Varials

Pracowałem w knajpie szefa poznańskiej mafii

„Bardzo często przy obsłudze poruszane były tematy narkotyków, pobić, porachunków i całego tego syfu. Nie wiem, czy byli oni tak bezkarni, że nie bali się mówić o wszystkim na głos, czy byli takimi półgłówkami, że nie brali pod uwagę wsypu”

tekst Szymon Duch*
24 Luty 2016, 2:15am


Ilustracje: Ella de Souza

„Tutaj dowiesz się wszystkiego o hazardzie, prostytucji, pobiciach, wymuszeniach, wszystko" – deklamuje mój szef Józef, wpatrując się w jednorękiego bandytę i taksując jednocześnie wzrokiem okienka z pojawiającymi się wynikami losowania. Wisienka, wisienka, wisienka i truskawka. Dłoń potężna jak bochenek chleba przypieprza ze złością w bok maszyny, urządzenie drży nie pierwszy raz tej nocy, a właściwie już poranka. Jest 5 rano. Od godziny 18 poprzedniego dnia jestem stale na nogach, z sekundowymi przerwami, kiedy to kitrając się w kiblu dawałem sobie chwilę odpocząć. Już wiem, że żadnej wypłaty nie dostanę, podobnie jak cała reszta kelnerów i barmanów, ale zdecydowałem też, że to mój ostatni dzień. Tip bywał niezły, więc postanowiłem pociągnąć jeszcze te parę dni, żeby uzbierać pełny budżet na wakacje i już nigdy nie postawić nogi w tym pierdolniku.

Józef jest przed pięćdziesiątką, ma ponad 185 cm wzrostu, twarz, jak i budowę ciała podobną do goryla. Krótkie nogi, ogromne barki, mały ale wyraźnie zaokrąglony brzuch. Ciemne małe oczy, z których wieje pustką i obojętnością. Puste i pełne obojętności jest wszystko, co robi Józef, a właściwie „Matador"*, bo tak znany jest w lokalnym półświatku przestępczym. Jest rok 2007, właśnie skończyłem liceum i napisałem maturę, czasem śmigam na BMX-ie, trzy miesiące wcześniej zerwała ze mną pierwsza dziewczyna – co przebolałem w iście nastoletnim stylu, deklarując swoje załamanie opisami na GG z linkami do smutnej muzyki. Absolutnie nie mam pojęcia, w co zaraz się wpieprzę.

Restauracja Jangcy* usytuowana jest na miejskim rynku. Jest czerwiec, więc ogródki piwne działają pełną parą. Gdzieniegdzie widać świeżo upieczonych maturzystów takich jak ja, którzy przemykają ze swoimi żałosnymi CV-łkami od knajpy do knajpy. Wchodzę do środka, oczywiście z mojego naprędce konstruowanego życiorysu wynika, że posiadam bardzo bogate doświadczenie z zakresu sztuki kelnerskiej i nic mnie tak nie jara, jak chodzenie z talerzami. Knajpa jest pełna klientów, nic specjalnego, parę bambusowych kijów i sztuczne liście tej rośliny oplatające fotele. Ściany poobwieszane niby chińskim rękodziełem, wyprodukowanym pewnie pod Radomiem. Poza tandetnym wystrojem widać, że w miejsce włożono trochę grosza. Józef stoi przy barze, dla niewprawnego oka wygląda jak zapracowany przedsiębiorca, prawdziwy gastro-organicznik uwięziony między pilnowaniem dostaw i uprzejmym witaniem gości. Kto wie, może przy okazji jest nawet miłym tatusiem i troskliwym mężem?

