“You just punch the clock / Too scared to punch your boss!” - Dead Kennedys
Dałem szefowi po ryju. Zapowiedział, że obetnie mi pensję, na co ja odparłem, że może mi co najwyżej obciągnąć, po czym wyszedłem. Dopędził mnie na ulicy i zażądał wyjaśnień. Powiedziałem mu, że jest zbyt wielkim dupkiem, bym mógł tolerować go za mniejszą stawkę niż mam obecnie. Z braku riposty zagroził, że spuści mi łomot. I tak oto, parafrazując Muhammada Ali, „pobiliśmy się, bo było nam ze sobą nie po drodze”.
Zaczęliśmy się tłuc na chodniku w Bushwick ku uciesze latynoskich gapiów. Jak się później okazało, gość tylko tak gadał i nie spodziewał się, że faktycznie dojdzie do bójki. Ja jednak nie wiedziałem o tym i nieźle go pokiereszowałem. Jedną ręką złapałem go za czuprynę, a drugą lałem po gębie. Przy okazji wydarłem mu sporą kępę włosów. Gość był jednak twardy i zaproponował rozejm dopiero wtedy, gdy lewe oko zapuchło mu tak, że przestał na nie widzieć.
Jako że ja również miałem już dość, przystałem na jego propozycję. – Fajnie się u ciebie pracowało! – powiedziałem i ruszyłem w swoją stronę. On jednak krzyknął, żebym się zatrzymał. Ku mojemu zaskoczeniu odwidziało mu się i zaproponował, żebym dalej dla niego pracował po starej stawce. Tak się prowadzi negocjacje płacowe.
Lampka ostrzegawcza powinna mi się zapalić już podczas rozmowy o pracę, której połowę mój przyszły szef strawił na uskarżaniu się na lenistwo i niekompetencję swoich podwładnych. Z drugiej strony wszędzie gdzie pracowałem było tak samo. Szefostwo i personel mają przeciwstawne interesy; szefowie doskonale o tym wiedzą, a pracownicy musieliby cierpieć na ostry przypadek syndromu sztokholmskiego by tego nie zauważać. Tak czy siak, w przeszłości robiłem już dla różnych skurwieli i żaden nie płacił tak dobrze jak ten, co liczyło mu się na plus. Poza tym bezrobocie jest do dupy. Ostatecznie więc uścisnęliśmy sobie ręce i powitano mnie na pokładzie.
Już pierwszego dnia jeden ze współpracowników powiedział mi, jak się sprawy mają. Właściciele ustalają nierealistyczny harmonogram dostaw, a potem zwalają winę za niedotrzymanie go na pracowników, oskarżając ich przy tym o Bóg wie co, podczas gdy jedynym winnym całej sytuacji są korki na mieście. Pracownicy tolerują to, bo firma dobrze płaci, ale nienawidzą szefostwa, z wzajemnością zresztą. Przekonałem się o tym niemal od razu. Dyspozytor oskarżył mnie, że nie potrafię jeździć ciężarówką i że do spółki z innymi kierowcami zawyżam sobie czas dostaw. Potem było jeszcze gorzej. Wkrótce oznajmiono mi, że skłamałem na temat swojego doświadczenia zawodowego, w związku z czym obcinają mi pensję. Reszta jest historią.
Z początku byłem pełen euforii. Uważałem, że, po latach podłego traktowania przez bandę przegrańców tylko dlatego, że byli moimi szefami, nie mogłem postąpić lepiej. Czułem, że w końcu skutecznie się postawiłem. Jednak jeszcze zanim zabliźniły mi się knykcie zacząłem myśleć o tym wszystkim inaczej.
Koniec XX wieku to upadek związków zawodowych w Stanach Zjednoczonych. Zwolnienie z pracy strajkujących kontrolerów lotu za prezydentury Ronalda Reagana w 1981 roku to jedynie jedna z wielu antyzwiązkowych represji, trwających zresztą do dnia dzisiejszego. Ich efektem jest dewaluacja pracy w wielu wykwalifikowanych zawodach, utrata przywilejów i możliwości pracy na pełny etat w wielu sektorach gospodarki oraz obniżenie standardu życia przedstawicieli amerykańskiej klasy pracującej. Odwrócenie tego trendu nie będzie łatwe, gdyż antyzwiązkowe przepisy utrudniają organizowanie się pracowników, a związki zawodowe są nieustannie atakowane.
W efekcie większość pracowników jest dziś skazana na siebie. Żyje bez gwarancji zatrudnienia, w izolacji od współpracowników, a cały swój czas poświęca pracy (często w kilku różnych miejscach) i bliskim, tak że nie starcza go już na jakiekolwiek próby działalności związkowej, za które zresztą można wylecieć z roboty. Gdy mój kumpel zaczął pracować w Wal-Marcie, na dzień dobry powiedziano mu, że związki były potrzebne sto lat temu, a w dzisiejszych czasach wszelkie skargi należy wnosić do kierownika.
Czy właśnie nie tak zrobiłem?
Choć spuszczając łomot szefowi czułem się wspaniale, faktem jest, że bijąc go ucieleśniałem głęboką bezsilność XXI-wiecznego pracownika. Zamiast założyć wraz ze współpracownikami związek zawodowy by walczyć o nasze wspólne interesy, wyższą płacę, wolniejsze tempo pracy i prawo do strajku w razie niespełnienia naszych żądań, pomyślałem tylko o sobie.
Nieważne, że tym razem dostałem to, czego chciałem. W 99,99 przypadkach na 100 ta metoda nie zadziała; istnieje milion przyczyn, dla których znakomita większość pracowników nigdy nie postawi się szefowi. Nie jestem chrześcijaninem i nie wyrzekłem się przemocy ze względów moralnych; nie uważam, że to co zrobiłem było nieetyczne. Tym niemniej jednak danie szefowi po ryju nie jest alternatywą dla prawdziwego sprzeciwu, który wymaga współdziałania.
Podobało się? Przeczytaj też: