FYI.

This story is over 5 years old.

podróże

Białoruskim szlakiem klubowym - część 3

I ostatnia.

W pokoju znajduję telefon. Stara Nokia. Niepotrzebny mi on, ale dla właściciela pewnie będzie bardzo cenny. Dzwonię na numer nieodebranego połączenia. Jakiś kolega właściciela. Po 30 minutach dzwoni sam zainteresowany. Podaję adres, umawiamy się, że będzie po telefon wieczorem.

W całym Mińsku czynne tylko McDonaldy. Jemy. Obok towarzystwo, które nie wytrzeźwiało jeszcze od sylwestra. Pierwszy raz od przyjazdu widzę stolicę Białorusi za dnia. Jest ładnie! Szczególnie w tym słońcu.

Reklama

Wracamy do siebie. Niemiec, Który Mówił Że Jest Czechem ostro zabiera się za sprzątanie. Ja nie mam siły. Pomaga mu Poczciwy Polarnik. Ech ci Niemcy, czy tam Czesi, czy ktokolwiek. Niemcoczesi. Zawsze o krok przed nami. Jakoś tak mają. Ja bym już to sprzątanie przełożył na jutro. A nie, wcale że nie, zrób dzisiaj, a nie jutro. I robi. Pomysłowo, rozumnie i.. sprawnie. Jestem pełen podziwu. W sprzątaniu pomaga nam Natalia, która gościła u nas w sylwestra. Lekko złośliwa. Widać, że w głowie coś tam ma. Lubię.

Właściciel telefonu potwierdza, że będzie za pół godziny. Zaraz, a gdzie mój telefon? Zostawiłem do ładowania. Jest. Jedna wiadomość odebrana.  Picuś: „możesz w mieszkaniu znaleźć telefon. WYJEB GO CZYM PRĘDZEJ, kartę sim złam albo spal. To telefon tego czarnego, co go zrobiłem na szaro”.

Ja pierdolę. Co robić???? Nie pisałem Wam o tym: Picuś zapoznał w klubie kobietę na dzień przed sylwestrem.. Całkiem miła, nawet ładna, dało się też pogadać. Obyta. No więc następnego dnia, w przedsylwestrowe popołudnie, zaprosiła go do siebie. Był tylko jeden problem. Siedział u niej jakiś murzyn, który się do niej dostawiał. No i Picuś zaprezentował się tu godnie, jak na Polaka przystało: ściemnił murzynowi, że zamówił dla wszystkich kolację, zadzwonił po taxi, wsadził murzyna w samochód, powiedział kierowcy gdzie jechać, i ściemnił, że on pojedzie drugim samochodem z dziewczyną. Murzyn zakręcony i zostawił telefon. No i właśnie ten wydymany bez mydła, nienawidzący z całego serca Polaków 'czarnobiałorus' będzie u nas za 15 minut, bo już podałem mu adres. Nie da się już nic zrobić. Nie ma gdzie uciekać. To jak bycie pasażerem feralnego lotu. Jedyne co możesz zrobić to spojrzeć gdzie są wyjścia ewakuacyjne i ukryć głowę w kolanach.  Albo… powiedzieć, że znalazłeś tu telefon, ale za cholerę nie wiesz jak się tu pojawił. Słyszę kroki na schodach. Staje w drzwiach. Wcale nie czarny, a biały, wcale nie wkurwiony tylko sympatyczny i uśmiechnięty. Oddaję telefon i wymieniamy parę grzeczności. Co to było? Dlaczego Picuś wziął go czarnemu a przyszedł biały? Do tej pory nie jesteśmy w stanie rozwikłać tej zagadki. Może czarny go podwędził temu, który teraz przyszedł? To będzie już nierozwiązana zagadka. Są rzeczy na niebie i ziemi które nie śniły się fizjologom.

