Interviews

W latach 90. sprowadzaliśmy do Polski Spider-Mana, Punishera i całą resztę superbohaterów

„Każdy dzień zaczynałem i kończyłem czytaniem komiksów. To była najlepsza praca, jaką można było sobie wymarzyć!" – Arek Wróblewski miał 16 lat, gdy zaczął współtworzyć TM-Semic, największe wydawnictwo komiksów w Polsce lat 90.

tekst Paweł Mączewski
13 Wrzesień 2016, 3:07am

Ameryka w Polsce. Tym dla mnie były komiksy TM-Semic, które kupowałem w pobliskich kioskach Ruchu. Statua Wolności i powiewające peleryny nad wielkimi metropoliami. Świat w opałach i super gadżety, super moce, no i super, człowieku bez internetu. To było jeszcze na początku lat 90., czyli w czasach, gdy za granicą mogłeś pójść na koncert Nirvany, a w Polsce robić zakupy w Pewexie. Teraz, kiedy moi znajomi odkurzają swoje kolekcje winylowych płyt, ja wciąż trzymam na półce zbiór starych, kolorowych zeszytów z TM-Semic. Ich papier jest już żółty i pachnie jak „to było 20 lat temu". Kurzą się i przypominają mi dzieciństwo z superbohaterami.

TM-Semic swoją działalność rozpoczęło w Warszawie w 1991 roku, chociaż rok wcześniej ukazały się dwa zeszyty, przygotowane przez zewnętrzną redakcję Codem z Krakowa. Pierwsze miesiące planu publikacji ustalała szwedzka TM Systemgruppen, właściciel firmy, by później przekazać pałeczkę Marcinowi Rusteckiemu, który został redaktorem naczelnym oraz Arkowi Wróblewskiemu, który miał prowadzić strony klubowe i odpisywać na korespondencje czytelników. W chwili objęcia tego stanowiska Arek miał 16 lat.

„Nigdy w stopce nie określono mnie jako Redaktor. Nawet po koniec byłem nadal jedynie Marvel Arkiem" – wspomniał żartobliwie w naszej rozmowie. Rzeczywiście, ja go kojarzyłem pod pseudonimem Arek The Bat – „Tych nicków to było tysiące. W zależności od tematyki strony klubowej" – podsumował Wróblewski.

Redakcja zakończyła działalność w 2003 roku. Jak możemy przeczytać w opisie książki Łukasza Kowalczuka, traktującej o tym wydawnictwie: „Dziedzictwo TM-Semic to niemal tysiąc komiksów. Łączny nakład tytułów może spowodować zawroty głowy u dzisiejszych wydawców. Choć oficyna wydawała tylko zagraniczne tytuły, stała się jedną z najważniejszych w historii polskiego komiksu".

Postanowiłem zapytać Arka Wróblewskiego, jak będąc nastolatkiem, prowadziło się największe wydawnictwo komiksowe w Polsce, w dobie raczkującego kapitalizmu. I co mu dała ta przygoda.

tm-semic-arek-wroblewski-16-latek-ktory-prowadzil-tm-semic-body-image-1473680990


Wizyta Stana Lee w redakcji TM-Semic, okolice września 1992 roku. Od lewej, góra: Waldemar Tevnell, Arek Wróblewski. Od lewej, dół: Stan Lee, Marcin Rustecki, Stanisław Dudzik. Zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum Arka Wróblewskiego

VICE: Ile miałeś lat, gdy zacząłeś pracę w TM-Semic i jak się tam dostałeś?
Arek Wróblewski: To akurat dłuższa historia. Jak wiesz dostęp do produktów Zachodu w latach 80., wliczając w to komiksy, był bardzo ograniczony. Mnie się poszczęściło. Mój tato pracował w żegludze morskiej, dzięki czemu udawało mu się przemycić z dalekich podróży pojedyncze zeszyty, głównie Marvela. Byłem wtedy kilkuletnim gówniarzem, więc naturalnie chciałem wiedziesz wszystko! Łapałem za słownik i tłumaczyłem każdą, nawet najmniejszą kwestię. Gdy dostrzegłem adres redakcji w jednym ze skandynawskich wersji Spider-Mana, to był mój moment zapalającej się żarówki nad głową.

