Reklama
podróże

Czy Wojciech Cejrowski jest najgorszym podróżnikiem na świecie?

Dawny kowboj WC Kwadrans czuje się lepszy niż ludzie, których pokazuje, podczas kiedy on sam nie wierzy w ewolucję, zmiany klimatyczne i jest sceptyczny wobec szczepień

tekst Sebastian Rerak
21 Czerwiec 2017, 4:00am

Źródło: Flickr/qwerty77_pn

Wojciech Cejrowski odgrywa w świecie etnograficznego reportażu dokładnie tę samą rolę, jaka na peryferiach medycyny przypada w udziale znachorom zalecającym lewatywy z nafty i okłady ze smalcu. Udowadnia, jak wielka jest wciąż ufność ludzi w siłę anegdoty, chłopskich mądrości i dumnie obnoszonej ignorancji.

Wyobraźmy sobie, że we Francji lub w którymś z krajów Beneluksu sporą popularnością cieszy się pewien obieżyświat i tzw. osobowość telewizyjna. Sławę zdobył za sprawą programu dokumentującego wycieczki do krajów, które jego rodakom jawią się zupełną egzotyką. Tak też jeden z odcinków zabiera niezmordowanego podróżnika do pięknej krainy w dorzeczu Odry i Wisły. Prosto z Polski płynie więc do telewidzów barwna narracja:

Państwo popatrzą. Jestem w jakimś polskim mieście. Nazwy nie wymówię, bo co se będę język łamał na tych ich „sz" i „cz". Tu mamy osiedle takie, bloki jak kopce termitów. Jak w tym można żyć w ogóle? Ano jakoś można. Są zresztą i tubylcy, siedzą na ławce, palą jakieś skręciska. Dosiadamy się. Bonjour, zdrastwuj, guten morgen! Panie kamerzysto, pan pokaże ich dokładnie – od stóp do głów. Biednie, oj biednie ubrani. To, co my wyrzucamy, oni kupują w lumpeksie. Ale państwo zwrócą uwagę – zdrowe chłopy, nie? W sile wieku, ręce, nogi mają. A nie pracują. Bo po co pracować mają? Złomu nazbierają, sprzedadzą, na piwo będzie... Zaradni znaczy. I widocznie im tak dobrze, bo na niezadowolonych nie wyglądają.

Można się tylko domyślać jaką irytację wywołałby w Polsce podobny reportaż. Tymczasem mniej więcej w takim tonie Wojciech Cejrowski nadaje swoje relacje z Afryki, Ameryki Łacińskiej czy Azji Południowo-Wschodniej. Z jednej strony pozornie afirmuje spryt i przedsiębiorczość autochtonów, z drugiej paternalistycznie zerka na nich z pozycji depozytariusza tej lepszej cywilizacji. W jego postkolonialnej optyce tubylec jest szlachetnym dzikusem, niespaczonym libertyńską filozofią Zachodu, jednakowoż pociesznym w swoich próbach naśladowania białego pana. Przesada? No to zajrzyjmy w tę otchłań.

Jeden z epizodów serii „Boso przez świat" zabrał Cejrowskiego do brazylijskiej faveli. Dokładnie do prowizorycznej osady, wzniesionej na drewnianym rusztowaniu w korycie – wyschłej w upalnym sezonie – Amazonki. Prowadzący wkracza w to miejsce z konkretną misją – udowodnienia, że ubóstwo i beznadzieja panująca w gettach kraju samby są tak naprawdę wymysłami mediów i zakochanych w liczbach statystyków. Na wstępie przyznaje wprawdzie, że majątek połowy ludności Brazylii równy jest stanowi posiadania jednego procenta najbogatszych, ale i tak żaden to powód do załamywania rąk. „Bieda jest radosna, roześmiana i nie jest smutna!" – obwieszcza globtroter, przemierzając wąskie alejki między postawionymi na słowo honoru bungalowami.

Co okazuje się niezbitym dowodem na wysoki standard życia lokalsów? Ano choćby to, że w swoich chatach o powierzchni przeciętnej portierni mają telewizory i odtwarzacze DVD. Na bogato! Do najbardziej kuriozalnego wniosku Cejrowski dochodzi w momencie, gdy na jednej z uliczek natrafia na kociaka, umaszczonego w deseń kotów syjamskich. No teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości, jak dobrze się żyje w faveli, skoro rasowe zwierzaki biegają tu samopas! W chwili poważniejszej refleksji gospodarz programu przyznaje jednak, że przeciętna długość życia miejscowych jest o dwadzieścia lat krótsza od średniej krajowej, ale i na to znajduje wytłumaczenie. Otóż jest to wina młodych, którzy pchają się w szemrane towarzystwo, kończą z nożem między żebrami i zaniżają dane. Per saldo – przekonuje Cejrowski – żyje się tu wcale nie krócej niż w górniczych miasteczkach Górnego Śląska.