Reklama

Wieczorem przychodzą do nas dziewczęta, które imprezowały w sylwestra. W tym moja niewierna „żona”. Nienawidzę jej, a jednocześnie jak głupek cieszę się, że znowu mogę ją zobaczyć. Dwie z nich to Polki z pochodzenia. A przynajmniej jakoś tam związane po babci czy coś. Gadamy po polsku. Jak one rozmawiają! Ten śpiewny akcent, zmiękczanie, wplatanie rusycyzmów… sama słodycz. Popełniają błędy gramatyczne, ale nie mam serca ich poprawiać i nawracać siłą. Nie chcę przerywać przyjemności słuchania tej wychodzącej z ponętnego biustu miękkiej, słodkiej wersji naszego języka.  Dochodzą jeszcze dwie Białorusinki. Co jedna to inny, pyszny koktajl genów w kolorze blond. Jest naprawdę przyjemnie. Pijemy, gadamy, Ajrisz włącza Radiohead i Shakirę. Ech… gdyby tylko wiedział o filmiku z jego udziałem… Nie dzieje się wiele. Takie tam pierdolenie o Szopenie. Ajrisz zamyka się w pokoju z jedną z dziewczyn. Skubaniec… Na moje szczęście i swoje nieszczęście zostawia laptopa z odpalonym facebookiem. Zabieram się do standardowych działań. Wyszukiwarka grafiki, „anal prolapse” i robimy podmiankę profilowego. Standard. Indoamerykanin śmieje się histerycznie, cieszy się z tego prolapsa jak dziecko. Świetnie, zdjęcie mamy, ale co z tekstem? Niemiec, Który Mówił Że Jest Czechem proponuje coś genialnego - wieloznaczne i przerażające zarazem zdanie „I got attacked in Minsk”. Skrótowość, lakoniczność tego zdania w zestawieniu z obrazem strasznej, zmasakrowanej hemoroidami dupy,  to mieszanka wybuchowa. „I got attacked in Minsk” że co niby? Że ktos go tak wydupczył, że mu dupa wypadła? Że co? Że dostał nagle żylaków odbytu? Czysta groza i niedowierzanie. Kto, co, jak? Jego dupa? Może nie jego? Może mu ktoś ta dupę rozbebeszył nożem? O nieeee….. Ten baran zostawił telefon. Ale ja go przecież już pomściłem, już za dużo. Ale telefon się do mnie uśmiecha… Możecie mnie kusić lodami czekoladowymi, górami złota, cycastą blondyną i będę twardy, ale telefon lekkomyślnie zostawiony przez irytującego gościa? Pokusa jest ogromna, ale jeszcze mam skrupuły. Z pokoju Ajrisza słyszę damski chichocik. Och ty ruchaczu, rudy wyspowy, piegowaty kudłaczu! Myślisz że tak bezkarnie będziesz wstrzykiwać w  nasze słowiańskie dziewczyny swoje ble ble zimne,  flegmatyczne, wyspiarskie plemniki? O, niedoczekanie Twoje! Dawajcież telefon! Przeszukuje jego kontakty. Natalia- ta z lekka złośliwa, pomaga mi i wskazuje numer telefonu dziewczyny z którą właśnie Ajrisz się zabawia. W sumie niewinny żarcik. Ona baraszkując z nim, dostanie od niego jednocześnie esemesa. No jakże mógł wysłać tego esemesa, jak jest z nią? Mały, niegroźny mindfuck. Niegroźna jest też treść, zaaprobowana zreszta przez Natalię: I cannot hide it any longer. It would be unfair. I am sorry to inform You that I have AIDS. Please test yourself.

Reklama

Z zamkniętego pokoju wciąż dochodzą chichoty i ściszone dialogi. Pewnikiem śmieją się z esemesa. A chuj z tym. Zmęczony idę spać. Budzę się rano, w zasadzie to budzi mnie Ajrisz krzykiem, szarpiąc mnie za rękę „it’s not fuckin funny, it’s not fuckin’ funny!!”. Ale co? Przez chwile rżnę głupa. No ale nie daje się długo ukryć, że to ja. Przestaję ściemniać. Tak, ja napisałem tego smsa, ale o co cho? Przecież to oczywiste, że to ja go wysłałem, jak byliście w pokoju. „Tell her!” i podsuwa mi słuchawkę. Po drugiej stronie jakaś łkająca, ogarnięta paniką dziewczyna. Widzę, że sytuacja poważna i zaczynam odkręcać. Nie, no to ja wysłałem. W nocy. Nie rano. Miała wyłączony telefon, włączyła go już w drodze do domu i niezły bigos się zrobił. Przerażona dziewczyna nie dowierza. Twierdzi, że jestem w zmowie z chorym na AIDS Ajriszem i próbuje po koleżeńsku  przeinaczyć to, co w przypływie szczerości napisał. No to naprawdę ja, co cholery, dajmy spokój. To ja, nie ma żadnego AIDS, ja wysłałem! Dziewczyna ciągle w histerii. Dzwonię do Natalii, żeby zadzwoniła do niej i powiedziała, że widziała jak wysyłałem. Może nie jest to jej bliska znajoma, ale już Białorusinka. Kurwa, oni tu są tak nieufni w stosunku do cudzoziemców… troszkę ksenofobiczni. W zasadzie to temperamentni też nieprzesadnie. Bliżej im do Finów niż Włochów. Nawet geograficznie - to przecież rzut beretem na Litwę, czy Łotwę, a do Petersburga czy Moskwy też niedaleko.

