FYI.

This story is over 5 years old.

Newsy

„Pieszy ma się bać samochodów” – mówi senator, który nie chciał przywilejów dla pieszych

„Przedstawia się nas jako tych, przez których będą ginąć ludzie – ale jestem przekonany, że gdyby nie to weto, byłoby więcej śmiertelnych potrąceń"
12.10.15

Kilka dni temu na posiedzeniu Senatu odrzucono nowelizację ustawy o ruchu drogowym, która zmniejszałaby uprzywilejowanie samochodów na drogach. Chodziło o małe rzeczy, takie jak przekazanie pierwszeństwa pieszemu w momencie, kiedy oczekuje na przejściu, a nie znajduje się już bezpośrednio na nim. Organizacje miejskie, takie jak warszawskie Miasto Jest Nasze oprotestowały wyrzucenie ustawy do śmietnika. „Polska jest jedynym kraje UE gdzie liczba ofiar śmiertelnych potrąceń wynosi ponad tysiąc osób rocznie! Jeśli ustawa była wadliwa senat mógł ją poprawić. Łatwiej oczywiście wyrzucić całą ustawę do śmieci niż tworzyć dobre przepisy. Wstyd!" – napisali na swojej stronie.

Aleksander Pociej.

Postanowiłem spotkać się z senatorem Aleksandren Pociejem (PO), który osobiście wystosował weto w sprawie nowelizacji ustawy i zapytać go, czym się motywował. Czyżby nienawidził pieszych i uważał, że każda poważna osoba ma samochód? Gardził badaniami mówiącymi o tym, że szersze drogi i uprzywilejowanie ruchu kołowego prowadzą tylko do większego zaczopowania miast? A może miał inną motywację? Ku pewnemu zdziwieniu, nie miałem problemu, by umówić się z senatorem na rozmowę – przyjął mnie w swoim gabinecie zaraz po tym, jak wrócił z wyjazdu.

**VICE: Czy pan senator lubi *spacerować* po Warszawie? To dla pana przyjemność? Czuje się pan bezpiecznie?**
Aleksander Pociej: Mam czwórkę małych dzieci. Chodzimy dużo i oczywiście bardzo się o nie boję. Podstawową rzeczą, którą uczyłem swoje dzieci – gdybym miał takie urządzenie z prądem, to chodziłbym za nimi z prądem – to rozwaga. Czasami, gdy nie jechał akurat samochód, przebiegałem przez ulicę – aby sprawdzić czy instynkt stadny sprawi, że pójdą za mną. Za każdym razem, gdy bezmyślnie wchodziły, to dostawały pstryka w ucho – do momentu, kiedy nauczyły się bać samochodów. Uważam, że kiedy jest zagrożone moje życie, to zasada ograniczonego zaufania do jeżdżących wariatów ratuje życie.

Reklama

Skąd motywacja, by odrzucić tę nowelizację?
W czasie dyskusji pojawiły się argumenty ze strony innych senatorów, jak i przedstawiciela ratownictwa drogowego, które sugerowały, że ustawa pogorszy bezpieczeństwo pieszych. Powiedziano nam, że na pasach nie dochodzi do wypadków, gdy obowiązujące przepisy są stosowane. Do wypadków dochodzi z powodu nadmiernej prędkości, wyprzedzania na pasach albo prowadzenia po alkoholu. Do tego dochodzi rozproszenie, odbieranie telefonu podczas jazdy. Wypadki nie zdarzają się wtedy, kiedy kierowca uważa.

Argumentacja brzmiała tak, że jeśli zdejmiemy z pieszego obowiązek uwagi, obowiązek strachu przed samochodem, to przynajmniej na początku zwiększy się ilość wypadków. Poza tym, z danych opublikowanych kilka dni przed głosowaniem w Dzienniku Gazecie Prawnej wynikało, że po wprowadzeniu oklaskiwanej ustawy, na mocy której zabiera się prawo jazdy osobom przekraczającym prędkość o ponad 50 km/h rzeczywiście zmalała ilość takich przewinień, to o ok. 30% wzrosła ilość drobniejszych przekroczeń prędkości – to nieoczekiwany psychologiczny efekt przesunięcia granicy odpowiedzialności. Trzecia rzecz: rowerzyści. To dobrze, że mogą przejeżdżać przez pasy, ale brak wymogu zwolnienia przed pasami dodatkowo spowodowałby wzrost wypadków.

Senat może wprowadzać poprawki do ustaw. Pan, panie senatorze, wnioskował za wyrzuceniem ustawy do kosza i przekreśleniem całych prac. Dlaczego?
Dlatego, że nie mieliśmy pomysłu, jak ją zmienić. Były tylko dwie możliwości: jedna, w której pieszy jako najczęściej poszkodowany, jest odpowiedzialny za swoje bezpieczeństwo i druga, zwalniająca go z odpowiedzialności. Ja się osobiście mogę mylić – ale kiedy eksperci mówią mi, że wypadki wynikają z rozproszenia, pijaństwa i nieprzestrzegania już istniejących przepisów, to dla nas dodanie do tego faktu, że pieszy może w każdej chwili wejść na pasy, będzie prowadziło do tragedii. Przedstawia się nas jako tych, przez których będą ginąć ludzie – ale jestem przekonany, że gdyby nie to weto, byłoby więcej śmiertelnych potrąceń.

