Przegląd miłosnych listów z naszego dzieciństwa

milosne-listy-naszego-dziecistwa-body-image-1456232144-size_1000

Specjalna własnoręcznie stworzona koperta na specjalną korespondencję.

Moje początki pisania listów

Nie ma co się oszukiwać. Jako dorastająca dziewczynka z lubością oddawałam się zachowaniom pensjonarskim. Po lekturze stosu skandynawskiej literatury o piegowatych dzieciach szybko uznałyśmy z moją przyjaciółką Oleńką, że trzeba dołożyć wszelkich starań, by z całą mocą przebić ich pomysłowość i przygody. Wówczas widziałam siebie jako Pippi, chociaż pewnie dla osób postronnych byłam jakąś rozmarzoną „Małą Księżniczką”; żyjącą w świecie wyobraźni i negującą rzeczywistość. Pewnie do dziś trochę nią jestem, chociaż teraz dużo palę, pluję i piję, a ślady tamtych czasów trzymam w specjalnie na ten cel zakupionej niebieskiej szafie.

W swoim obłędzie nie byłam osamotniona, razem z Olą dzieliłyśmy nerwicową potrzebę zapisywania wszystkiego, niezależnie czy się to stało, czy dopiero miało się wydarzyć. Pisałyśmy do siebie codziennie, po całym dniu spędzonym w szkole i na gonitwach po centrum, jechałyśmy osobno do domów i przed snem wysyłałyśmy listy. Dochodziły po tygodniu, więc dialog prowadzony w nich był tak jakby odrębną rzeczywistością, w której funkcjonowałyśmy.

Videos by VICE

Sprawy niecierpiące zwłoki jak „genialne pomysły”, plotki i sensacyjne materiały ze śledztw naszego amatorskiego biura detektywistycznego „Agrafka” (które zajmowało się wykrywaniem urojonych spisków) szły w trybie ASAP faxem. Po całej podstawówce zgromadziłam jakieś dwa kilo tych rulonów, które nazywałyśmy telegramami. Dziś nic już na nich nie ma, druk wyblakł jak na paragonach.

Byłyśmy wręcz uzależnione od zapisywania wszystkiego ciągle, wszystko było ważne.

Do kopert wkładałyśmy suszki, kolaże, wycinki z gazet, rysunki, pisałyśmy na samoprzylepnych karteczkach i kolorowych brystolach. Pamiętam, że przez pierwsze dwa lata posiadania komórki byłam przerażona myślą, że mogłabym ją zgubić, więc zawczasu by uratować ważne i piękne SMS-y spisywałam je w zeszycie.

Listy miłosne

Erotyka zajmowała mnie wówczas raczej minimalnie, więc pierwszych dwóch chłopaków miałam „korespondencyjnych”. Jeden mieszkał w Milanówku, oddalonym od warszawskiej Woli o eony, a drugi w Podkowie Leśnej i nie widziałam żadnego problemu w tym, że się nie widywaliśmy. Jakoś nie bardzo wyobrażałam sobie, co też mogłabym z nimi robić.

Pierwszy był metalem i ku mojemu obrzydzeniu wymieszanemu z ciekawością wysyłał mi swoje przekłady piosenek Iron Maiden, opisywał przebieg grania z kolegami w RPG-i albo Magica, raz też wysłał mi zdjęcie, jak biega po lesie w gumowych cyckach przylepionych do klaty i peruce. Nie wiedziałam co o tym wszystkim sądzić. Generalnie byłam raczej rozczarowana jego nieciekawym życiem i marnymi zdolnościami epistolograficznymi.

Drugi starał się zdecydowanie bardziej. Ja byłam chyba w drugiej gimnazjum a on na pierwszym roku Japonistyki i bogowie raczą wiedzieć, czemu chciał się ze mną bratać, bo nawet się nie całowaliśmy… Wysyłał mi jakieś japońskie obrazki malowane tuszem, układał haiku o kwiatkach, firankach i miłości; starał się w kwestii formatu i papieru, ale poczucia humoru nie miał za grosz. Po pół roku się pożegnaliśmy.

milosne-listy-naszego-dziecistwa-body-image-1456232846-size_1000

Korespondencja z więzienia

Chodziłam już do gimnazjum, gdy moją główną fascynacją była Radiostacja. Bardzo chciałam wtedy zostać brudnym punkiem, ale nie bardzo wiedziałam jak to zorganizować. Któregoś poranka Rozgłośnia Harcerska nadała intrygujący komunikat – w Bydgoszczy w pace siedzi sobie Piotr G., który bardzo marzy, by po niefortunnych wyborach życiowych się zmienić. Podano adres do korespondencji.

Wysyłaliśmy sobie listy dwa lata, zaczęliśmy, kiedy ja miałam 14 a on 31 lat.

Nigdy nie poznał mojego prawdziwego wieku, a pisał, że jak już wyjdzie, przyjedzie się ze mną napić piwa, co napawało mnie wielką trwogą. Byłam przecież za mała, żeby ot tak sobie pić. Opowiedział mi w listach całe życie, jak ćpał herę na melinach, jak odratowywali go na przymusowych detoksach, jak miał zespół punkowy i śpiewał jakieś nigdy niezarejestrowane piosenki; opowiadał o bliźniakach, za których niepłacone alimenty siedział w pace. Pisał, że je kocha.