Reklama

Tymczasem sytuacja opanowana. Dziewczyna chyba się uspokaja, wysyła smsa, że powoli wierzy już w moją wersję, ale jeszcze nie może dojść do siebie. AIDS… wielkie rzeczy.. przecież mamy XXI wiek. Da się z tym żyć, daj spokój, teraz to leczą, może będziesz mogła mieć dzieci… a poza tym piękna choroba! Byłaby w nobliwym  towarzystwie Freddiego Mercury, Isaaca Asimova, tego koszykarza dużego no i kameruńskiego poety, antyfaszysty roku 2003, czcigodnego Simona Mola… no dużo wielkich ludzi. Ba! To choroba Wielkich!

O anal prolapse Ajrisz się już nie rzuca. Widzę tylko, że usunął tamto zdjęcie i wrócił do swojego starego. Tak pięknie rozpoczęty dzień wykorzystujemy do zwiedzania Mińska. Indoamerykanin co chwila krzyczy „Respect The Cock, Respect The Cock!”. W sumie głosi to hasło już od pewnego czasu. Deklamuje to w taki sposób, że za każdym razem się śmiejemy. Nabieram pewności, że okładanie twarzy Ajrisza naszymi członkami oraz pokazanie bogatej galerii wypadniętych odbytów przeorało jego psychę. Mińsk ładny. W skrócie mówiąc - MDM razy dziesięć. Po wojnie niewiele z tego miasta zostało i za jego projektowanie zabrali się urbaniści z Moskwy. Całkiem sensownie i estetycznie to zrobili. Na rozłożystym placu dom partii, przed nim - ogromny pomnik Lenina, bo to w ogóle jest plac Lenina. Dwieście metrów od pomnika, na tym samym placu - polski kościół rzymskokatolicki puszczający polskie kolędy. Nikomu to nie przeszkadza. Jeśli Wam to też nie przeszkadza, to rozumiecie już Białoruś. W sklepach wódka z wizerunkiem Tadeusza Kascjuszki- znanego na świecie białoruskiego bohatera, ale też gruzińska woda Borjomi, poza tym jest płyn do naczyń Ludwik, proszek „E”, polskie wykałaczki…. Jest trochę polskich towarów na półkach, ale i tak zdecydowanie za mało jak na kraj sąsiedni.

Reklama

A jakie są reakcje na moje polskie pochodzenie? Z reguły same pozytywne, w najgorszym przypadku - neutralne. Okazuje się, że wielu Białorusinów jest przez jakichś dalszych bądź bliższych krewnych związana z Polską.

W drodze do mieszkania mijam ogromne, sowieckie czerwone gwiazdy, a na pocztówkach Białoruś chwali się odremontowanymi dworami polskich magnatów, są też cerkwie i ogromny pomnik Żubra przy jednej z dróg wylotowych - Białoruś to po prostu miks - trochę tradycji polskiej, trochę Wielkiego Księstwa Litewskiego, trochę prawosławnej, ruskiej, dużo sowieckiej… naród i państwo są młode, dlatego czerpie swe korzenie skąd może i jest to w pewien sposób zrozumiałe.

