FYI.

This story is over 5 years old.

Varials

Próbowałam upić się czekoladkami z alkoholem

Najpierw chciałam sprawdzić, czy nadaję się do prowadzenia pojazdu
Hannah Ewens
London, GB
18.12.14

Zdjęcia Jasck Pasco

Szykujcie się na nową erę w dziejach Nabzdryngolonej Brytanii. Od któregoś dnia w ciągu kilku następnych tygodni dzieci będą mogły bez żadnych przeszkód kupować czekoladki z likierem.

Te napełnione alkoholem łakocie – nabywane wyłącznie przez twoją babcię i dosłownie nikogo innego na świecie – były od wielu dekad niedostępne dla każdego, kto nie skończył jeszcze 16 lat. Zakaz wynikał z obaw, że 12-latki będą sztachały się pudełkami czekoladek nadzianymi likierem miętowym, po czym w pijackim szale ruszą demolować parkowe ławki i molestować łabędzie. Lecz obecnie rząd dąży uparcie do rozprawienia się z regulacjami wynikającymi z nadmiernego rozbudowania systemu prawnego. Zakaz sprzedaży czekoladek z likierem (rzekomo przeszkadza także właścicielom małych sklepików w prowadzeniu interesu) to tylko jeden z niepotrzebnych przepisów, które mają zostać usunięte.

Reklama

Co łatwo było przewidzieć, kręgi protestujących przeciwko nadużywaniu alkoholu nie przyjęły tego zbyt dobrze. Z miejsca weszły na wojenną ścieżkę i zaczęły podsycać obawy ludu. Ich głównym argumentem jest przekonanie, że firmy produkujące napoje alkoholowe użyją tej zmiany w prawie, żeby wykorzystać dzieciaki i sprawić, aby już w młodym wieku rozsmakowały się w spirytusie. W efekcie – gdy tylko zacznie się ich okres dojrzewania – zaczną organizować wyprawy łupieżcze skierowane przeciwko barkom ich rodziców. Dokładnie tak jak od pokoleń robią wszystkie brytyjskie nastolatki.

Jak dla mnie protestujący nie uwzględniają trzech kluczowych faktów. Po pierwsze, czekoladki z likierem to czyste zło. Żadna osoba, której kubki smakowe funkcjonują poprawnie, nie zechce tego jeść. Po drugie, nasze dzieciaki nie są głupie. Najpewniej nadal będą wolały dać jakiemuś obcemu dziesiątaka za gram zielska, niż wydać siedem funtów na pudełko takich słodyczy. Po trzecie – i to pewnie najważniejsza kwestia – zawartość alkoholu w jednej takiej czekoladce musi być niezwykle mała.

Ten ostatni punkt sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, ile sztuk czegoś takiego musiałby tak naprawdę zjeść, powiedzmy, twój nieletni kuzyn, żeby w ogóle go trzepnęło? Istnieją pewne (niezbyt wiarygodne) dowody, że jacyś ludzie zdołali się już kiedyś upić takimi czekoladkami. Ale bez jaj: to, że ktoś jest fizycznie zdolny zjeść ich tyle, żeby poczuć alkohol, zanim obrzyga się po całości, zdaje się raczej wysoce nieprawdopodobne.

Postanowiłam sama znaleźć odpowiedź na moje własne pytanie – czyli kupić tyle alkoholowych czekoladek, na ile będzie mnie stać, po czym wepchnąć je sobie do ust. Okazało się, że mogę sobie pozwolić tylko na cztery opakowania (razem 80 czekoladek). A także, że jeśli jakikolwiek dzieciak miałby na nie ochotę, to czeka go sporo roboty. Żeby się zaopatrzyć, musiałam odwiedzić pięć różnych supermarketów rozrzuconych po całym Londynie Południowym. Później poszłam do sklepu Halfords. Kupiłam tam alkomat, żebym mogła legalnie zmierzyć, jak bardzo się najebałam.

Według najpewniej niezbyt wiarygodnych informacji znalezionych w internecie, 450 gramów czekoladek z likierem zawiera tyle alkoholu, ile butelka wina. Co oznaczało, że moje cztery pudełka to jakieś półtorej butelki. Upiję się czy dostanę cukrzycy? Porządnie się nawalę czy tylko poczuję się wyjątkowo źle?

