Kto nienawidzi kociej kawiarni w Krakowie?

Rozmawiamy z właścielką pierwszej w Polsce kociej kawiarni, a koci behawiorysta tłumaczy, czy kotki czują się tam dobrze

|
02 lutego 2016, 12:14pm

Z archiwum Ewy Jemioło

Jeśliby wierzyć obiegowej opinii, to większość Internetu wypełniona jest przez pornografię i koty (czasem też mamy do czynienia z kotami w porno). Nie dziwi mnie zupełnie pokaźna ilość klubów ze striptizem w centrach dużych miast – natomiast trudno mi pojąć, dlaczego w Polsce tak trudno natknąć się na lokal z kotami. Czyż nie jest to co najmniej niepoprawne politycznie?

Posłuchaj „Meow the Jewels", pierwszego rapsowego projektu z kotkami

Na szczęście tę dysproporcję postanowiła ograniczyć pani Ewa Jemioło, która równe pół roku temu otworzyła pierwszą w Polsce kawiarnię z kotami o wdzięcznej nazwie Kocia Kawiarnia Kociarnia. Praktycznie od samego początku jej przedsięwzięcie zalała fala hejtu i pomówień. Postanowiliśmy osobiście sprawdzić, czy pani Ewa naprawdę wyzyskuje swoich pracowników, a jej kawiarniane koty trzymane są w skandalicznych warunkach.

VICE: Jak narodził się pomysł na stworzenie kociej kawiarni?
Ewa Jemioło: W pewnym momencie mojego życia postanowiłam, że muszę coś zmienić. Skończyłam 40 lat, pracowałam w korporacji i wtedy też zaczęłam szukać nowego zajęcia. I tak nagle trafiłam na informację o kocich kawiarniach. Na początku wydawało się to zupełnie nierealne w polskich warunkach, lecz gdy dowiedziałam się, że podobne miejsca istnieją już np. w Budapeszcie czy Wilnie, to stwierdziłam, że warto zainteresować się tematem. Później konsultacje z prawnikami, sanepidem i wybór miejsca. Choć wówczas mieszkałam w Łodzi (a dziś spędzam tam połowę tygodnia ze względu na rodzinę), to zdecydowałam, że takie przedsięwzięcie może się rozwijać wyłącznie w turystycznym, studenckim Krakowie, gdzie niestety problemy pojawiły się już przy wybieraniu miejsca na kawiarnię.

No właśnie, lokal jest oddalony od odbleganego Rynku o ponad kilometr.
Tak wyszło. A wybór był dość trudny. Na początku myślałam o Kazimierzu, jednak ta dzielnica żyje swoim nocnym, studenckim życiem i nie byłyby to najlepsze warunki dla kotów. Później byłam bliska wynajęcia lokalu na Powiślu, lecz ceny okazały się zbyt duże. Gdy już udało się namierzyć dobre miejsce, to znów właściciel lub mieszkańcy wyrażali sprzeciw. Ostatecznie wybrałam lokal przy Krowoderskiej 48, gdzie teraz się znajdujemy. Na powierzchni 100 metrów kwadratowych mamy cztery pokoje i w każdym jest dostęp do światła. Oczywiście od początku ten lokal nie wyglądał tak jak dziś. Przystosowanie go do potrzeb kociej kawiarni było ogromnym wyzwaniem i pochłonęło największą część naszych funduszy. Samo doprowadzanie wody do „kuwetowni" (czyli zamkniętego pomieszczenia dla kotów, gdzie zawsze mogą znaleźć poczucie pełnej prywatności) wiązało się z kuciem tych starych murów, żmudnymi i skomplikowanymi pracami budowlanymi.

Jak powstało wnętrze?
Ten pomysł ewoluował dość długo. Na samym początku chciałam wprowadzić tu klimat z mojego własnego domu, czyli fotele, poduszki, kocyki i przymilające się kotki, lecz okazało się, że młodzi ludzie – którzy głównie odwiedzają takie miejsca – mają zupełnie inne wyobrażenie o takim lokalu – surowe, proste wnętrze, gdzie jest dużo miejsca do siedzenia i raczej bez większych wygód. Zatem idąc za tymi dwoma pomysłami jedna sala odpowiada bardziej mojemu wyobrażeniu, a druga to bardziej część „bawialna", gdzie można usiąść, „zejść na poziom kota" i się z nim pobawić.

