Polskie filmy Martina Scorsese

Dziś w Nowym Jorku rusza przegląd „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema". Jak do tego doszło? I kto za tym wszystkim stoi?

|
lut 5 2014, 9:46am
Martin Scorsese jest już legendą i to niezaprzeczalny fakt. Zgodzą się z tym nawet osoby, które nie przepadają za jego filmami (są takie?!). Niemal każde jego dzieło zyskało miano kultowego. Jego kino jest mocne, wyraziste i bezkompromisowe. To dzięki niemu świat dowiedział się o historii Travisa Bickle, nowojorskiego taksówkarza z irokezem na głowie, w którego postać bezbłędnie wcielił się Robert De Niro. To także Scorsese przedstawił nam kontrowersyjny obraz „Ostatniego kuszenia Chrystusa" i to dzięki niemu poznaliśmy kiedyś „Chłopców z ferajny", a ostatnio „Wilka z Wall Street". Począwszy od lat 70. ubiegłego wieku, każde następne pokolenie miało okazję poznać się na jego reżyserskim geniuszu. Nic więc dziwnego, że z czasem jego nazwisko stało się dla widzów jedną z najwyżej cenionych marek światowej kinematografii. Teraz nadeszła pora, by właśnie dzięki tej marce, amerykański widz poznał kolejnych filmowych bohaterów, tym razem z polskim rodowodem. Wśród nich znajdą się m.in.: Maciek Chełmicki (Zbyszek Cybulski) z filmu „Popiół i diament", doktor Gotard (Gustaw Holoubek) z „Sanatorium pod klepsydrą", czy docent Szelestowski z „Barw Ochronnych". Wszystko za sprawą amerykańskiego przeglądu arcydzieł polskiej kinematografii „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema", który rusza już dzisiaj (5 lutego) w nowojorskim Lincoln Center.

To największa prezentacja polskiej kinematografii, jaka kiedykolwiek miała miejsce za granicą.  Martin Scorsese wybrał osobiście 21 tytułów, które przez najbliższy rok będą puszczane w kinach USA i Kanady. Ale żeby tak ogromne przedsięwzięcie mogło dojść do skutku, Martin Scorsese musiał się najpierw dowiedzieć o tym, jak w ramach projektu „KinoRP", nasze filmowe arcydzieła są odrestaurowywane przez jednych z najlepszych specjalistów na świecie, właśnie w Polsce. Osobą, która mu o tym powiedziała był Jędrzej Sabliński, prezes firmy Di Factory, jednej z kilku, które zajęły się rekonstrukcją filmów. To właśnie on we współpracy z The Film Fundation wpadł na pomysł przeglądu. Musiałem dowiedzieć się jak doszło do powstania „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema". Wiedziałem jednak, że Jędrzej Sabliński jest już jedną nogą w samolocie do Nowego Jorku - przegląd miał się zacząć na dniach. Umówiliśmy się więc na kontakt, jak tylko wyląduje i uda mu się znaleźć krótką chwilę (znalazł ją pod koniec tekstu). Nie mogłem jednak też przegapić okazji, by dowiedzieć się więcej o samym procesie rekonstrukcji. To przecież dzięki niej Scorsese zainteresował się projektem, a amerykańscy widzowie będą mogli ujrzeć naszą filmową reprezentację w najlepszej z możliwych jakości. Spotkałem się z Łukaszem Rutkowskim, współwłaścicielem firmy reKino. 

\

Faraon

VICE: Fajna nazwa. Opowiesz co się za nią kryje?

Łukasz Rutkowski: To oczywiście połączenie dwóch wyrazów „rekonstrukcja" i „kino", co w zupełności odpowiada profilowi naszej działalności,  czyli cyfrowej rekonstrukcji filmów w najwyższej rozdzielczości. Naszym założeniem było stworzenie miejsca, gdzie będzie się przywracać filmom, dokumentom i innym materiałom ich utracony blask. W tym celu stworzyliśmy dwie firmy, DI Factory i reKino. Pracujemy nad jakością rekonstruowanych filmów, tak by móc konkurować z firmami na całym świecie.

Pamiętasz początki rekonstrukcji obrazu w Polsce?