Późnym popołudniem jem z Indoamerykaninem w restauracji „Il Patio” w centrum. Całkiem niedrogo, schludnie i smacznie. W menu trafiam na absolutny hit- Sało- sushi. To jest  sushi, albo przynajmniej jest to zrobione jak sushi, tyle że zamiast wodorosta naokoło, ma słoninę i jakąś kaszę w środku. Niestety akurat dzisiaj nie mają tego na stanie. Indoamerykanin wykłada swoje nowe motto i teorię życiową. Trzeba słuchać się kutasa. Respect The Cock! Poza tym biodra- wypychaj kutasa do przodu, nie chowaj go między udami jak lamus! Mówi, że spotkanie z nami uruchomiło coś w jego życiu. A więc jednak dekonstrukcja osobowości…

Wieczorem, wzbogaceni już o opinie naszych gości, włóczymy się po o wiele bardziej ludzkich miejscach, niż night cluby z silikonami i kajdaniarzami. Fajne miejsca, gdzie można spotkać studentów, artystów, ludzi z którymi można normalnie pogadać i zamiast łupu cupu posłuchać normalnej muzyki. Wracamy około drugiej. Całkiem wcześnie. Nie ma Indoamerykanina. Ostatni raz widzieliśmy go jak wychodził z lokalu w towarzystwie dwóch uśmiechniętych dziewcząt. Droga Kutasa działa. Rano też go nie ma w pokoju. Trochę się niepokoimy. Dzwonimy, ale nie odbiera. Po jakimś czasie walenie do drzwi. Indoamerykanin. Z przekrwionymi oczami, zmęczony jak cholera, ale cały i zdrowy. Wrócił koło piątej, nie miał klucza i usiłował się do nas dobić, ale nikt nie odpowiadał. Każdy już spał w swoim zamkniętym pokoju, a drzwi wejściowe są dobrze wytłumione. Dzwonił, ale każdy miał wyciszony telefon. Przespał pół nocy na klatce. 2 girls 1 cup ciągle orało jego mózg, bo pochwalił się, że załatwił się do jakiegoś wiadra na poddaszu. „You know,  I was shitting into a bucket, it was kind of a cup, buahahahahah”.  Przymusowy nocleg nie zepsuł jego dobrego humoru, a to znaczy, że wieczór  musiał być udany.

Reklama

Następnego wieczoru jesteśmy znów na mieście. Dziewczyny miały wpaść do nas koło 23, ale nie wpadły. Te dwie mówiące po polsku i trzecia - moja żona jak gdyby - oficjalnie już mają miano „Three Crazy Girls”, bo garują jak my, albo i lepiej, a przecież one nie na wczasach, tylko normalnie pracują i studiują. Wariatki nie przyszły, choć się zapowiadały. Bawimy się bez nich.  Wracamy około trzeciej. Jedno piwko i lulu, prawie idziemy spać. Dzwonek do drzwi. Otwieram. „Three Crazy Girls” już podpite. Wchodzą. A z nimi jakiś typ w crocsach (jest zima) i z podbitym okiem. And this is our friend, Alex, from Moscow”. O ja pierdolę. Cześć Alex.  Ale wiecie co? Naprawdę jest już późno i naprawdę chcemy spać. Dziewczyny trochę gasną, ale mówią, że rozumieją i odwracają się w kierunku drzwi. Nagle wyrywa się Indoamerykanin i mówi żeby zostali. Dobra chłopie, dla mnie ok, mnie to wali już. Ale opiekujesz się gośćmi. Ja już idę spać. Kiedy budzę się rano, jeszcze siedzą. Alex okazuje się całkiem przyjaznym gościem. W ogóle to jest fajnie. Po sylwestrze utarło się, że nasze mieszkanie to dom otwarty i każdego dnia ktoś do nas zachodzi. Międzynarodowe towarzystwo: Holendrzy, których w ogóle jest w Mińsku dużo, nie potrafię powiedzieć dlaczego, Rosjanie, dziewczyna z Kirgizji…

Wieczorem włóczę się po centrum. Zjadając samotnie sushi w centrum handlowym (jak burżuj - w końcu jestem na wczasach) otoczony przez nastolatków z iphone’ami, apple’ami i innymi tabletami zastanawiam się, czy ludzie przedstawiający Białoruś jako obóz a w najlepszym przypadku zacofany kołchoz z czołgami na ulicach, robią tak z niewiedzy, czy na czyjeś polecenie. Myśli kierują mnie do bieżących spraw. Trzeba wracać, bo coraz więcej rzeczy w Warszawie wymaga załatwienia.