Pomyślałem wtedy, może i naiwnie, że powinienem napisać do tych wszystkich zagranicznych redakcji, z prośbą o darmowe sample. Kilka tygodni później znalazłem w skrzynce kopertę wypełnioną komiksami, wysłaną ze Szwecji. Najwyraźniej jednego z redaktorów tamtejszego domu wydawniczego zafascynował list zza żelaznej kurtyny. Nasza korespondencja trwała kilka lat aż powstał plan otworzenia polskiej redakcji i choć miałem wtedy jedynie 16 lat, zaproszono mnie do współpracy. Niewiele osób w tamtych czasach miało rozeznanie w temacie komiksu superbohaterskiego (śmiech).

Nikt z mojego otoczenia nie wiedział, co robię „po szkole". Po prostu wcześnie zacząłem edukację zawodową i tyle

Czy nie przytłaczała cię wtedy ta rola?
Pracowanie z dorosłymi nie było łatwe no bo co w ten świat mógł wnieść młokos oprócz wiedzy na temat fikcyjnych światów komiksowych!? Fascynacja tym, co się dzieje, była zbyt wielka, by różnica wieku i zakres obowiązków stanęły mi na przeszkodzie. To też wielka zasługa Marcina Rusteckiego, naszego naczelnego i art directora, który od pierwszego „cześć" traktował mnie jak kumpla ze szkolnej ławy. Bez jego wsparcia pewnie czułbym się bardziej zagubiony i dzięki jego staraniom z upływem lat stałem się integralną częścią zespołu. To dziwne, ale nie czułem się z tego powodu strasznie wyróżniony i nikt z mojego otoczenia nie wiedział, co robię „po szkole". Po prostu wcześnie zacząłem edukację zawodową i tyle.

tm-semic-arek-wroblewski-16-latek-ktory-prowadzil-tm-semic-body-image-1473708244-size_1000


„Lobo: Ostatni Czarnian". TM-Semic 1994 rok. Tekst na odwrocie okładki: „UWAGA! Piękne kobiety, przystojni mężczyźni, miłość, romans, hm... TEGO TU NIE MA, HA!". Prywatne zbiory autora tekstu

Jak wyglądał twój typowy, redakcyjny dzień?
Redakcyjny dzień zmieniał się wraz z technologią! Zaczynałem w stylu bardzo retro, od słania ręcznie pisanych wstępniaków faksem. Po jakimś czasie dostałem od firmy wielkiego jak szafa grająca IBM-a i zacząłem cotygodniowe wędrówki do Warszawy w celu dostarczenia Marcinowi dyskietki z materiałami do druku. Pracując w pełnym wymiarze tuż po zakończeniu studiów, byłem odpowiedzialny już nie tylko za sam kontent, ale także za szatę graficzną lub druk. Każdy dzień zaczynałem i kończyłem oczywiście czytaniem komiksów. To była najlepsza praca, jaką można było sobie wymarzyć!

tm-semic-arek-wroblewski-16-latek-ktory-prowadzil-tm-semic-body-image-1473681463

Arek Wróblewski i Marcin Rustecki we Frankfurcie na Targach Książki.. Zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum, udostępnione dzięki uprzejmości Marcina Rusteckiego

Kiedy zostałeś przydzielony do listów klubowych?
Odpowiadanie na listy fanów oraz prowadzenie stron edytorskich na wzór tego, co było standardem w zeszytach amerykańskich było w sumie głównym powodem, dla którego zaproponowano mi współpracę. Chodziło też o to, by zajął się tym taki sam fascynat tematu jak osoby, które do niego będą pisały. Najwyraźniej pasowałem do tej roli idealnie (śmiech).