Dobrze ubrana para w średnim wieku zamawia tiramisu na deser. „Nie mamy takiej pozycji w karcie" – odpowiadam. Znikąd przy stoliku pojawia się szef, ze złożonymi rękoma, grzeczny i elokwentny jak kamerdyner królowej. „Niech się państwo nie martwią, zaraz przyniesiemy tiramisu specjalnie dla państwa z naszego drugiego lokalu. Kolego, idź do La Fortuny* [drugiej knajpy właściciela] i poproś o tiramisu, jak się pośpieszysz dostaniesz premie extra". Idę przez zatłoczony stary rynek wchodzę do La Fortuny. Wnętrze jak w pałacu dożów, wszystkie 50 stolików w pełni zastawione i gotowe na przybycie klientów, ale w środku pustka, oprócz kucharza siedzącego przy jednym ze stołów, który sączy whiskey i czyta gazetę. La Fortuna ma dziennie 3-5 klientów, każdy z nich je za minimum paręset złotych. To nie jest knajpa, która na siebie zarabia – ona ma robić wrażenie na partnerach biznesowych ojca „Matadora", biznesmena dobrze znanego w mieście. Czasem są tam zapraszane pierwszoligowe gangusy, które przyjeżdżają tu z Warszawy po swój procent z gier hazardowych. Zaraz po eleganckiej kolacji złożonej z homara lub grasicy wołowej, gangusy popijają sobie na kolację najdroższą whisky w mieście. Później panowie pójdą sobie na kurwy czekające na nich w Jangcy, będą drzeć mordy i podrygiwać w takt disco polo.


W świecie tatuaży radzieckiej recydywy


Moje tiramisu już czeka bardzo szczelnie i starannie zapakowane. Zanoszę je do kuchni i proszę o rozdzielenie oraz przystrojenie dwóch porcji, kucharz spogląda się na mnie i uśmiecha, opakowanie z tiramisu zostaje nieruszone. Przychodzi Józef, klepie mnie po ramieniu i zwraca uwagę, żebym sprzątnął pusty już stolik, który zamawiał tiramisu. Okazuje się, że dostałem ponad 150 zł napiwku. Józef podchodzi, na chwilę kładzie mi swoją zajebiście wielką dłoń na ramieniu, schyla się i spogląda mi trochę w oczy, trochę na kształtną kobietę za moimi plecami. „Jak się będziesz tak sprawował kolego, to będziesz dostawał fuchy" – mówi. Później dowiem od kucharza się, że niczym prawdziwy debil przespacerowałem się jako muł przez rynek, z opakowaniem tiramisu z bardzo drogą wkładką. Nie miałem wtedy wiedzy z zakresu rozróżniania narkotyków, ale uwierz, że później na tej zmianie, o 5 rano, po 12 godzinach pracy bez przerwy, każdy biały proszek (i rzygi) ściera się z taką samą obojętnością i zmęczeniem.

„W dużym salonie leży parę nieprzytomnych nagich kobiet, wszędzie walają się butelki, homary i chyba fragmenty pieczonej świni. Józef klęczy nagi i szczerzy się do obiektywu, a jedna z kobiet trzyma jego członka w ustach"

Jest coś pomiędzy 4 a 5 rano, pierwsi żule nurkują w fontannie po drobne, pracownicy oczyszczania miejskiej przestrzeni zgarniają z kocich łbów resztki kebabów i butelek. Kelnerzy wszystkich okolicznych knajp domykają na łańcuchy stoliki na piwnych ogródkach, ale nie w Jangcy, tutaj impreza trwa. Pięć znudzonych nagich prostytutek siedzi w środku przy stolikach, koks porozpierdalany jest na całej przestrzeni knajpy. Józef i jego karki męczą jednorękiego bandytę od paru godzin, a wszystkiemu akompaniuje puszczana na plazmie VIVA Polska.

Siedzę znudzony przed knajpą i czekam, aż szef i jego kolesie zapłacą prostytutkom i łaskawie zabiorą się do domów spać, żebym mógł zamknąć ten cyrk. Nie stanie się to dość szybko, bo przejebali dzisiejszej nocy już parę klocków i liczą, że wygrają wypłaty dla pań – właśnie na bandycie. Józef wie, że to ekskluzywne profesjonalistki pracujące dla jednej z ważniejszych postaci w mieście, więc jego klasyczny damski boks i „wypierdalaj kurwo" byłyby zupełnie nie na miejscu. Jakby tego było mało, szef wystukał się tak z hajsu, że pożyczył ode mnie stówkę, którą miałem z tipa, więc też czekam, aż coś wygra, bo jutro będzie zresetowany i nigdy nie odzyskam swoich pieniędzy. Jednoręki bandyta wydaje jakąś monofoniczną melodię i sypią się piątaki. Józef nie odliczając, daje mi garść monet, na oko 200 zł, wisiał mi 100 –nieliczny profit kolejnej zjebanej nocy.