Cejrowski wskazuje na jeszcze jeden czynnik sprawiający, że egzystencja w getcie jest tak naprawdę ciut bardziej ekonomiczną wersją karnawału. Rezolutni tubylcy nie płacą bowiem podatków, czerpią prąd na lewo, a swoje domki stawiają z szabrowanych materiałów. Nie do końca wiadomo, jak uznanie dla tej formy zaradności ma się do chrześcijańskiej etyki, z którą tak lubi obnosić się podróżnik, ale to nie jedyny dysonans poznawczy, jaki funduje nam w swoich programach.

Formułowanie daleko idących wniosków przychodzi Cejrowskiemu z dużą łatwością. Jest wszak ekspertem od wszystkiego, a przy tym praktykiem, gardzącym wszelkim, przeżartym lewactwem akademizmem. Wiadomo o nim, że studiował aktorstwo, historię sztuki i socjologię, ale najwidoczniej nie dość gorliwie. Dopiero w słusznym wieku 46 lat zdołał obronić licencjat z socjologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Uczelni – dodajmy – która nie ma problemów z legitymizowaniem rojeń antyszczepionkowców.

Z pewnością nie zraża to samego Cejrowskiego, który sam deklaruje sceptycyzm wobec skuteczności wakcynacji. Nie bez powodu zresztą stał się guru zwolenników teorii spiskowych. Wymieńcie jakikolwiek fakultet współczesnej pseudonauki, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest jego gorliwym promotorem. Usilnie lansuje wszak pogląd, że teoria ewolucji jest herezją, kwestionuje zmiany klimatyczne, by jednocześnie cieszyć się z topniejących lodowców, bo ludzie będą mogli sadzić pomidory na Grenlandii, a przeludnienie to kolejny mit upowszechniany przez jajogłowych. Demistyfikacji tego ostatniego podejmuje się zabierając widza na etiopską równinę. Tyle lebensraumu się marnuje... Nic tylko go zaludnić i czynić poddanym jak naucza Pismo:„idźcie zatem i zaludniajcie Ziemię".

Cóż, ludzie nauki mają zgoła inny pogląd, by wspomnieć choćby czcigodnego Davida Attenborough, ale dla bosonogiego wędrownika są to oczywiście tylko androny wykształciuchów. Oni mogą mieć swoje szkiełko i oko, ale Cejrowski jest silniejszy, bo uzbrojony w Słowo Boże i spory magazyn straw manów. Do tego dorzućmy konfidencjonalnie rzucaną uwagę o „wrogiej propagandzie" i już wiemy, że Sir David i jego konfraternia to ludzie wrażych sił.


Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska


Próbowałem o metodach i kompetencjach Cejrowskiego porozmawiać z ekspertami - etnologami i reportażystami. Nie znalazłem chętnych – potencjalni rozmówcy uznali, że nawet krytykując „podróżnika z telewizora", zapewniają mu nieuzasadniony rozgłos. Pracownik cenionego warszawskiego muzeum wyznał nawet, że nie potrafiłby na temat Cejrowskiego powiedzieć niczego cenzuralnego.

Antyscjentyzm Cejrowskiego, jego pyszne obnoszenie się z ignorancją i empiryczną szkołą „na chłopski rozum" to zresztą nieodłączne atrybuty rodzimego rednecka, na którego tenże lansował się już w czasach niesławnego „WC Kwadrans". Nie dziwi więc, że tak bardzo Cejrowskiemu podoba się w Teksasie, gdzie zapewne czułby się jak w niebie, siedząc na werandzie, doglądając rogacizny.

Co ciekawe, równie niewiele szacunku, co nauce, ten zdeklarowany katolik poświęca bliźnim, którzy nie podzielają jego – jak sam by to ujął – ciemnogrodzkiej wizji świata. Swego czasu sporo kontrowersji wywołał jego program poświęcony buddyzmowi.

Rodzimy podróżnik potraktował tybetański bądź tajski folklor, jakby naprawdę był przekonany o realności zamieszkanych przez niego demonów. Z premedytacją pomijając filozoficzny aspekt buddyzmu, skupił się na jego peryferyjnych, religijnych wątkach, ostrzegając przy tym ze śmiertelną powagą, że z dymu kadzidełek palonych na ołtarzyku gdzieś w Tajlandii gotów jest naprawdę wyskoczyć jakiś diaboliczny orientalny bobołak.

„Swoje podróże naprawdę przeżywam. Wracam zmęczony fizycznie i psychicznie, dlatego staram się, żeby w tym co piszę, był jakiś ślad przeżywania, ponieważ podróż to zwiad w stronę innych kultur i cywilizacji. Próba zrozumienia zachowań, postaw innych ludzi, którzy wyznają inne wartości, których musimy poznać, jeżeli chcemy zrozumieć świat, w którym żyjemy". Nie, tych słów nie wygłosił Wojciech Cejrowski. To cytat z Ryszarda Kapuścińskiego. I w nim też zasadza się zasadnicza różnica między cesarzem reportażu a kowbojem z WC Kwadrat.