Reklama

Nie mogłam przestać myśleć o tej scenie, gdy Preston z Never Mind the Buzzcocks zjadł mnóstwo alkoholowych czekoladek w jednej z edycji Celebrity Big Brother i puścił przez to aż cztery pawie. Wypędziłam z umysłu wizję czekoladowych bełtów Prestona i usiadłam przy stoliku, żeby rozpocząć moją misję.

Gdy rozłożyłam przed sobą cztery pudełka, czekające mnie zadanie zdawało się przerastać moje siły. Tylu czekoladek nie da się nijak zmieścić w jednym człowieku płci żeńskiej o wzroście 160 cm. Ignorując moje obawy, zaczęłam od testu alkomatem. Sprawdziłam, jak mają się u mnie sprawy w stanie spoczynku. Wyszło 0,00. Byłam gotowa do startu. Nadgryzłam pierwszą czekoladkę – wydaje mi się, że z nadzieniem koniakowym – i od razu przypomniałam sobie, co powiedziałam, gdy pierwszy raz spróbowałam czekoladki z likierem: „Nigdy więcej!".

Już po 10 czekoladkach zrobiło mi się niedobrze. Były to takie mdłości, które można dostać po zjedzeniu pięciu kalendarzy adwentowych na raz, a nie takie wykręcające żołądek, które czuje się po 10 strzałach koniaku. Odczekałam 20 minut, by pozwolić alkoholowi obecnemu w czekoladkach – nieważne, co tak naprawdę w nich było – rozejść się po moim układzie krwionośnym. Gdy minął ten czas, alkomat wskazał 0,03. 0,03 do 0,05 to ponoć aż dwie trzecie poziomu alkoholu, przy którym nie możesz legalnie prowadzić. Byłam na właściwej drodze.

Wszystko, co dotychczas przełknęłam, było naprawdę ohydne, ale po tych nadzianych whisky naprawdę podeszło mi trochę do ust. Odtąd trzymałam się czekoladek z koniakiem i kremem irlandzkim tak długo, jak tylko mogłam. Po 15 czekoladkach poczułam się jednocześnie sfrustrowana i dumna z wykonanego zadania: nie robiłam się pijana. Co było irytujące, bo gdybym się podpiła, to przynajmniej miałabym jakąś korzyść z tego eksperymentu. Było to również dobre dlatego, bo sugerowało, że protestujący = moralizujący idioci. Jednak po czekoladce nr 20 poczułam się tak, jakbym wypiła drinka. Odczekałam trochę, po czym przystąpiłam do drugiego testu alkomatem. Dobiło mnie to do reszty, bo wciąż wskazywał tylko 0,03.

Szukając w sieci porad, natrafiłam na informację, że tłuszcz i cukier zawarte w czekoladkach mogą łagodzić działanie alkoholu. Czyli sprawić, że czułam się mniej pijana. Doszłam do wniosku, że czas znaleźć jakąś alternatywną metodę ich spożywania. Próbowałam nadgryzać je po bokach i wylizywać ze środka zawartość. Wlewałam sobie nadzienie do ust, używając czekoladki jako kubka. Wciągałam je przez słomkę.

Po 30 czekoladkach znowu zrobiłam przerwę. Alkomat pokazał 0,05 – wciąż dwie trzecie prawnego limitu.

Pomyślałam: wszystko albo nic. Musiałam dać z siebie więcej. Choćby po to, żeby udowodnić, że jestem lepsza w bezsensownych wyzwaniach niż którykolwiek z członków The Ordinary Boys. Usta kleiły mi się od gównianej czekolady i podróbki Baileysa, ale jakoś udało mi się dojść do 45 bez zwymiotowania. Spróbowałam jeszcze raz zrobić sobie test alkomatem, a ten zaczął akurat nawalać. Ciągle przeskakiwał od 0,00 do 0,07. No cóż, definitywnie czułam się jednak tak, jakbym walnęła parę drinków. Ale skąd mogłam mieć jakąkolwiek pewność bez dowodów naukowych? Skoro padł alkomat, zdecydowałam podjąć pewne czynności i sprawdzić, czy moja zdolność do ich wykonywania uległa jakimś zaburzeniom.