Dużo ich dostawaliście?
Dzisiaj redakcje tworzą osobne skrzynki e-mailowe, gdzie czytelnicy ślą swoje uwagi, a my musieliśmy otwierać każdy list ręcznie i czytać go od deski do deski. Przez pierwsze lata dosłownie tonęliśmy w korespondencji. Czytelnicy dorastali razem ze mną i redakcją, więc naturalnie z czasem listów było coraz mniej. Koniec lat 90. to świt internetu. Rozmowy na temat moralności Punishera przeniosły się na fora dyskusyjne, które zaczęły tętnić własnym, nieuzależnionym od stron klubowych życiem. Nikt nie myślał wtedy o pisaniu tradycyjnych listów.

Listy od dzieciaków, które wierzyły w Supermana tak samo mocno, jak w Świętego Mikołaja dodawały kolorytu naszej pracy

Pamiętasz najbardziej absurdalne pytania od czytelników? Jak sobie z nimi radziłeś?
Dla nas żadne pytanie nie było absurdalne. Wręcz przeciwnie, listy od dzieciaków, które wierzyły w Supermana tak samo mocno, jak w Świętego Mikołaja dodawały kolorytu naszej pracy i stron klubowym. Dawało nam to poczucie, że wywieramy dość istotny wpływ na umysły młodych ludzi, którzy nagle, tak jak my, musieli odnaleźć się w centrum popkulturowej eksplozji lat 90. Wciąż napotykam na swojej drodze dorosłych już fanów TM-Semica i uśmiecham się pod nosem, słysząc, że dzięki nam narodził się nowy architekt, scenarzysta, projektant.

Czego nauczyły cię historie o superbohaterach? Tematycznie to oni dominowali w waszych seriach.
Prawdopodobnie tego, że utrzymanie dwóch tożsamości jest bardzo pracochłonne i emocjonalnie wyczerpujące (śmiech). Mówiąc jednak serio, komiksy o superbohaterach były obietnicą lepszego, bardziej kolorowego życia, gdzie wyobraźnia jest niemniej ważną warstwą rzeczywistości. Lubiłem krążyć w chmurach i miło było wiedzieć, że inni robią to samo, zarówno twórcy, jak i czytelnicy-równieśnicy. Dzięki temu nigdy nie czułem się sam.

tm-semic-arek-wroblewski-16-latek-ktory-prowadzil-tm-semic-body-image-1473708048-size_1000


„Batman/Judge Dredd: Sąd nad Gotham". Wydanie Specjalne TM-Semic. Wrzesień 1993 rok. Prywatne zbiory autora tekstu

Czy brałeś udział w dobieraniu tytułów, czy odpowiadał za to tylko Marcin Rustecki lub ktoś jeszcze inny?
Podzieliliśmy się rolami. Marcin dobierał tytuły ambitniejsze, zwłaszcza pod względem graficznym. Był to jedyny sposób na kształtowanie gustów. Sąd nad Gotham nie był może hitem finansowym, ale idę o zakład, że dzięki niemu w wielu głowach zakiełkowała potrzeba nowej jakości komiksu. Ja sam byłem odpowiedzialny za serie zeszytowe: od Spider-Mana i Batmana po Mega Marvel. Niestety lata 90. nie były zbyt przyjazne pod względem fabuły. Historie wydawały się nie kończyć i uginały się pod ciężarem niezliczonych wątków. Zmęczenie formatem było nieuniknione. Zresztą nie tylko w Polsce. Próbowaliśmy odświeżyć niektóre serie poprzez przedstawianie zamkniętych historii, na przykład w Batmanie i Supermanie, ale było za późno, by odzyskać zainteresowanie czytelników.