Fundacja Otwarte Klatki walczy o prawa zwierząt. Przeczytaj nasz wywiad

A w jaki sposób trafiają tutaj koty?
Ta sprawa jest bardziej skomplikowana. Koty nie są zwierzętami stadnymi i nie każdy może się zaadaptować w takim miejscu jak to. Od początku nie wyobrażałam sobie sytuacji, że bierzemy kota ze schroniska, a on się tu źle czuje i później oddajemy go z powrotem. Zatem trafiają tu koty, które zostały gdzieś znalezione; których właściciele umarli lub byli zmuszeni do oddania zwierzęcia. Czyli trafiają tu zwierzęta, które nie mają swojego domu i nie zostały jeszcze oddane do schroniska.

Pomagacie zwierzętom w inny sposób?
Oprócz kociej kawiarni działa tu również fundacja Kocia Akademia. W zamyśle miało to być przedsięwzięcie promujące pewne wartości oraz wiedzę o kotach. Zanim zaadoptowaliśmy komplet kotków (obecnie jest ich szóstka), przyjęliśmy ich czternaścioro, zaopiekowaliśmy się nimi, wyleczyliśmy, wysterylizowaliśmy i część z nich została z nami, część została przygarnięta przez innych ludzi. Żeby kot z nami pozostał, po pierwsze musi lubić inne koty, musi być częściowo obojętny na ludzi, nie może go takie otoczenie stresować. Niestety tylko takie koty mogą u nas zamieszkać. Natomiast często ludzie się do nas zgłaszają i mówią np. że właściciel zmarł i osierocił kilka kociąt – wówczas zawsze staramy się pomóc, zamieszczamy ogłoszenie, promujemy adopcję, także leczymy je i pomagamy im dojść do zdrowia, gdy mają z tym jakieś problemy.

Mówiła pani również o edukacyjnej roli fundacji.
Tak, edukacja jest dla nas również ważnym przedsięwzięciem. Raz w miesiącu przyjeżdża tu pani behawiorystka i ma swoje wykłady. Teraz mamy ferie, podczas których będziemy organizować zajęcia dla dzieci, na który maluchy będą się mogły trochę dowiedzieć o kotach, dowiedzieć jak z nimi postępować, również będą mogły nauczyć się robić dla nich zabawki. Odbywają się też tutaj slajdowiska podróżnicze i odczyty poezji. Chcę żeby ta kawiarnia stała się nie tylko dobrze prosperującym komercyjnym przedsięwzięciem, lecz przede wszystkim miejscem z przesłaniem.

No i chyba to się udaje. A jak było wcześniej? Pojawiały się kryzysy, zwątpienia? Bo chyba nie jest pani doświadczona w „pracy z kotem"?
Rzeczywiście. Sama zawodowo niewiele mam wspólnego ze zwierzętami, jestem handlowcem – jednak kotami zajmowałam się zawsze i oczywiście bardzo je kocham. Problemy pojawiały się od samego początku. I szczerze, gdyby to nie było tak głośne i angażujące tyle osób przedsięwzięcie, to dałabym sobie spokój. Na początku naprawdę nie podołałam psychicznie.

Fala hejtu?
Chyba jak wszędzie w dzisiejszych czasach... Kociarnia to pierwsze miejscem tego typu w Polsce i przez to zainteresowanie hejterów było ogromne – choć naprawdę się starałam, żeby tego uniknąć. Spędziłam dziesiątki godzin na rozmowach z behawiorystami, na konsultacjach z osobami prowadzącymi takie lokale w innych częściach świata, zbierałam informacje, kontakty, naprawdę byłam przygotowana do rozpoczęcia takiej działalności i świadoma wszystkich trudności. Jednak nikt mnie nie uprzedził, że największym problemem będzie „środowisko prozwierzęce".