Najpierw chciałam sprawdzić, czy nadaję się do prowadzenia pojazdu. Nie samochodu, bo a) byłoby to nieodpowiedzialne, gdyż – technicznie rzecz biorąc – piłam, b) nie umiem prowadzić auta. Zamiast tego pożyczyłam rower od mojej kumpeli Alice. Ciężko mi było na niego wsiąść, ale to może dlatego, że jestem od niej dużo mniejsza. Jednak gdy już usiadłam, to ruszyłam z kopyta. 45 czekoladek z likierem w żaden sposób nie naruszyło mojej umiejętności kręcenia kółek na rowerze.

Reakcje fizyczne przetestowane, więc przeszłam do umysłu. Usiadłam przed komputerem i otworzyłam test matematyczny Bitesize KS3 dostępny na stronach BBC. Mimo że zawierał tylko sześć pytań, uzyskanie wyniku 50 proc. poprawnych odpowiedzi zajęło mi aż 15 minut. Albo jestem mniej inteligentna od przeciętnego 11-latka, albo byłam troszeńkę pijana. Wolałabym wierzyć, że bardziej to drugie.

I na koniec przeszłam od sfery mentalnej do pierwotnych instynktów. Nadszedł czas, by sprawdzić, czy przez czekoladki doświadczyłam czegoś, co w jakimś stopniu przypominałoby efekt piwnych okularów. Żeby tego dokonać, weszłam na YouTube'a i wyszukałam nowy teledysk McBusted – supergrupy będącej połączeniem mocy Busted i McFly (bez tego brodatego, który odszedł z Busted, żeby założyć własną kapelę emo).

Matt Willis nigdy mi się nie podobał. W teledysku do What I Go to School For miał minę, jakby stawiał klocka, i było w niej coś, co od razu mnie od niego odstręczyło. Ale słyszałam, że zmienił wizerunek na ostry i rockowy. Jeśli coś na tym świecie potrafi mnie rozpalić, to na pewno są to rockandrollowi źli chłopcy.

Mimo czarnego T-shirta i tatuaży nadal na mnie nie działał. Zdecydowanie nie. Ten drugi z Busted wygląda teraz jak profesor z opakowania chrupek śniadaniowych marki Weetos. Znowu zdecydowanie nie. Przechodząc do obozu McFly, Dougie okazał się jedynym zdecydowanie tak. Ale on zawsze był na tak, więc niewiele mi to mówiło.

Podsumowując: nie miałam ochoty przespać się z większością składu McBusted. Weźcie pod uwagę, że to mogła być wina okropnej piosenki albo tego, że oglądam bandę dorosłych ludzi synchronicznie podskakujących z gitarami. Lub po prostu nie byłam wcale aż tak wstawiona.

Po tym nadmiernym podekscytowaniu opadłam z sił i zrobiło mi się trochę smutno. „Może to poalkoholowe znużenie?" – pomyślałam. Trzeba jednak przyznać, że równie dobrze mogło wynikać z tego, że w 45 minut przyjęłam równowartość tygodniowej dawki dopuszczalnego spożycia cukru dla przeciętnego człowieka. Cokolwiek było tak naprawdę przyczyną mojego osłabienia, wiedziałam jedno: w żadnym razie nie kwapiłam się do powtórzenia tego wyczynu.

Jaki z tego wniosek? Sianie paniki nie ma sensu. Ważna jest świadomość zagrożenia i edukacja, a nie to, czy pociecha ma dostęp do czekoladek z likierem, czy nie. Jeśli dzieciakowi naprawdę zechce się spróbować alkoholu, to ukradnie piwo rodzicom, a nie wybierze się w długą podróż do Tesco, żeby kupić parę bardzo słabych alkoholowych czekoladek.

W dodatku jeśli dzieciarni uda się jakimś cudem pochłonąć tuzin opakowań takich łakoci w próbie urżnięcia się, to – możecie mi zaufać – na sto procent odstręczy ich to od alkoholu co najmniej aż do czasu, gdy będą go już mogły legalnie pić.