Pierwsze prace nad rekonstrukcją polskich filmów rozpoczęliśmy w firmie The Chimney Pot już w 2006 roku razem z Jędrzejem Sablińskim, współinicjatorem projektu „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema" i Kamilem Rutkowskim. Padło na „Sanatorium pod Klepsydrą" Wojciecha Hasa z 1973 roku. Naszą pracę nadzorował Witold Sobociński, wybitny polski operator. Po skończonej rekonstrukcji, gdy ujrzał jej efekt, powiedział: „Świeżość, jaka wyłoniła się z obrazu, można porównać z przetarciem brudnej szyby i zajrzeniem do wnętrza tego filmu". Mówił to wzruszony, ze łzami w oczach.

Jak wygląda proces rekonstrukcji filmu?

Liczba etapów uzależniona jest m.in. od wyjściowego stanu materiału filmowego, czasu realizacji projektu, oczekiwanej jakości końcowej, a także liczby urządzeń na których projekt musi zostać poddany cyfrowej obróbce obrazu. Na początku zawsze jednak chodzi o odnalezienie właściwych materiałów źródłowych. Jest to etap nazywany żargonowo „detektywistycznym". Polega na przekopaniu wszelkich możliwych miejsc, gdzie podejrzewa się składowanie poszukiwanych materiałów filmowych, czyli: archiwa Filmoteki Narodowej, archiwa państwowe, archiwa szkół filmowych, a w skrajnych sytuacjach sprawdzane są też domowe kolekcje reżyserów czy innych współtwórców danego obrazu.

Która wersja filmu jest w takim razie właściwa?

Naszym zadaniem jest rekonstrukcja wersji reżyserskiej, czyli najdłuższej, o pierwotnym formacie obrazu.  Takiej, która nie została ścięta w wyniku działań cenzorskich lub producenckich.

Mam dziwne przeczucie, że już na pierwszym etapie napotykacie problemy?

Zgadza się. Było nawet tak, że musieliśmy pracować prawie rok przy „Rękopisie znalezionym w Saragossie" Wojciecha Hasa, bo nie było negatywu. Podobną sytuację mieliśmy teraz przy „Pokoleniu" Andrzeja Wajdy, którego negatyw po 60 latach zniknął bezpowrotnie.

Jak radzicie sobie w takich sytuacjach?

Jeżeli jest to możliwe ratujemy się innymi dostępnymi materiałami, jak np. pozytyw, czyli jedna z kolejnych wersji wzorcowego negatywu, która niestety cechuje się też pewnymi ubytkami. Taki materiał ma mniejszą ostrość, mniejszą liczbę szczegółów, inny poziom zaziarnienia obrazu, czy rozpiętość tonalną, więc już na starcie jest z nim znacznie więcej pracy.

Czyli można powiedzieć, że w negatywie cała nadzieja.

Tak, ale jego stan też nieraz pozostawia wiele do życzenia. Przez lata filmy często były po prostu zapomniane, a ich kopie niszczone, bo nie przynosiły dochodów. Nieraz pozbywano się też starych i uszkodzonych filmów, by zwolnić miejsce w przeładowanych magazynach. Największym czynnikiem był jednak powód czysto ekonomiczny, niszczono je np. w celu odzyskania srebra z taśm filmowych. Były też powody natury estetycznej, takie jak zbyt „prymitywny" język i forma starych filmów, które wypierane były kolorowymi i udźwiękowionymi obrazami. Nie należy także zapominać o interwencji cenzorów, pożarach w archiwach, bankructwach producentów. Tak też było w Polsce, na dodatek częstą praktyką stosowaną przez archiwistów było wycinanie uszkodzonych fragmentów taśmy światłoczułej, pozostawienie powstałej w ten sposób dziury lub wklejanie w jej miejsce fragmentów z innej kopii. Dlatego jednym z naszych zadań jest wykonanie zabiegów polegających na spasowaniu odmiennych materiałów filmowych, by widz nie dostrzegł żadnych różnic. 

Jak wam się to udaje?

