Night Marks - Experience
Recenzje

Night Marks - Experience

Każde doświadczenie, przygoda, przeżycie ma swój kres. Wrocławska formacja ruszała do tej płyty jako trio, kończy jako duet, ale najważniejsze jest to, że kończy wyśmienicie.
24.5.17

Trudno mi czasem oprzeć się wrażeniu, że to co dla NMET było podłogą, czyli wydana w 2014 roku imienna EP (oczywiście w U Know Me Records), dla ogromu polskich artystów próbujących się w stylistyce szeroko pojmowanego soulu, byłaby sufitem. Poziom absolutnie międzynarodowy, świeżość, polot - tak, to było coś! Poprzeczka z miejsca ustawiona na bardzo wysokim pułapie.

I zapewne właśnie to, ale też równoczesna praca nad projektem EABS (z wybitnym efektem końcowym) sprawiły, że tyle czasu w Wiśle (a w zasadzie Odrze) upłynęło zanim dane jest nam cieszyć się longplayem chłopaków. Jeszcze późną jesienią 2016 r. wypuścili świetny singiel "Matter of Time" jako trio, teraz w ekipie pozostali Spisek Jednego i Marek Pędziwiatr.

Reklama

Dobra, dość tej historii, pora zająć się "Experience". I już na wstępie stwierdzić wprost - takiego podejścia do tematu future soul jeszcze w Polsce nie było. Tak odważnej, wirtuozerskiej próby połączenia kosmicznego funku, śpiewania o czymś i eksplorowania brzmień, które nigdy w naszym kraju nie były szczególnie popularne, eksponowane, wydają się dopiero teraz zapisywać pierwsze karty swojej historii. Ma to jednak swoje pełne uzasadnienie i da się wytłumaczyć bardzo łatwo. O ile Sistars korzystali głównie z neo-soulowej estetyki, Niewinnym Czarodziejom jakby bliżej było do klimatu zachodniego Londynu i Berlina (Jazzanova), to produkcja u NMET śmiało sięga do rzeczy przynoszących na myśl dokonania Dâm-Funka, Sa-Ra, twórców z kręgów Brainfeedera. I są w tym bezbłędni, bardzo świeży, co wynika głównie z braku zahamowań przed swobodną gatunkową żonglerką. Niczym u najlepszych twórców czarnych brzmień trudno powiedzieć jednoznacznie, czy więcej tu funku, rapu, soulu czy jednak elektroniki.

Tylko czy to tak naprawdę ma jakieś większe znaczenie?! No właśnie. Chodzi o vibe, groove, o to, czy głowa buja się rytmicznie w każdym kierunku. Słuchając "Experience" tak właśnie jest. W dodatku ani przez moment, pomimo tak szerokiej palety muzycznych środków i inspiracji, nie doświadczamy tutaj przesytu, chłopaki stawiają w produkcji na porządek, prostotę. Kompozycje NM radują, tak jakby ich przeznaczeniem było nic ponad wywołanie u słuchacza uśmiechu i chęci do zabawy.

Z jednym bardzo istotnym zastrzeżeniem - tu nie chodzi o bezmyślną, hedonistyczną zabawę. Teksty Marka Pędziwiatra są po coś, chociażby w singlowym "Danger", w którym wokalista ustawia się w opozycji do artystów mających za nic choćby śladowy przekaz. Do myślenia dają też, przewrotnie i figlarnie, siostry Przybysz w kapitalnym "Strzał z Body". To naprawdę fajne momenty, zgrabnie ukazujące, że refleksyjna rozrywka to wcale nie jest zbitka wykluczających się terminów.

Wrócę jeszcze na chwilę do Marka, bo powiedział mi ostatnio ciekawą rzecz, mocno dającą do myślenia. "Zawsze chciałem być bliżej tego, co robił Gil Scott-Heron, jego widzenie muzyki i roli artysty". I to na "Experience" słychać, chociaż - co oczywiste - nie szukajcie tutaj drugiego "Winter In America". Marek stawia na metodę małych kroków, kompromisu dającego słuchaczowi i uśmiech i zadumę (idealny przykład to "Smog").

Chciałoby się wierzyć, że album Night Marks uzyska nie tylko świetne recenzje, ale odbije się też echem stricte komercyjnie, otworzy chłopakom drogę do rozgłośni radiowych. Bo to naprawdę świetna muzyka rozrywkowa, stojąca na poziomie absolutnie światowym. Dojrzała, wysmakowana, a jednocześnie frywolnie rozbrykana. Niby dla nocnych marków, a jednak bardziej mi pasująca do długich letnich dni w plenerze, grillowania, podróży w jakieś piękne miejsce. Tych wszystkich momentów, gdy jedyne, o czym naprawdę marzysz to chwilo, trwaj!