Zawsze pisał na formacie A4 w niebieską kratkę i rysował w rogach kolorowe kwiatki i kotki. Trochę go wprowadziłam w maliny z tym wiekiem, wiem. Przepraszam. Byłam bardzo ciekawskim młokosem. Po wyjściu na wolność nie wystarczyło mu silnej woli, by mnie odwiedzić, zamilkł na dwa miesiące i kolejny list dostałam z jego kolejnej odsiadki. To był koniec mojej ciekawości.

milosne-listy-naszego-dziecistwa-body-image-1456232939-size_1000

Korespondencja „terrorystyczna”

Kiedy skończyłam 18 lat miał miejsce prawdziwie spektakularny listowny fakap. Po pierwszej klasie liceum otrzymałam ultimatum: albo odejdę sama, albo mnie wywalą. Był to efekt kilkunastu epickich przewinień, których się dopuściłam w szkole. Dopiero po dwóch latach doszłam do wniosku, że zachowywałam się wtedy jak kretynka i postanowiłam listownie przeprosić dyrektorkę szkoły za problemy, które sprawiałam.

Sporządziłam uroczy pakunek z czerpanego papieru, polałam woskiem, nasypałam ziół i spisałam czynny żal.

Niedługo później dowiedziałam się, że narobiłam tym bajzlu, bo zszargane nerwy dyrektorki kazały jej uznać pakunek za niebezpieczną przesyłkę (bo grzechotał, a nadawcą była „skruszona uczennica”). Podobno wezwano jednostkę antyterrorystyczną i wykonano testy chemiczne zawartości.

Kiedy odwiedziłam szkołę, dyrektorka cytowała policjanta: „Tymianek, Lubczyk, Estragon, konwalie i jeden z ładniejszych listów, jakie czytałem”. Chyba poruszyłam serduszka policjantów ze śledczego.

milosne-listy-naszego-dziecistwa-body-image-1456232994-size_1000

Korespondencja na drzwiach

Miałam kiedyś sąsiada, o którym wiedziałam, że jest poetą. Nigdy go nie widziałam, chociaż mieszkaliśmy drzwi w drzwi. Po dwóch miesiącach tej patowej sytuacji przykleiłyśmy mu z przyjaciółką Oszką jakiś durny liścik do drzwi, był to szereg częstochowskich rymów do jego nazwiska, namazany na okładce jakiegoś lichego kryminału.

Sąsiad poeta odpisał jakimś dadaistycznym wierszykiem i zaczęła się moja ulubiona korespondencja w życiu. Co noc zakradaliśmy się do swoich drzwi po ciemku i taśmą, która wisi na nich do dziś, przymocowywaliśmy kolejne pakunki zawierające pocięte zdjęcia mięsa i zwierząt będących puzzlami, dziwnymi cytatami z magazynu „Stolica” znalezionego na śmietniku i listami o niczym, wszystkim i o kosmosie. Nie poznaliśmy się dzięki temu ani trochę, ale to było niebywale ekscytujące. Finałem stała się gra terenowa, w której listy z kolejnymi wskazówkami zostały rozmieszczone po całej kamienicy, tak by w końcu sąsiad mógł odnaleźć za kaloryferem na półpiętrze pudełko ze skarbami: jakieś pióra, szklane kulki i inne duperele.

Zabawa nie przypadła niestety do gustu mojemu ówczesnemu chłopakowi, który postanowił ją ukrócić, poznając mnie z sąsiadem na siłę przy windzie. Nigdy się nie polubiliśmy w normalnym życiu.

milosne-listy-naszego-dziecistwa-body-image-1456233010-size_1000

Ostatnia przesyłka

Ostatni list i pudełko ze skarbami wysłałam ponad rok temu do Anglii człowiekowi, którego kochałam. On mi w zamian przysłał piwo i zepsuty hummus, a potem przestał się odzywać.

Magazynuje te cuda epistolografii jak pamiętniki, zaglądam do nich co jakieś 4 lata, jakąś część pogubiłam, ale większość przetrwała ponad 20 przeprowadzek, co uważam za wyczyn.

Byłam sentymentalnym dzieckiem, pisałam też listy do siebie tyle że starszej starej; pytałam w nich czy wszystko się powiodło i doradzałam jak wychowywać dzieci, gdybym jako dorosła zapomniała co jest ważne. Nie da się ich teraz czytać, ale lubię siebie z tamtych lat.

Przywykłam do technologicznych udogodnień, które pozwalają mi mieć stały kontakt z bliskimi ludźmi, właściwie bezpłatny i nieokupiony żadnym wysiłkiem oprócz poświęconego czasu.

Niestety obawiam się, że kiedyś fejs zgaśnie, prąd wysiądzie i całe archiwum ważnych rozmów zniknie.

Patrzę na ludzi, którzy uciekając przed wojną, zabierają ze sobą zdjęcia bliskich na telefonie i mają nadzieję, że ta wadliwa maszyna nie zamoknie. Pisząc to w otoczeniu rozsypanych papierów, myślę, że tekst na papierze jest wspaniały; ma zapach i daty, widać jak nam się zmieniał charakter pisma, słownictwo, wrażliwość. Wątpię by w cyfrowym świecie komuś się chciało przeskrolować kilkanaście lat wstecz do początków rozmowy z najlepszym przyjacielem.

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

śledź autorkę tekstu na jej profilu na Facebooku

Thank for your puchase!
You have successfully purchased.