Stary gangus jest w szampańskim nastroju i coś mu się przypomina. „Znasz się na komputerach?" – pyta. „Tyle, co każdy" – odpowiadam. „Choć mi pomożesz, bystry jesteś, bo te barany nic kurwa nie umieją" – wskazując na swoich przydupasów (powiedzieć „żołnierzy" byłoby przesadą). Typowe dla niego: jesteś partnerem do rozmowy wtedy, kiedy masz coś zrobić. Idziemy na piętro, prostytutki delikatnie zsuwają się w błogim śnie po oparciach czerwonych foteli.

W jednej z nieurządzonych sal na piętrze, pomiędzy stertą obitych czerwonym suknem foteli, krzeseł i stołów, stoi stary PC. Józef prosi, żebym przegrał mu z aparatu na komputer zdjęcia z jego urodzin i wysłał komuś mailem. Siedzi obok mnie, niczym mały chłopiec, który chce pochwalić się przed ojcem – jest pobudzony i podjarany tym, co mam zaraz zobaczyć. Przegrywam pliki. Gdy wybieram opcję „kopiuj" jego ciemne oczy świdrują między monitorem a moim spojrzeniem. Jest niezwykle zainteresowany całą operacją. Widzę paręnaście zdjęć, na których w dużym salonie leży parę nieprzytomnych nagich kobiet, wszędzie walają się butelki, homary i chyba fragmenty pieczonej świni. Józef klęczy nagi i szczerzy się do obiektywu, a jedna z kobiet trzyma jego członka w ustach. Podobny klimat powtarza się na wszystkich parunastu zdjęciach, gdzie występują inni mężczyźni, trójkąty, detale na męskie członki, uśmiechnięta twarz kobiety z podbitym okiem i to zdjęcie, które najbardziej zapadło mi w pamięć: Józef stoi nagi z kolegą, patrzą w obiektyw, obaj szczerzą w zachwycie. Dwie kobiety uprawiają z nimi seks oralny, Józef trzyma duży udziec, prawdopodobnie świński, jego kolega ma w rękach karabin kałasznikow. Przenoszę zdjęcia do maila, nie mówię nic, Józef podśmiechuje się i mówi „impreza była, moje urodziny". Uśmiecham się tylko delikatnie i potwierdzam na znak, że wszystko rozumiem. „Na jaki adres mailowy wysłać zdjęcia?" - pytam. Józef – o dziwo! – delikatnie przysuwa się do monitora, kładzie spuchnięte palce na klawiaturze i pisze „a.krogolmałpawupe.pl"*, po czym wychodzi.


Przeczytaj, jak funkcjonarusze komunistycznej Milicji stali się gangsterami


Patrycja miała 18 lat, była brunetką z włosami do ramion, z ciałem modelki i trochę krzywymi zębami. Dziewczyna, mimo intelektu trochę bardziej rozgarniętej dresiary, była w porządku. Jako pierwsza zauważyła, że chyba nikt z nas nie zobaczy już grosza i bardzo śmiało dzieliła się swoimi obawami z szefem. Za każdym razem, gdy zaczynała być agresywna i upominać się przy klientach o pieniądze, Józef zabierał ją na piętro i znikali na jakieś pół godziny. To było tak boleśnie oczywiste, wracała potargana i wyluzowana, wszyscy słyszeli, że grzmociła się z szefem i jak się później dowiedziałem, dostawała jakiś ekwiwalent wypłaty. Zawsze po prywatnych audiencjach zapominała o całej finansowej niesprawiedliwości. Była to jedna z niewielu kobiet, które Józef obdarowywał jakimś tam względnym szacunkiem, a nie pięścią. Czasem po prostu kogoś sobie upatrywał i nie wiedzieć czemu był w porządku, poza paroma wybuchami agresji, które ograniczały się do bluzgów i poszturchiwań. Jego słabość do niektórych ludzi, nie przeszkadzała mu jednak w gwałtach na kelnerkach lub rozbijaniu głowy swojej kochanki o maskę taksówki, co zawsze stanowiło temat rozmów obsługi. Bardziej kumate dziewczyny, jak Patrycja, zwalniały się po miesiącu-dwóch – gdy przechwycił ją jakiś obleśny koleżka Józefa, który dzielił z nim interesy, ale nie zawsze podzielał podejście do kobiet. Patrycja i jej podobne lądowały jako kierowniczki albo szefowe barów w innych knajpach. Wiedziały, czego chciały i nie miały zbyt dużo wstydu. Proste? Proste.

