FYI.

This story is over 5 years old.

Newsy

​„Nagie Skanery” obnażone

Będąc na lotnisku w Stanach, chcąc wejść do samolotu trzeba było przejść przez skaner, który pokazywał pasażera nago. Okazuje się, że te urządzenia nie służyły właściwie do niczego innego

Zdjęcia Nick Veasey

Miały zapewnić większe bezpieczeństwo na amerykańskich lotniskach, prześwietlić każdego Kowalskiego, który mógłby próbować przemycić domowej roboty kiełbasę pod pachą lub kobietę o podejrzliwie dużych oczach. Nie odkryły jednak bomby w bieliźnie jednego z pasażerów lecącego do Detroit, który został powstrzymany dopiero na pokładzie samolotu podczas próby jej detonacji.

Urządzenie od samego początku wzbudzało wiele kontrowersji, ponieważ pokazywało dokładnie całą sylwetkę prześwietlanego włącznie z częściami intymnymi (określenie „nagie" ma zatem mocne podstawy). Każdy kto odmówił takiego prześwietlania musiał „w nagrodę" zgodzić się na dokładną kontrolę osobistą, chyba, że pochodził z Syrii lub Afganistanu – wówczas taka kontrola była z automatu. „Nienawidziłem tej pracy od samego początku. Byłem zmuszony poklepywać krocza dzieci, staruszków, niemowląt. Wszystko w ramach polityki bezpieczeństwa wprowadzonej po "jedenastym września". […] Byłem zmuszony konfiskować pilotom ich obcinacze do paznokci- było to ucieleśnieniem logiki, wedle której piloci używając obcinaczy do paznokci mieli porywać samoloty, którymi sami latali" wspomina były oficer TSA (Transportation Security Administration), członek amerykańskiej agenci zajmującej się sprawdzaniem bagaży u pasażerów. Zupełnie inna atmosfera panowała w odległym pokoju pozbawionym kamer (aby nie doszło do wycieku zdjęć), w którym agenci oglądali na ekranie „nagie zdjęcia" podróżnych w dziwnych pozach, o rożnych kształtach i rozmiarach. Były agent TSA dodaje, iż oficerem oglądającym nasze pośladki mógł zostać ktoś nieodpowiedni. Wielu z jego kolegów nie było bowiem sprawdzanych pod kątem karalności i życiorysu przez zwierzchników, co otwierało drogę zboczeńcom lub terrorystom do wniknięcia w struktury TSA i zdobycie wiedzy na temat wewnętrznych zabezpieczeń lotniska.

Reklama

"To wielkie gówno. Nie odróżni organicznego materiału wybuchowego od tłuszczu" podsumował specjalista firmy produkującej maszyny. „Kiedy pojawiły się maszyny powiedziano nam, że inwazja na naszą prywatność, dawki promieniowania, i wyrzucanie do kosza naszej Konstytucji były konieczne, ponieważ stare wykrywacze metalu nie były dość dobre - czytamy w oświadczeniu byłego agenta ds. bezpieczeństwa jednego z lotnisk, prowadzącego obecnie blog o intrygującej nazwie "TSA Out of Our Pants!". „Skanery były bezużyteczne, a TSA zmuszała dzieci, ciężarne kobiety, ludzi chorych na raka, by stali wewnątrz olbrzymich maszyn emitujących promieniowanie. Maszyn, które nie działały."

Dlaczego nie działały? Były agent wyjaśnia, iż prześwietlane osoby były widoczne w jasnych kolorach, tło zaś było czarne. Czarne były też wszystkie metalowe przedmioty znajdujące się w kieszeniach. Jeżeli nakładały się na tło…wówczas trzeba by mieć noktowizor w oczach, aby je wyłapać. Warto dodać, iż skanery nie były wyposażone w wykrywacze metalu, a więc jeżeli ktoś umiejętnie przyszył sobie ciemny metalowy przedmiot do garderoby, mógł go spokojnie przemycić. Aby to udowodnić, wspomniany Amerykanin przeprowadził eksperyment na lotnisku Cleveland-Hopkins International Airport, gdzie znajduje się najnowsza zabawka TSA - skaner fal milimetrowych, posiadający funkcję automatycznej detekcji zagrożeń. Metalowe pudełeczko przeszło nienaruszone i niezauważone przez bramkę, radośnie powiewając się na nitkach skraju koszuli i bezpiecznie dotarło na pokład samolotu… dobrze, że były w nim tyko czekoladki.

Nadszedł w końcu moment. gdy fala skarg podróżnych przechyliła szalę i rządowa administracja nadzorująca bezpieczeństwo amerykańskich lotnisk rozwiązała umowę z producentem nagich skanerów. Skanery znikną ze wszystkich lotnisk w USA i zostaną zastąpione przez kolejne nowatorskie urządzenia, które przecież zostały już „przetestowane" w Cleveland.

Według oficjalnej zapowiedzi nowe urządzenia wykorzystują fale radiowe (tzw. milimeter wave scanners),działają szybciej, nie pokazują na monitorach nagich sylwetek sprawdzanych pasażerów i nie emitują fal rentgenowskich. Uff, to mamy problem napromieniowania z głowy. Pracownicy lotnisk będą jednak chyba rozczarowani. Podróżni zresztą też, bo raczej nie powstrzyma to ani kontroli osobistej ani kamikadze. Gdyby jednak ktoś zatęsknił za „nagimi skanerami", na utrzymanie których rząd USA wydawał co roku podobno 8 mld. dolarów, to agencja TSA już zapowiedziała, że skanery wycofywane z lotnisk nie zostaną zniszczone, lecz będą przeniesione w inne miejsca, gdzie nadal mogą być wykorzystywane. Ciekawe jakie miejsca mają na myśli?