
Reklama
Hararale harara harala lo. Hararale harara harala lo. Dokładnie tak było, w rytm 189 bitów. Czarnym koniem zeszłego roku okazał się Omar Souleyman, który spojrzeniem rodem z Al Jazeery i synchronicznym klaskaniem podbił serca wszystkich tych festiwalowiczów, którzy zdołali się wcisnąć do namiotu w trakcie jego występu. W tym roku jego miejsce godnie zajęli Shangaan Electro, z tą różnicą, że oni faktycznie coś grali. Czwórka czarnoskórych przedstawicieli, w tym jeden z językiem merdającym w lewo i w prawo, dała popis swoich taneczno-wokalnych możliwości, grając pod dyktando swojego mistrza. Mistrza, który nawet nie krył się z tym, że nie gra na żywo, radośnie wymachując do zebranych płytą CD z nagranymi samplami. Do tego brzuchy oraz pupy wypchane ogromnymi poduszkami, różowe skrzydełka i techniczni, podtrzymujący latające na wszystkie strony świata głośniki. Pierwszy raz w całym swoim życiu w ciągu piętnastu minut popłakałam się na przemian ze smutku i ze śmiechu. I tylko marzyłam, żeby wpaść z nimi w pląsy na scenie, niestety jedną ręką musiałam trzymać spodenki, co było bez sensu.
Reklama

Reklama


Reklama

Reklama