Reklama

Wieczorem gościmy Serba. Puszcza prześwietną muzykę z Bałkanów. Robimy eksperyment w którym ja mówię po polsku a on po serbsku. Całkiem się dogadujemy. Ten sam eksperyment przeprowadzam z Natalią. Ona gada po białorusku, ja po polsku. Odkrywam, że białoruski jest bardziej podobny do polskiego niż ukraiński! To jest niesamowite. No w końcu „słowianin” to ten, który mówi tym samym słowem, przypomina mi krągły Serb. Jakieś tysiąc lat temu dogadywalibyśmy się ze sobą w ogóle bez problemu. Jest około drugiej. Wesoło. Domofon. Wpuszczam bez pytania, zresztą i tak słuchawka nie działa. Zweryfikujemy na górze. Widzę duże czapy wchodzące po schodach. Służby. Milicja. Wołam Białorusinki. Milicjanci wchodzą do mieszkania. Proszą o dokumenty. Parę osób daje paszporty. Pytają się o właściciela. Tłumaczymy, że nie ma, ale będzie jutro. Trochę się dziwią. Tłumaczą, że jeśli imprezujemy to ok, ale jest dzień powszedni, w budynku mieszkają normalni ludzie, którzy jutro wstają do pracy i naprawdę musimy być cicho. Potakujemy. Udzielają nam pouczenia, ale mówią, że jeśli będą musieli przyjść jeszcze raz, to będziemy mieli kłopoty. Oddają paszporty i wychodzą. Kurczę, nawet milej niż w Polsce przy tego typu zdarzeniach.  Wyłączamy muzykę. Sąsiedzi i tak byli wyrozumiali, bo znosili nasze ciągłe imprezowanie pięć dni z rzędu. Nazajutrz urodziny Niemca, Który Mówi Że Jest Czechem. Szykujemy niespodziankę. Rezerwujemy zawczasu saunę. Chcemy zaprosić również nasze koleżanki, ale niestety żadna nie reflektuje. Przez myśl przechodzi nam zaproszenie prostytutki, ale po pierwsze ceny wysokie, a po drugie trochę się jednak krępujemy w publicznym miejscu.

Reklama

Rano pakujemy manele, bo kończy nam się wynajem, właściciel nie może nam przedłużyć, w kolejce są następni. Nawet nie sprawdza szczegółowo stanu lokalu, wszystko przebiega miło i bezboleśnie. Prawdopodobnie ten wynajem opłaca mu się na tyle że może machnąć ręką na drobne straty. Wyprowadzka i brak pewnego noclegu to kolejny sygnał, że trzeba się zwijać, chyba najlepiej jutro. Tymczasem dziś trzeba gdzieś przechować bagaże no i zaliczyć jeszcze tę saunę.

Manele przenosimy do Natalii, która zgadza się ugościć nas na jedną noc. To znaczy - zgadza się chwilowo przechować bagaże,  o noclegu jeszcze nic nie wie. Staramy się zastosować strategię małych kroków, żeby od razu jej nie przestraszyć. A mieszkanie to dziewczyna ma… oj ma… I to w ot, takim zwykłym nie wyróżniającym się za bardzo niczym, kameralnym bloku. Przedpokój wielkości salonu, łazienka jak apartament, prysznic z funkcją sauny… cuda niewidy. Pewnie macie przed oczami kapiący złotem kicz… a wcale nie. Wszystko gustownie, nowocześnie, nawet funkcjonalnie, bez zbędnych ozdóbek i zawijasów. Jestem pod wrażeniem jej chaty. W Londynie czy Niu Jorku takiej by się nie powstydzili  Spokojnie jest w stanie pomieścić pięcioro z nas. Tymczasem czas na posiłek i saunę. Natalia nie jest skora nam towarzyszyć. Co to, przecież cię nie zjemy. Ale nie idzie. Na dworze syf, kiła i mogiła, zacinający w oczy śnieg z deszczem i pośniegowe błocko. Wejście do bani nie wygląda jakoś ekskluzywnie. Płacimy kobicie równowartość 5 eurosów od łebka. Na dwie godziny. Wchodzimy… to jest cały kompleks wypoczynkowy! Sala telewizyjna z barkiem, piwkiem, whisky, wódą, sala bilardowa, basen z zimną woda, pomieszczenie z prysznicami i w końcu sauna… naprawdę duża i… nikogo. To znaczy że myśmy sobie ten obiekt wynajęli na wyłączność za te 5 euro razy 5. No nie powiem, bardzo miło. Udaje mi się przekonać chłopaków do polania wódki na kamienie! „Let’s make Michal’s dream come true”, trochę szczypie w oczy i normalnie czuje jak mi wóda przechodzi przez skórę. Super. Piwko w basenie. Bilardzik.  Dwie godziny mijają jak z bicza trzasł. Wychodzimy z sauny napruci. Oh Yeah! Pierwszy raz zrobiłem to, co do tej pory widziałem tylko na filmach! Narąbałem się przez skórę! No to wyjazd jest już w pełni udany.

