Dokonałam aborcji w polskiej klinice
rozmowa

Dokonałam aborcji w polskiej klinice

Co czwarta Polka przeżyła​ zabieg usunięcia ciąży. Jedna z nich zgodziła się o tym opowiedzieć
21 Październik 2016, 3:31am

Ilustracja: Izabela Szumen

Ze wszystkich kobiet, z którymi mogę otwarcie rozmawiać o seksualności – jest ich może 30 – tylko 4 chronią się przed niechcianą ciążą, stosując dwa rodzaje antykoncepcji: hormonalną i mechaniczną. Pozostałe w zależności od okoliczności życiowych korzystają tylko z jednej metody. Prawie każdej zdarzyło się w życiu zaryzykować, nie stosując żadnej i polegać na szczęściu lub samoopanowaniu partnera. Dobrze wiem jednak, że niechciana ciąża może przydarzyć się każdej z nas.

Ostatnie badania CBOS mówią, że co czwarta Polka przeżyła zabieg usunięcia ciąży. Jak to się stało, że badania o czynie zabronionym w ogóle udało się wykonać i można na nie patrzeć jak na materiał wiarygodny? Autorzy badania przyznają, że ogromna większość z nich przeszła zabieg przed wprowadzeniem „kompromisu aborcyjnego" w 1993 r., kiedy był jeszcze legalny. Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny szacuje, że obecnie liczba zabiegów przeprowadzanych w Polsce może wynosić od osiemdziesięciu tysięcy do stu kilkudziesięciu tysięcy rocznie. Nie wiemy, jaka jest skala komplikacji ani zgonów. Socjolodzy z CBOS przyznają: „Ogólna delikatność problemu sprawia, że temat aborcji funkcjonuje w Polce w strefie tabu".

Na początku października na ulice polskich miast wyszły tysiące kobiet i mężczyzn chcących bronić prawa do wyboru i rzetelnej opieki zdrowotnej. Tydzień później Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, zapowiedział, że jego partia będzie dążyć „do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię". Możemy zatem być pewne, że kompromis jest w tym momencie celem odległym.

Rozmawiam z dziewczyną, która parę lat temu poddała się nielegalnemu zabiegowi w klinice w Polsce. Anonimowo zgodziła się opowiedzieć, jak wyglądało poszukiwanie tego typu pomocy, jak przebiegała sama procedura.

VICE: Jak wtedy wyglądała twoja sytuacja życiowa?
Byłam wtedy w trakcie studiów i pracowałam w gastronomii. Zarabiałam właściwie mniej niż starcza na przeżycie, bo moje miesięczne wypłaty zwykle nie przekraczały tysiąca złotych. O mieszkanie nie musiałam się martwić, bo opłacała je mama. Mieszkałam ze swoim ówczesnym chłopakiem. Był muzykiem i często wyjeżdżał w trasy koncertowe. Nie nazwałabym tego związku zdrowym.

Dziś nie rozumiem już, dlaczego wtedy się poddawałam i godziłam na tkwienie w tym toksycznym mroku

Chłopak był Francuzem, nie czuł się dobrze wśród moich znajomych, więc szybko zarzucił próby asymilacyjne, by siedzieć ze mną w domu pogrążony w obsesji, że nikt go nie akceptuje z racji pochodzenia. Był też histerycznie zazdrosny, więc niechętnie wypuszczał mnie z domu. Dziś nie rozumiem już, dlaczego wtedy się poddawałam i godziłam na tkwienie w tym toksycznym mroku. Nie pozostawało to oczywiście obojętne dla mojej psychiki, więc trwałam w pogłębiającej się depresji.

Jak zareagował na wieść o ciąży?
Już same okoliczności zajścia w nią były dość alarmujące. Nie zdążyłam wykupić tabletek antykoncepcyjnych, więc kiedy miało dojść do zbliżenia, poprosiłam chłopaka, by użył prezerwatywy. Wrócił wtedy z trasy, jak zawsze zarzucił mi zdradę. Uznał, że proponuję zabezpieczenie, nie chcąc zarazić go chorobą weneryczną. Miałam więc udowodnić wierność stosunkiem bez zabezpieczeń. Byłam pogrążona w takiej apatii i emocjonalnym odrętwieniu, że machnęłam ręką i uznałam, że uniknięcie kolejnej ryzykownej sytuacji mnie nie zbawi.

Po paru tygodniach test ciążowy miał już wynik pozytywny. Nowina nie wzbudziła w nim większych emocji, obwinił mnie, że doprowadziłam do tego celowo i polecił zająć się sprawą. Konkretnie ujął to następująco: „You put me in that shit". Początkowo chciał pomóc finansowo, ale ostatecznie krzyknęłam rozgoryczona, że sama sobie poradzę. Tak też zrobiłam.

Czemu zdecydowałaś się akurat na zabieg w klinice?
Dowiedziałam się o tabletkach od Women on Web, ale nikt z mojego otoczenia nie miał takiego doświadczenia za sobą, więc to było dla mnie ryzykowne. Słyszałam o zatrzymywaniu tabletek na granicy, powikłaniach... To nie wzbudzało mojego zaufania. Rok wcześniej znajoma, która była w podobnej sytuacji, przeżyła zabieg w klinice i wszystko skończyło się dobrze, więc zdecydowałam się pójść tą drogą. Wzięłam kontakt i umówiłam się na wizytę.