Naprawdę, obrońcy praw zwierząt mieli z tym problemy?
Niestety. Ja nie jestem z Krakowa, nie wiedziałam, jak wygląda tu podejście pewnych zaangażowanych środowisk do tego typu miejsc i choć fundacja ze wszystkimi jej szczytnymi założeniami działała od samego początku, to i tak fala hejtu, która spadał na nas ze strony tych środowisk była ogromna... Po prostu emocjonalnie mnie to przerosło. Pojawiły się pomówienia, zrobiono ze mnie wyzyskiwacza. A naprawdę każdy, kto tu pracuje, jest zatrudniony na umowę. Choć mamy stała opiekę bardzo dobrej behawiorystki i weterynarza, to i tak zarzucano nam, że męczymy tu koty... Jednak po jakimś czasie ludzie – którzy tutaj rzeczywiście przychodzili i widzieli, jak to naprawdę wygląda – zaczęli brać nas w obronę i hejt się zmniejszył. Prócz tego wspierali mnie bardzo pracownicy, którzy codziennie tu są, karmią te koty, opiekują się nimi i traktują je jak swoje.

Jakie ma pani plany na przyszłość? Rozbudowa kawiarni? Stworzenie sieci?
Możliwe, że będziemy chcieli zrobić jeszcze ogródek za ścianą, bo jest taka możliwość. Ale to sprawa do przemyślenia. Jest wiele za i przeciw. Jednak z pewnością nie chcę tworzyć żadnej sieciówki. Po prostu czułabym się źle, gdybym musiała komuś innemu oddać opiekę nad tym przedsięwzięciem. Teraz, gdy sama mogę się opiekować naszymi zwierzętami, kiedy widzę je przez cztery dni w tygodniu i mogę się w stu procentach skupić na kawiarni oraz fundacji, to wówczas mnie to satysfakcjonuje. Nic nie przekona mnie do zrobienia z tego bezrefleksyjnej machiny do zarabiania pieniędzy i chcę żeby fundacja oraz kawiarnia funkcjonowały zawsze na takich samych zasadach jak dziś.

Po naszych odwiedzinach w „Kociej Kawiarni" mieliśmy raczej pozytywne odczucia. Jednak fala hejtu, która została skierowana na lokal przy Krowoderskiej chyba nie mogła się przecież wziąć z niczego? Zatem skonsultowaliśmy tę kwestię również z panią Agatą Kokocińską – etologiem, behawiorystą i zoopsychologiem z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt Polskiej Akademii Nauk w Jastrzębcu.

VICE: Czy warunki, które panują w kociej kawiarni mogą zaszkodzić zdrowiu kota?
Jeśli kot byłyby np. lękliwy, to nie byłoby to dla niego dobre otoczenie. Natomiast jeśli kot jest zrównoważony psychicznie i towarzyski, to nie widzę żadnych przeciwwskazań.

Czyli kot rzeczywiście może czuć się dobrze w takim miejscu?
Czy takie warunki są dla kota właściwe, to sprawa uzależniona tylko od psychiki konkretnego osobnika. Dla jednego kota takie kawiarniane otoczenie będzie wskazane, a dla drugiego nie. Zwróćmy uwagę na to, że koty radzą sobie świetnie również na wolności, na ulicy i też potrafią wówczas lgnąć do człowieka, gdy tylko go wypatrzą. Zatem istotna w przypadku takiej kawiarni jest współpraca z behawiorystą, który wskaże, który osobnik będzie dobrze czuł się w określonym otoczeniu. Ważne też jest, by kot zawsze miał miejsce, w którym może się schować, gdzie może uciec i odizolować od człowieka. Zatem jeśli w tej kawiarni funkcjonuje takie miejsce jak „kuwetownia", to wówczas kot nie jest narażony na niepotrzebny stres.

A czy sama wybrałby się pani do takiej kawiarni?
Myślę, że tak. Ogólnie podoba mi się każda działalność, która ma pomóc w poszukiwaniu domu dla zwierzęcia. Zauważmy, iż ludzie adoptują zwierzęta nie tylko ze schronisk. Często jest tak, że ktoś przypadkiem natrafia na zwierzę, w którym „zakochuje się od pierwszego wejrzenia" i przyjmuje je na stałe. Więc warto pamiętać również o tym fakcie, oceniając tego typu miejsca.

Więcej VICE
Kanały VICE