FYI.

This story is over 5 years old.

Μόδα

Dlaczego nienawidzę mody

Nie życzę sobie, by w kwestii odzieżowego gustu uświadamiały mnie indywidua o oddechu cuchnącym kwasami żołądkowymi.

Zdjęcie: AP

„Nie życzę sobie, by w kwestii odzieżowego gustu uświadamiały mnie indywidua o oddechu cuchnącym kwasami żołądkowymi”

Gdybyście mogli zobaczyć moje stopy pokryte pęcherzami i masą zrogowaciałych blizn, wiedząc przy tym, że jest to efekt dobrowolnego poddania się torturze, zadanej przez 13-centymetrowe, dziko niewygodne szpilki, za które zapłaciłam krocie, na pewno zastanawialibyście się teraz, co ze mną nie halo. Jestem jednak tylko ofiarą, konkretnie ofiarą mody, więc winną moich cierpień musi być moda! Nie zrozumcie mnie źle: choć jej samej nienawidzę, to uwielbiam buty, ciuchy i akcesoria. Mimo, iż brzmi to jak sprzeczność, jest w tym niezaprzeczalna logika. W rzeczywistości bowiem świat mody nie ma nic wspólnego z ciuchami, butami i akcesoriami. Zapytajcie o to jakiegokolwiek jej przedstawiciela, a (pretensjonalnym tonem) poinformuje was, że istotę mody stanowią „ekspresja” i „emocje”.

Reklama

W pewnym sensie jest to prawda. W końcu pisma modowe prezentują obłędnie drogie ubrania, które noszone są przez chude jak szczapy, pozbawione cycków modelki o chłopięcych kształtach. Ich obecność w modowym biznesie podyktowana jest faktem, że ów biznes zdominowany został przez gejów, którzy sprowadzają kobiety do roli chodzących wieszaków. To wszystko dobitnie uzmysłowiło mi, że nie jestem wystarczająco szczupła ani bogata, by być częścią tego interesu, przez co poczułam się równie sponiewierana, co moje biedne stopy. Stąd niniejsza ekspresja emocji: nigdy się kurwa nie zgodzę, że to, ile pieniędzy wydaję na ciuchy, i to, co jem, określa mnie jako osobę.

W sumie nie mam nawet za złe projektantom, że w ten czy inny sposób urzeczywistniają swoje modowe wizje. Winą za obecny stan rzeczy obarczam raczej całą resztę modowej hałastry, czyli redaktorów pism, stylistów, działy PR i Posh Spice, z których każdy na swój sposób cierpi z powodu braku samoakceptacji. To oni są odpowiedzialni za uczynienie z wyniosłych koncepcji i formalnych fantazji projektantów koszmaru naszej rzeczywistości. W ciągu swojego krótkiego życia miałam kilka zapadających w pamięć doświadczeń z udziałem tych pożałowania godnych indywiduów.

Swego czasu pracowałam przez chwilę w dużej firmie, w której zatrudniony był również pewien gej-sadysta, mający w zwyczaju przychodzić do biura w siatkowej podkoszulce (jego ramię zdobił do tego ultrafioletowy tatuaż). Za ulubione zajęcie miał rzucanie złośliwych uwag. Przykładowo: każąc mi uporządkować pudła z archiwalnymi numerami wydawanego przez firmę pisma nigdy nie omieszkał dodać, że już najwyższy czas, żebym wyrobiła sobie mięśnie na rękach. Do tego zwykł określać jako „grube” wszystkie kobiety, które nosiły rozmiar powyżej 5.Współpracowników zanudzał pytaniami, od jakich projektantów noszą ubrania. Wytwarzał taką presję, że choć wszyscy nieźle zarabialiśmy, musieliśmy żyć jak biedacy, bo gro zarobionych pieniędzy szło na kreacje. Pewnego dnia jedna z dziewczyn obchodziła w biurze urodziny. Zaśpiewaliśmy jej „Sto lat”, a pan-tatuaż przyniósł z tej okazji tiramisu. Ponieważ nie jest to mój ulubiony deser, grzecznie podziękowałam, gdy zaproponował mi kawałek, co skwitował uwagą w stylu: „W końcu poszłaś na dietę? CZAS NAJWYŻSZY”. Nie wytrzymałam i popłakałam się. Nie pamiętam już nawet imienia tego kutasa.

Inne upokorzenie spotkało mnie z okazji ponownego otwarcia klubu Happy Valley, po tym jak jego wystrój zaprojektował Jeremy Scott. Pracowałam wtedy w magazynie Bust, który wpisał mnie na listę gości tej imprezy. Przed wejściem do klubu drogę zagrodziło mi coś. Wyglądało jak kobieta udająca drag queen, ale pewności nie mam. Kiedy podałam jej swoje nazwisko, pokręciła przecząco głową i zamiast mnie, wpuściła do środka kogo innego. Na uwagę towarzyszącego jej gościa, że jestem na liście, otaksowała mnie wzrokiem i powiedziała głośno: „Tak, ale to byle kto”. Może i jestem byle kim, ale Happy Valley to nie Studio 54, a poza tym ta kobieta nie miała na sobie majtek, tylko body i rajstopy. Być może kiedyś miała ambicję zostać kimś w świecie mody, jednak ambicja ta została najwyraźniej zredukowana do chęci potraktowania kogoś jak śmiecia.

U swego sedna, świat mody zależy od opinii wyrażanych przez niedożywionych, niepewnych siebie ludzi, a ja akurat nie życzę sobie, by w kwestii gustu odzieżowego uświadamiały mnie indywidua o oddechu cuchnącym kwasami żołądkowymi.

Tak się bowiem składa, że gusta są subiektywne, w związku z czym nie ma jednej poprawnej odpowiedzi na pytanie, co należy nosić i co jeść. W modzie najbardziej wkurza mnie nadmierny nacisk, położony na co i niedostateczny nacisk położony na dlaczego. Uświadomiłam sobie bowiem, że liczy się nie to, co mi się podoba, ale to dlaczego tak jest. W związku z tym dalej katuję swe stopy nosząc niewygodne szpilki, o których pisałam na początku: nie dlatego, że są drogie i że wyszły spod ręki słynnego projektanta, ale dlatego, że kiedy je założę, mój tyłek lepiej wygląda.

Tracie Egan prowadzi Jezebel.com – złośliwy, zabawny blog, gdzie dostaje się światu mody i sławnym ludziom.