Jak wyglądał kontakt z lekarzem?
Nie chciałam, by w moich papierach został ślad ciąży, więc oficjalnie potwierdziłam ją dopiero na wizycie u poleconej doktor. Jak na moje ówczesne dochody cena była ogromna, bo całość kosztowała mnie 3650 zł, czyli czterokrotność mojego miesięcznego budżetu. Wizyta kontrolna odbyła się w środku dnia, w prywatnej klinice w centrum Warszawy, to był czwarty tydzień ciąży.

Na miejscu było czysto, elegancko, żadnych wieszaków ani brudnych bandaży

Na miejscu było czysto, elegancko, żadnych wieszaków ani brudnych bandaży. Miła pani doktor przeprowadziła całe spotkanie dość rutynowo, dopiero na koniec zapytała mnie „czy chcę ten stan utrzymać". Odpowiedziałam, że nie. Termin zabiegu ustaliłyśmy na kolejny tydzień w innej klinice. Nie wiem, jaka była górna granica, ale pewnie dwanaście tygodni.

Jak przebiegł sam zabieg?
Był dość późny wieczór. Mnie i mojemu przyjacielowi towarzyszył trzy lekarki: anestezjolog, chirurg ginekolog i pani, która tydzień wcześniej mnie badała. W poczekalni siedziałam obok kobiety w zaawansowanej ciąży, która przyszła akurat na kontrolę. W gabinecie przywdziałam fartuszek, dostałam narkozę, odpłynęłam. Godzinę, może dwie później wybudziłam się i kiedy doszłam do siebie, wróciłam do domu. Sama, autobusem. Po drodze zaczęłam krwawić, kiedy doszłam do domu, byłam już cała zalana krwią, łącznie ze spódnicą, którą tego dnia na sobie miałam.

Zostałaś poinformowana o ewentualnych następstwach zabiegu?
Nie. Miałam numer lekarki i zapewnienie, że w razie komplikacji mogę dzwonić. Krwawienie było bardzo intensywne i nie ustawało przez dobę, właściwie nie było sensu wymieniania podpasek, równie dobrze mogłam usiąść w wannie i czekać. W końcu zadzwoniłam, przyjęto mnie na darmową wizytę. Dostałam zastrzyk, po którym przez trzy kolejne dni właściwie nic się nie zmieniło, ale wtedy wiedziałam już, że właśnie tak to może wyglądać.

Czy po wszystkim miałaś wsparcie bliskich, jak zareagował twój chłopak?
Reakcja chłopaka upewniła mnie tylko w przekonaniu, że podjęłam słuszną decyzję. Kiedy po zabiegu wróciłam do domu, on nie ruszył się od komputera. Umyłam się i położyłam na łóżku, wtedy odwrócił się i rzucił w moją stronę: „Nie sądzę, by to, co zrobiłaś, cokolwiek między nami naprawiło". Ładna klamra, prawda? W ciągu następnego miesiąca ruszył w trasę, z której wrócił już tylko po swoje rzeczy. Nie pomógł mi finansowo w żaden sposób; zapożyczyłam się wtedy u koleżanki i przez następne miesiące spłacałam dług.

Co do wsparcia rodziny, zdecydowałam się opowiedzieć o wszystkim mamie. Wysłuchała mnie i powiedziała tylko: „Dlaczego musisz mi to robić?"

Co do wsparcia rodziny, zdecydowałam się opowiedzieć o wszystkim mamie. Wysłuchała mnie i powiedziała tylko: „Dlaczego musisz mi to robić?". Nie wiem, czy wynikało to z jej przekonań. Ona jest osobą wierzącą. Może też pomyślała, że zafundowałam sobie drogi zabieg, który teraz ona będzie musiała spłacać. Nie wróciłyśmy już do tego tematu. Wsparcie, którego potrzebowałam, otrzymałam tylko od przyjaciół. Rodzina i chłopak zawiedli na całej linii.

Myślisz, że mama zareagowałaby inaczej gdyby zabieg był legalny? Mogłoby to mieć wpływ na postrzeganie takich sytuacji przez tego typu ludzi?
Penalizacja aborcji na pewno wpływa negatywnie na reakcje osób, które nie są religijnymi fanatykami. Ale już kombinacja łamanie prawa plus przesłanki religijne, stanowią dla nich nieprzekraczalną granicę.

Jak się teraz czujesz i czy po latach widzisz jakieś długotrwałe konsekwencje zdrowotne lub emocjonalne?
Sam akt aborcji nie zostawił we mnie żadnego śladu. Jasne, fajnie by było nie mieć tego długu, który potem ciążył mi przez pewien czas. Zdecydowanie bardziej zmaltretował mnie i na pewno zostawił ślad na psychice sposób traktowania mnie przez chłopaka oraz reakcja matki. Wielkim obciążeniem psychicznym było poczucie, że ratunek jest niepewny, że mogę tej pomocy nie znaleźć, lub nie być w stanie zorganizować na to pieniędzy. Myślę też, że gdyby tabletki blokujące zagnieżdżenie się zarodka (tzw. 72 po), były dostępne bez recepty i objęte refundacją, takich historii jak moja byłoby znacznie mniej.