Czynności te wykonywane są już w kolejnych etapach. Po zeskanowaniu obrazu klatka po klatce w wysokiej rozdzielczości 4k, obraz układany jest względem wzornika w celu właściwego odwzorowania wersji filmu i wyłapania ubytków negatywu, ten proces nazywa się „conforming". Następnie odbywa się „pregrading", czyli wstępne wyrównanie materiału filmowego pod względem koloru, bądź w przypadku filmów czarno-białych odpowiednie ustawienie poziomu czerni i bieli, parametru gamma itp. Dopiero po takim wstępie zaczyna się właściwa rekonstrukcja cyfrowa, czyli jakieś kolejne dwadzieścia sześć etapów.

Aha.

Spokojnie, nie będę o tym wszystkim mówił, bo i tak nie zrozumiałbyś nawet połowy omawianych procesów. W skrócie jednak chodzi o ustabilizowanie trzęsącego się obrazu, ograniczenia do minimum migotania obrazu oraz wszelkich innych uszkodzeń - rys, śladów chemii, bakterii, pleśni, znaczników końca aktów itp.

Ok, a co jeżeli brakuje wam kilku klatek, których już nie sposób odratować?

Z brakiem 2-3 ramek obrazu radzimy sobie bez większych problemów, gorzej jest wtedy, gdy braki są większe i to w momentach dużej dynamiki w kadrze. W takiej sytuacji, gdy nie ma czym uzupełnić „czarnych ramek", musimy je w całości odtworzyć.

Chwila, jak udaje się wam odtwarzać nieistniejące obrazy?

Mamy do tego celu specjalne narzędzia, które mogą wygenerować obraz, bazując na poprzedniej lub następnej klatce. W dynamicznych ujęciach wycinamy fragmenty obrazu z sąsiednich klatek, czasem ujęć i  poprzez odpowiednie umiejscowienie, wtopienie w tło staramy się  wygenerowanie całokształt bazując na własnej inwencji twórczej, trochę jak malarz pracujący nad swoim obrazem. Jeżeli porównamy stan polskich negatywów z negatywami filmów z analogicznych lat ze Stanów Zjednoczonych, to przeważnie są one w drastycznie gorszym stanie niż te zza oceanu. Mimo to podejmujemy się pracy nad materiałem, z którym nasi zagraniczni koledzy często nie wiedzieliby już co zrobić. Można powiedzieć, że nasza polska rekonstrukcja to rodzaj ekstremalnej szkoły.

Ok, ale czy w takich przypadkach istnieje ryzyko, że zrekonstruujecie coś źle, nie tak, jak było w oryginale? 

Proces rekonstrukcji zawsze odbywa się przy udziale i nadzorze żyjącego twórcy lub wytypowanej przez studio osoby. Każdy nowy projekt rozpoczynamy od dialogu z twórcą, by nie rekonstruować filmu wedle własnego uznania. Po zweryfikowaniu i zatwierdzeniu kolejnych etapów przez osobę nadzorującą, możemy przystąpić do jednego z końcowych procesów zwanego „beauty pass", czyli nadaniu blasku filmowi i odpowiedniego poziomu zaziarnienia. Na koniec zostaje nam już tylko kodowanie pakietu DCP do kina cyfrowego i przygotowanie do innych wersji, jak np. kino, telewizja, internet, Blu-ray, archiwum.

Odkrywanie po latach dzieł polskiej kinematografii, szukanie odpowiednich źródeł, konsultacje z twórcami kultowych filmów. Rzeczywiście jest w tym coś z pracy detektywa... 

...i dzięki temu dowiadujemy się też wielu dotąd nieznanych, ale bardzo ciekawych faktów z przeszłości. Często twórcy dzielą się z nami wspomnieniami z planów zdjęciowych albo sami odkrywamy coś w trakcie pracy nad ujęciami.

Na przykład?

Trudno spamiętać wszystkie historie. Jako ciekawostkę o „Pokoleniu"  Andrzeja Wajdy z 1954 roku, mogę zdradzić, że na planie w scenach strzelania seriami z karabinu używano ostrej amunicji. Niczym snajper, zaufana osoba z planu filmowego strzelała serią po ścianie, przy której stał aktor.

Niesamowite.