„Szef niejednokrotnie żalił się w lokalnej prasie, jak to wykańczają go czynsze"

Kiedyś na pomoc kuchenną przyszedł Karol*, rubaszny chłopaczek z małego miasteczka, prosty jak drut, ale bardzo dobroduszny. Pierwszy raz na dłużej mieszkał poza swoim rodzinnym domem. Karol raz zasiedział się na przerwie w knajpie obok, bo leciał jakiś ważny mecz. Gdy wrócił szef wraz ze swoim nadwornym karkiem Robertem*, wytargali go siłą z kuchni i przy całej klienteli obili jak psa. Oczywiście dość umiejętnie, bez zostawiania śladów na twarzy. Pierwszy raz byłem świadkiem takiej sytuacji i nie miałem kompletnie pojęcia jak się zachować – nie stanąłem w jego obronie ani ja, ani klienci, ani kuchnia, ani nikt inny. Karol przeprosił szefa i wrócił do pracy. „Zgłoś to, spieprzaj stąd, cokolwiek" – sugerowałem z prawdziwą troską, na jaką było mnie stać po szkodzie. „Chcę mieć plecy, on wszystkich zna, taki jest to nic, a ja nikogo nie znam, to się przyda, jak zobaczy, że jestem w porządku. Zresztą szef policji to tu piję kawę na koszt firmy parę razy w tygodniu, więc gdzie mam niby zgłosić, raz-dwa mu przekażą" – odpowiada. Józefa nie tylko nie tykała policja, ale też urząd miejski, któremu zalegał z czynszem grubych paręset tysięcy złotych – niestety jakoś im to umknęło, a szef niejednokrotnie żalił się w lokalnej prasie, jak to wykańczają go czynsze.


Zobacz nasz dokument o związkach skrajnej prawicy z japońską mafią:


Z perspektywy czasu uświadamiam sobie, że pomimo jego paru ostrych wybuchów agresji nigdy nie zostałem uderzony przez szefa. Rzecz jasna to dzieło przypadku, że akurat w tych momentach byli z nim jego bardziej kumaci koleżkowie, którzy nie widzieli większego sensu w obijaniu Bogu ducha winnego kelnera. Jednak najbardziej zaskakiwały mnie momenty, kiedy szef potrafił wydrzeć na mnie mordę, a po paru minutach podejść i przeprosić. Czasem nawet wytłumaczyć podstawę swojego zachowania i jeszcze pochwalić mnie lub słownie obronić przed kpiącymi ze mnie kolesiami. Dziś wiem, że był dosłownie chory na głowę, a do tego doskonale manipulował ludźmi. Dołóż do tego narkotyki, brutalność i brak jakichkolwiek zasad, elo. Przez knajpę przetaczała się taka parada cudaków, że do dziś umiem ich klasyfikować i rozpoznawać na ulicy. Zawodowi złodzieje jak Jarek*, niepozorny koleś po czterdziestce, który żył z wyjebki markowych ciuchów. Średnio raz na tydzień przychodził ze sportową torbą i przykładał bez pytania do wszystkich np. świeżo skradzione marynarki Hugo Bossa, informując, że „swietnie leży, miły mój, osiem stówek, ale dla ciebie dwie, jest twoja, chcesz?".

Wpadał też Król Cyganów, herszt miejscowego półświatka w świecie Romów. 150 kg mięsa w łańcuchach, ortalionach i kowbojskim kapeluszu, prawie 190 cm wzrostu. Obok niego, zawsze 4-7 chłopaczków, między 12 a 17 rokiem życia. Kilo żelu na głowach, polo Lacoste (pewnie od Jarka) rozbiegane oczy, macali wszystko, co miało biust. Każdy trzy głowy niższy od króla, pałętali się jak pchły pomiędzy nim, stękając „tata, daj na kurwę", „ty chłopak daj mi kolę". Czasem wpadały też obciachowe gwiazdy pop i pseudocelebryci, którzy wyrośli z żałosnej mody na reality show z początków XXI wieku. Wszyscy oni szczycili się znajomościami z tym miejscem, jak i tymi ludźmi. Przestałem się nad tym głębiej zastanawiać i dziwić – wszystkie rzygowiny sprząta się tak samo, a chciałem już jechać na wakacje.