Rondo ONZ w Warszawie. Fot. Gophi.

Aktywiści wskazują, że jedno na pięć śmiertelnych potrąceń w Europie ma miejsce w Polsce. W innych, ewidentnie bezpieczniejszy krajach, do pieszego ma się więcej zaufania.
Ale proszę zobaczyć, na jakiej przestrzeni i przy jakich przepisach wydarzyło się to na Zachodzie. U nas w ciągu 10-15 za sprawą wychowania i lepszego szkolenia kierowców statystyka zmniejszyła się o połowę. Startowaliśmy – jako całe społeczeństwo – z mentalności ruskiej. Już teraz na newralgicznych przejściach stoją spowalniacze, coraz więcej jest stref z ograniczeniem 30 km/h, a przepisy nakładają na kierowce obowiązek zachowania wyjątkowej uwagi, podczas zbliżania się do pasów.

I nie chcemy tego w Polsce kontynuować? Bo Polacy są niedouczeni w porównaniu z Francuzami czy Anglikami?
Proszę mi nie wkładać w usta rzeczy, których nie mówię! Nie sądzę byśmy byli niedouczeni. Ale Polsce ma pan przepis, że nie wolno wyprzedzać na pasach – a bardzo wiele z potrąceń odbywa się właśnie przy takim wyprzedzaniu.

Reklama

Może ta nieuwaga, to przekraczanie prędkości, jazda po pijanemu i łamanie innych przepisów wynikają z tego, że kierowca czuje się panem i władcą na drodze, niewiele myśląc o bezpieczeństwie i potrzebach innych? Może trzeba jednak ograniczać przywileje kierowców na rzecz pieszych?
Kierowcy nie czują się panami. Ja, dojeżdżając do pasów i widząc kogokolwiek stojącego 3-4 metry od pasów, to zwalniam by zobaczyć, czy on przypadkiem nie chce przejść.

I właśnie taki stan rzeczy miała wymuszać nowelizacja, którą pan senator wrzucił do kosza.
Miałem na uwadze to, że jeśli jedzie pijany, to jakiegokolwiek przepisu pan nie postawi, to jest po prostu pijany. I jedzie jak chce. Są doświadczeni kierowcy, którzy zabawiają się telefonami – nie widzą, co jest przed nimi. Są sytuacje losowe, ktoś może zemdleć za kierownicą. Jeżeli na pieszym nie spoczywa obowiązek puszczenia samochodu, to on wejdzie pod koła. Takich sytuacji się baliśmy, przynajmniej w początkowym stadium.

Ale nowelizacja nie zachęcała pieszych do wchodzenia prosto pod maskę. Dlaczego zakładamy, że Polak sam nie potrafi sam ocenić sytuacji? W innych krajach wierzy się się, że nawet przechodząc na czerwonym świetle, pieszy wie co robi. Moją przyjaciółkę w Budapeszcie zszokowało to, że kiedy przechodziła na czerwonym, patrol policji tylko do niej pomachał i się uśmiechnął. Podobny szok przeżywają Polacy jadąc do Francji czy Wlk. Brytanii. Jakoś nie skutkuje to pomorem na drogach.
Ja uważam, że pieszy na czerwonym świetle powinien dostać mandat. Nie mam co do tego żadnej wątpliwości. Kierowca nie może być skupiony przez cały czas.

Chodzi o elementarną uwagę i świadomość, że dojeżdża się do miejsca, gdzie są też inni uczestnicy ruchu.
Moja uwaga mówi, że jak mam zielone światło to mogę jechać. Jak mi wbiegnie dziecko, to muszę hamować. Tak samo, jak ktoś biegnie do autobusu. Muszę uważać. Ale nie powinno się to zdarzać. Obydwie strony powinny się obawiać. Musimy zmienić mentalność. Coraz więcej kierowców staje na przejściach i przepuszcza pieszych.

To idealna sytuacja. Są jednak miejsca, gdzie pieszy musi się wpychać na ulicę.
Ale to działa w dwie strony. Są miejsca, gdzie samochód jadąc 5 km/h musi się wpychać, np. Rutkowskiego [dawna nazwa odcinka Chmielnej – red.] przy Domu Jabłkowskich w Warszawie. W takich miejscach powinny być światła. Ale tam nie może być wypadków, z powodu małej szybkości.

Czyli co, powinniśmy systemowo zmniejszać prędkość w miastach?
To mówi każdy policjant. Prędkość i uwaga na jezdnię.

Co jeszcze pan proponuje?
Na niebezpiecznych przejściach dawać światła, spowalniacze. Polepszać oświetlenie, nie tylko w miastach. Podejmując decyzję kierowaliśmy się bezpieczeństwem – sam jestem rowerzystą i znam problem z wielu stron. Oczywiście mogę się mylić. Podczas nie chcieliśmy w ciągu paru godzin grzebać przy tej ustawie, niefortunnie to było ostatnie posiedzenie. Nie przyszły też żadne organizacje społeczne – dlaczego nikt nie usiadł z nami, i nie spróbował przekonać nas swoimi argumentami? Ja z każdym się chętnie spotkam, tak jak było w sprawie ustawy krajobrazowej, gdzie aktywistom podczas dyskusji udało się mnie przekonać. Tym razem przekonał mnie przedstawiciel ratowników.