Reklama

Praktyczne rady, co/gdzie/za ile:

Kluby: 

Africa Club 

Dużo korpoludków, karków i plastikowych wymalowanych lasek. Miejscem rządzi mocny makijaż i mamona. Po północy striptiz w wykonaniu super zgrabnych i atrakcyjnych dziewczyn. Nowicjusz, cudzoziemiec może łatwo paść ofiarą wynajmowanych przez bar, atrakcyjnych panienek, które naciągają na drinki. Jak już się spłuczesz - szukają kolejnego jelenia. Poza tym przyłapałem barmana na stosowaniu różnych cen za tego samego drinka dla mnie i afrobiałorusina, który tenże drink zamawiał. Z handicapem dla afrobiałorusina oczywiście. Może ze względu na nazwę klubu, czarni mają taniej?

Podsumowując - chyba najsympatyczniejszy z „plastikowych” klubów. Ale jeśli nie lubisz tego typu miejsc to tam nie wchodź.

Dozari 

Zajrzeliśmy na chwilę i szybko poszliśmy. Bramka do wykrywania metali i barczysty ochroniarz pod krawatem. W środku kobiety wyglądające na prostytutki i mężczyźni wyglądający jak milionerzy/ gangsterzy/ alfonsi (niepotrzebne skreślić). Być może warto było tam zostać dla samej radości obserwacji, ale obawialiśmy się, że samo oparcie łokci przy barze kosztuje 100 euro.

Doodah King 

Bar/klub z koncertami na żywo. Ska, rock’n’roll, punk. Jeśli chcesz porozmawiać z ludźmi reprezentującymi jakiś tam poziom i nie mówimy tu o zerach na koncie i poziomie zadartego nosa, jeśli chcesz pobawić się bez spinki i poskakać przy występach kapel na żywo, to jest Twoje miejsce. Przy tym- spokojnie- nie jest to miejsce okupowane przez wykolczykowanych anarchofeminokomunistycznych wegan. Normalny klub dla w miarę normalnych ludzi. Selekcja ma za zadanie jedynie nie wpuszczać agresywnych i podpitych. Nikt nie będzie się czepiał tego, że masz sportowe buty, nikt też nie będzie oceniał ile jesteś wart przez pryzmat ciuchów, które masz na sobie. Dosyć tanie alkohole do których można zamówić też pizzę i inne gorące potrawy, parkiet do tańczenia… Jedno z najsympatyczniejszych miejsc, jakie mieliśmy okazję odwiedzić.

Reklama

Jedzenie:

News Cafe

„Poshowe” miejsce. Wydaje nam się że News Cafe jest w Mińsku dosyć modny i po prostu warto się tu pokazywać. Przepiękne, uśmiechnięte blond kelnerki rozmawiające po angielsku. Dosyć drogo, ale żarcie i napitek- znakomite.

Il Patio

Całkiem dobrze i smacznie. Mają sushi ze słoniny.

