minus, bo takie, niestety, też są? Niejako nachodząca po kilku(nastu) odsłuchach monotonia. To trzecia płyta Austry to ładne wydawnictwo, pełne miłych dla ucha melodii, chwytliwych kawałków, onirycznych syntezatorów czy w końcu - a może przede wszystkim - urokliwego i zamglonego śpiewu Stelmanis. Ale jest też ta monotonia wynikająca z niezobowiązującego charakteru piosenek. "Future Politics" brzmi porządnie, ma niezłą jakość, to też tak zwany "wielostrzałowiec", więc można go słuchać i kilka ładnych tygodni, ale… stosując odstępy czasowe.