FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

Filipiński diler opowiada, jak unika śmierci pod rządami Duterte

„Wszyscy tu dilują, tyle że bardziej po cichu, odkąd mamy nowego prezydenta. Musimy bardziej uważać, do kogo podchodzimy"
6.10.16

Władze Filipin zaostrzają wojnę z narkotykami. Zdjęcie z telewizji Al Jazeera dzięki Prachatai na Flickr

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE Australia

W wyniku wojny, jaką Rodrigo Durterte wypowiedział narkotykom, od 1 lipca bieżącego roku zostało straconych 2,5 tys. osób – około 38 dziennie. Prezydent Filipin twierdzi, że w ten sposób oduczy swój naród zażywać metamfetaminę, ale niedawno na własne oczy przekonałam się, że rzeczywistość jest bardziej złożona.

Zaczęło się od tego, że w śródmieściu Manili zaczepił mnie uliczny sprzedawca. Próbowałam go przekonać, że nie potrzebuję Viagry, aż po dłuższej dyskusji Marco (przyjmijmy, że tak miał na imię) poddał się, nachylił ku mnie i ściszonym głosem dał do zrozumienia, że może mi załatwić wszystko, co zechcę.

Reklama

Na pierwszy rzut oka było widać, że Marco jest na haju. Jego rozszerzone źrenice zdradzały, że nie spał od kilku dni. Coś w nim mnie zafascynowało. Pod wpływem impulsu zaproponowałam mu, że postawię mu obiad. Przy piwie i talerzu kurczaka 47-letni praktykujący Muzułmanin wyjaśnił mi (całkiem niezłą angielszczyzną) jak radzi sobie miejscowy rynek narkotyków pomimo krwawych konsekwencji.

VICE: Czyli sprzedajesz metę?
Marco: Tak, ale tutaj mówimy na nią shabu.

I sam zażywasz?
Muszę. Pracuję po trzy-cztery dni z rzędu bez chwili snu, bo jeśli przestanę pracować, nie dostanę pieniędzy. Nie mogę na to pozwolić. Mam żonę i czwórkę dzieci, które muszę wykarmić, muszę się nimi opiekować. Najstarsze z moich dzieci ma 13 lat, troje chodzi do szkoły.

Czy dlatego podejmujesz ryzyko związane z dilowaniem – dla twojej rodziny?
Oczywiście. Chcę dać im szansę, której sam nie miałem, jak na przykład edukacja. Tylko w ten sposób mogę im to zapewnić. Większość ludzi wciąż to robi właśnie z tego powodu. Musimy się opiekować naszymi rodzinami. Nie jestem bogaty. Śpię na ulicy i wszystko, co zarobię, wysyłam na prowincję, do rodziny. Nie chodziłem do szkoły, a na ludzi bez szkoły nie czeka zbyt wiele możliwości. Musisz sobie jakoś radzić, gdy nie potrafisz pisać i czytać. W mieście żyje się bardzo ciężko.

Czy znasz wiele osób, które wciąż dilują tak jak ty?
Widzisz tych wszystkich ludzi na ulicy, którzy próbują ci wcisnąć zegarek albo okulary słoneczne? U każdego z nich dostaniesz też shabu. Wszyscy tu dilują, tyle że bardziej po cichu, odkąd mamy nowego prezydenta. Musimy bardziej uważać, do kogo podchodzimy.

Reklama

Czy wszyscy wiedzą, że uliczni sprzedawcy to również dilerzy?
Wszyscy miejscowi wiedzą, wszyscy ludzie, którzy pracują w okolicznych hotelach, barach i sklepach – nawet policja wie. Wszyscy mnie znają, co dzień mnie tu widują. Od 20 lat tu jestem, cały czas robię to samo. Teraz nie wiadomo, komu można ufać. Dziś policjanci w Manili zabijają, ale kiedyś niektórzy z nich pomagali. Nie wiem, jak teraz jest z miejscową policją. Po prostu staram się już z nimi nie rozmawiać.

Kryształ nielegalnie zsyntetyzowanej metamfetaminy. Źródło Wikimedia

Skąd bierzesz shabu?
Od mojego szefa. Sam też jest sprzedawcą i pracuje w tej okolicy. Ma niedaleko dom i jeśli znajdę klienta, idę tam, żeby odebrać zamówienie. Większość shabu trafia na Filipiny z Chin.

Jak bardzo zmieniła się twoja branża, odkąd prezydent Duterte wypowiedział wojnę narkotykom?
Z początku wszyscy siedzieliśmy cicho. Słyszało się, że zabijają ludzi, więc wszyscy się wystraszyli i przestali sprzedawać. Dwa miesiące temu nie rozmawiałbym z tobą, ale shabu zaczyna wracać na ulice. Zupełnie jakby ludzie uodpornili się na strach.

Czyli już się nie boisz?
Wciąż się boję, wszyscy wciąż bardzo się boją. Ale nie mam wyboru. Jeśli nie sprzedaję, nie mam pieniędzy. Po prostu muszę bardziej uważać.

Czy komuś z twoich znajomych stało się coś złego?
Dilerów w tej okolicy nie dotyka to tak bardzo, bo jest tu mnóstwo turystów i kamer przemysłowych. Nie można tak po prostu zgarnąć człowieka. Słyszałem jednak o kilku dostawcach, którzy zniknęli.

Reklama

Kto u ciebie kupuje?
Często turyści, ale głównie ludzie z Manili. Mam klientów z Australii, Ameryki, Arabii Saudyjskiej i Japonii. Ci są najlepsi, bo pracują w biurach i stać ich na duże zakupy. Ale większość moich klientów z Filipin to taksówkarze i inni ludzie, którzy pracują po 24 godziny albo dłużej, żeby wykarmić swoje rodziny. Potrzebują shabu, żeby nie zasnąć.


Tu znajdziesz prawdziwe historie. Polub nasz fanpage VICE Polska


Ile pieniędzy dostajesz z tego, co uda ci się sprzedać.
Dostaje tylko niewielką część. Oddaje utarg mojemu szefowi, a on spłaca swojego szefa, a tamten swojego, i tak coraz wyżej. Prezydent nie wie, co robi. Jeśli chcesz się pozbyć problemu, musisz zacząć u korzeni. Nie można pozrywać liści i spodziewać się, że problem się rozwiąże. My jesteśmy tylko małymi listkami, a liście przecież odrosną.

Czy myślisz, że shabu niszczy twój kraj?
Moim zdaniem prawdziwy problem polega na tym, że ludzie muszą walczyć o przetrwanie. Dla wielu Filipińczyków nie ma pracy. W Manili żyje 25 milionów ludzi i każdy musi pracować bardzo ciężko i długo, żeby tylko jakoś przeżyć. Shabu sprawia, że ludzie czują się lepiej. Pomaga nie zasnąć i więcej pracować.

Czy uważasz się za dobrego człowieka?
Bóg nie dał mi wiele, ale mam szczęście, że podarował mi dobrą głowę i serce. Mogę jedynie starać się być jak najlepszym człowiekiem z tym, co mam. Teraz tracę nawet to. Prezydent odbiera mi jedyną rzecz, w jakiej jestem dobry.