Podworje (podwórze)

Porządna ukraińska kuchnia, pierożki, ryby, mięsa, piwo, zajebisty kwas chlebowy, kelnerki raczej nie banglają po angielsku więc lepiej już żebyście gadali po swojemu

Nocleg: 

Nie powiemy Wam, bo mieszkaliśmy w wynajmowanym apartamencie. Za 3 dni w osiem, a potem 7 dni w pięć osób zapłaciliśmy około 50 euro od łebka. Co do hoteli to taksówkarz mówił, że hotel „sputnik” jest w miarę tani i ok.

Transport: 

Koleje - przezajebiste - tanie, często kursujące, punktualne, bezpieczne i wygodne.

Drogi - równe, główne drogi na Białorusi są dwupasmowe. Jeśli macie cudzoziemskie blachy, to za nie płacicie. Normalnie, na bramkach.

Taxi - dużo woziliśmy się w dzień i w nocy i nigdy nie zapłaciliśmy więcej niż równowartość 30 polskich złotych, ale jak mawiał Poczciwy Polarnik „nie ufam nawet szwajcarskim taksówkarzom”, także patrzcie uważnie, czy nie przejeżdżacie czasem przez drugi z kolei most, bo przez Mińsk przepływa tylko jedna rzeka.

Transport publiczny - często chodzą wygodne autobusy, tramwaje i trolejbusy. Bilet można kupić u konduktora w środku. Poza tym dwie linie metra.

Reklama

Dziewczyny:

Niestety was rozczaruje - żadna nie padnie na kolana na wieść o tym, że jesteście cudzoziemcami, nikt też nie będzie siłą was ciągnął do ołtarza. Opowieści o tabunach nadobnych Słowianek czekających na wybawcę można sprzedawać, ale podstarzałym frajerom z zachodu. Może zdarzają się desperatki, ale to chyba na głębokiej prowincji. Także trzeba się starać, drodzy panowie, bycie cudzoziemcem Wam nie wystarczy!

Chłopcy: 

Nie próbowaliśmy. Wydaja się rozmowni i sympatyczni. No i - wszyscy są ogoleni (na twarzy).  Wyróżnialiśmy się mocno z naszym kilkudniowym zarostem.

Formalności: 

Potrzeba wizy, jeśli ją wyrabiacie w normalnym trybie, to nie płacicie wiele. Jeśli jednak nie macie na Białorusi nikogo, kto Was „zaprasza”, a przy tym się Wam spieszy, to musicie udać się do odpowiedniego biura podróży. Tam dadzą Wam magiczny druk zwany „voucherem”. Co to jest voucher? Cholera wie, ale wiemy że choć kosztuje drogo, umożliwia bezproblemowe dostanie wizy. Trzeba też wykupić ubezpieczenie - sprawdzają to na granicy. I lepiej jest je kupić w Warszawie, niż u pogranicznika. Na miejscu cudzoziemcy „muszą” zameldować się w odpowiednim urzędzie, z reguły zlokalizowanym przy posterunku milicji. Piszę w cudzysłowie, bo nie sprawdzał i nie pytał się o to  nikt, łącznie z milicjantami wezwanymi przez naszych sąsiadów. Na granicy oddałem niepodstemplowany druczek i nikt nie powiedział ani słowa.

Ceny: 

Jak to na wschodzie - wódka, papierosy i benzyna tańsze mniej więcej o połowę. Kolej jeszcze tańsza. Żywność mniej więcej tak jak u nas. Usługi tańsze. Odzież, samochody i elektronika - droższe. Jedzenie serwowane w restauracjach trochę tańsze niż w Polsce, tak samo z alkoholem serwowanym w klubie. Zamawianie czystej wychodzi najekonomiczniej.

Język: 

Angielski znają młodzi. Ale już z przysłowiową „panią z okienka” w tym języku się nie dogadasz. Jak znasz tylko polski i angielski, to już szybciej dogadasz się po naszemu. Rosyjski jest w powszechnym użyciu. Język białoruski traktowany jest raczej jako hobby, choć oficjalne urzędowe druki i napisy są właśnie po białorusku.

Ale po co ja to wszystko piszę? Przecież jak jeden z drugim przeczyta, to zaraz się nazjeżdża się tu was nie wiadomo ile, podniosą ceny i zepsujecie mi moją Białoruś w sekundę! Także ogólnie przejebane. Nic nie ma. Strzelają i biją na ulicach. Za byle co gnijesz w więzieniu. Odradzam.