Nie tylko o komiksach. Polub nasz nowy fanpage VICE Polska


Jaki tytuł był twoim ulubionym i dlaczego?
Zdecydowanie X-Men, zwłaszcza starsze historie. To prawdziwa klasyka gatunku. Idea zmagań z dyskryminacją i walki o swoje prawa z wysoko podniesionym czołem wydawała się dla mnie, młodego geja pozbawionego w tamtych czasach innych wzorców do naśladowania, niezwykle istotna. Poza tym X-Men to był jeden z bardziej kinetycznych i tym samym ekscytujących tytułów. Kto nie lubi opery mydlanej z eksplozjami (śmiech)?

Opowiedz o spotkaniu ze Stanem Lee. Denerwowałeś się tym?
Mam wrażenie, że byłem za młody, by się denerwować. To trochę tak, jak widzisz sześciolatka śmigającego na nartach. Bez strachu, bez zrozumienia konsekwencji. Poza tym nie było dużo czasu, by się nacieszyć wspólnie spędzonym czasem, bo plan zajęć Stana podczas pobytu w Polsce był dość napięty. W pamięci utknęło mi jedno śmieszne zdarzenie, gdy Stan otworzył szeroko oczy na widok mojego charakteru pisma. Pisałem wtedy drobnym maczkiem. Przypominało to wręcz druk i Stan nie omieszkał zauważyć tego faktu. To było bardzo miłe. Wyszedłem z tego spotkania z niezwykle wypiętą piersią.

Pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że coś zaczyna się sypać, że TM-Semic nie będzie trwać wiecznie?
Jestem niepoprawnym optymistą i nigdy nie sądziłem, że pomysł na zeszyty komiksowe mógłby się wypalić. Wierzyłem w każdy tytuł i siłę narracji bardziej niż zmniejszające się nakłady i kulejącą sprzedaż. Do ostatniej chwili, pracując nad JLA: Ziemia 2, który notabene okazał się naszym łabędzim śpiewem, po głowie krążyło mi tysiące pomysłów, w jaki sposób moglibyśmy odbudować dawną świetność komiksu amerykańskiego w formie zeszytowej.

Czytasz jeszcze komiksy, chodzisz na ich ekranizacje do kina – jeżeli tak, jak je oceniasz?
Jakość adaptacji to temat na osobny artykuł! Gdybym miał wskazać, które uniwersum superbohaterów wiedzie prym w medialnych potyczkach, to z pewnością byłby to Marvel. Oni doskonale rozumieją, że język komiksu jest bardzo zbliżony do sposobu komunikacji, jaką posługuje się mały lub duży ekran.

W rezultacie widz i czytelnik odczuwają synergie pomiędzy tym, co czytają, a tym, co oglądają. Tymczasem odnoszę wrażenie, że DC nie potrafi zaufać naszej inteligencji i na siłę zmienia narrację w swoich historiach, by iść z duchem czasu. Próbują naprawić to, co nie jest zepsute. Poza tym z ich bohaterami trudno się identyfikować. Thor jest pół-bogiem, ale na dużym ekranie nadal potrafi śmiać się z samego siebie. Superman jest nadczłowiekiem, który wciąż wisi gdzieś tam nad nami i trudno mieć do niego dostęp, nie tylko w kontekście odległości, ale przede wszystkim na poziomie emocjonalnym.

Czym się teraz zajmujesz?
Dziesięć lat tułaczki po świecie i miejsca, w których się znalazłem, dyktowały w dużej mierze rodzaj wykonywanej pracy. Obecnie prowadzę małą firmę konsultingową, ale nie ukrywam, że marzy mi się powrót do świata superbohaterów.

tm-semic-arek-wroblewski-16-latek-ktory-prowadzil-tm-semic-body-image-1473685561-size_1000

Arek Wróblewski aktualnie. Archiwum prywatne. Zdjęcie autorstwa Łukasza Szymańskiego

Możesz obserwować autora tekstu na Facebooku lub śledzić go na Twitterze