„Dziś restauracje Jangcy i La Fortuna nie istnieją, bo Józef siedzi za pobicie i próbę gwałtu"

Trwała jedna z długich nocy szefa przy jednorękim bandycie, ruch był żaden i w końcu mogłem usiąść przy barze. Zaraz obok dosiadł się Domino*, łysy mężczyzna w skórzanej kurtce, kościsty jak śmierć z tzw. szczurzą twarzą. Był w sumie nawet grzeczny, postawił mi swoją ulubioną wódkę z sokiem porzeczkowym, która do dziś jakoś mi dziwnie smakuje. Okazaliśmy się imiennikami i rozpoczęliśmy luźną miłą pogawędkę. Szef radośnie napierdalał w „bandytę", kiedy jedna z jego dwóch partnerek, Serena (z którą miał dzieci) poszła się na górę do sali z komputerem grzmocić się z jakimś młodzieńcem poznanym przy barze. Do knajpy zawitała właśnie wesoła brygada, która kłóciła się o to, który z nich zostawił towar na parapecie. Niestety towar pod wpływem słońca zamienił się w plastelinę. Nie pamiętam, czy chodziło o pochodną do produkcji, czy gotowy produkt, pamiętam tylko nagłą ciszę i spojrzenie w moją stronę i drugiej kelnerki. „Ty, wy tylko cicho, nie? Nic nie wiecie". Szef zaaprobował wartość naszych uszu i dyskusja rozpoczęła się na nowo. Miałem ten towar w nosie i Patrycja też – kolejny piąteczek, chciałoby się powiedzieć. Do dziś zastanawia mnie jedna rzecz: bardzo często przy obsłudze poruszane były tematy narkotyków, pobić, porachunków i całego tego syfu. Nie wiem, czy byli oni tak bezkarni, że nie bali się mówić o wszystkim na głos, czy byli takimi półgłówkami, że nie brali pod uwagę wsypu. Chyba wszystko naraz.

Domino zaczął opowiadać, że śpi w najlepszych hotelach, żyje na maksa, bo nie wie, ile mu zostało. Trochę się nawalił i zaczął psioczyć na szefa, mówiąc, że Józef nie ma u nikogo szacunku na mieście, bo wszystko załatwia za niego bogaty ojciec biznesmen. Domino powtarzał, że może go zajebać w każdej chwili. Z tego wszystkiego zza pazuchy wypadł mu mały toporek z rękojeścią kastetu i plik banknotów. Gdy schylał się po swoje fanty, dostrzegłem przy jego pasku nóż z podobną fantazyjną rękojeścią. Domino dopił wódkę i powiedział, że wraca na robotę. Tak zakończyła się jedna z wielu długich nocy i wyczerpujących poranków, które zaczynały mi być coraz bardziej obojętne.


Opowieści z granic prawa. Polub fanpage VICE Polska


Jeśli będziesz szukał swojej pierwszej gównianej roboty po maturze, to niezależnie w którym większym mieście mieszkasz, wierz lub nie, ale prawie wszystkie przyrynkowe knajpy płacą haracz takim ludziom. Możesz też mieć szczęście i trafić do kwatery głównej takiej jak Jangcy. Czeka cię moc atrakcji.

Dziś restauracje Jangcy i La Fortuna nie istnieją, bo Józef siedzi za pobicie i próbę gwałtu. Knajpy znowu zmieniają nazwy i wystrój, ale nie miej złudzeń, zawsze prowadzą je ci sami ludzie. Widuję ich czasem na ulicy, przybijają sobie piątki, parkują swoje żółte hummery na niedozwolonych miejscach i śmieją ci się w twarz. Niedługo znów pojawią się ogłoszenia „Kelnera/kę zatrudnię, studenta/kę od zaraz".

* Personalne informacje o autorze i części bohaterów oraz nazwy miejsc zostały zmienione