Nowatorstwo i upór ówczesnych filmowców reprezentował także ówczesny asystent Wajdy, Kazimierz Kutz. By dodać scenie realizmu wpadł na pomysł pewnego efektu pirotechnicznego: użył prezerwatywy wypełnionej spreparowaną krwią, którą przymocowano do grubo obandażowanej ręki Tadeusza Janczara, grającego w filmie Jasia. Do tego przygotowano mały ładunek wybuchowy z zapalnikiem, podobny do tych, które wykorzystywano wtedy w kopalniach. Zdetonowany pod rękawem płaszcza dał pożądany efekt. Andrzej Wajda zdradził, że wtedy pierwszy raz w życiu widział prezerwatywę.

A anegdoty dotyczące filmów, które znajdą się na festiwalu?

Jednym z ulubionych filmów Martina Scorsese, który będzie puszczany na przeglądzie w Stanach jest „Rękopis znaleziony w Saragossie" Wojciecha Hasa z 1964 roku. Podczas jego rekonstrukcji natknęliśmy się na scenę ze Zbyszkiem Cybulskim uchwyconym przypadkowo we współczesnym ubraniu: XVIII-wieczna Hiszpania, scena batalistyczna, a Zbyszek stoi na wzniesieniu w jeansach i koszuli i przygląda się walce. Chcesz więcej?

Oczywiście!

To może coś z „Faraona" Jerzego Kawalerowicza z 1966 roku. Kilka ujęć przedstawiających statek na Nilu kręconych było na jeziorze Kirsajty, na Mazurach. Dlatego oprócz sztucznie wstawionych palm, w oddali można dostrzec też świerki i inną roślinność typową dla polskiego klimatu. Teraz do tworzenia efektów wykorzystuje się komputery, kiedyś budowało się dekoracje i nieraz betonowe mury były z tektury.

Zdarzają się też przypadki, że to sami twórcy proszą nas o drobne korekty w ostatecznej wersji filmu.

Jak to?

Dobrym na to przykładem jest inny film Andrzeja Wajdy „Niewinni czarodzieje" z 1960 roku. Podczas  korekcji barwnej, operator Wiesław Zdort poprosił nas o dodanie w jednej scenie dymu. Podobno przez cały ten czas, do momentu rekonstrukcji twórcy żałowali, że w tym krótkim ujęciu go zabrakło. Zrobiliśmy to na jego specjalne życzenie, bo tak naprawdę nie można w tym wszystkim zapominać o najważniejszym...

...to znaczy?

Oprócz widowni, która będzie mogła zobaczyć odrestaurowane dzieła polskiej kinematografii, te filmy to największy prezent dla żyjących jeszcze twórców. Dzięki cyfrowym rekonstrukcjom obrazu mogą oni  na nowo zobaczyć swój stary-nowy film w takiej jakości, jak kiedyś przez obiektyw kamery.

Eroica

Odrestaurowany obraz to tylko połowa sukcesu. Zostaje przecież jeszcze dźwięk, z którym jest równie dużo „zabawy". W tej sprawie zwróciłem się do Tomasza Dukszty, reżysera dźwięku, współwłaściciela firmy Soundplace oraz członka Cinema Audio Society, międzynarodowej organizacji operatorów dźwięku.

VICE: Czym jest Soundplace?

Tomasz Dukszta: Najprościej mówiąc, zajmujemy się dźwiękiem, ale od pewnego czasu specjalizujemy się głównie w rekonstrukcjach w docelowym formacie kinowym. To niełatwe zadanie, przed nami nikt właściwie tego nie robił. Były wcześniej jakieś próby rekonstrukcji nagrań muzycznych, ale nie miało to za wiele wspólnego z filmem jako takim.

Dlaczego to niełatwe zadanie?

Wynika to z tego, że mierzymy się z całym dossier, które zostawił po sobie okres komunizmu, wraz ze wszystkimi jego naleciałościami typu problemy finansowe i problemy natury ludzkiej.

Co masz na myśli?

Umiejętne prześlizgiwanie się ludzi przez procedury, niedopełnianie swoich obowiązków itd. To wszystko w tych filmach wychodzi teraz na jaw... albo i nie wychodzi, bo zwyczajnie ktoś kiedyś zagubił materiał. Proszę mi wierzyć, widzowie nie zdają sobie sprawy, w jakim stanie otrzymujemy czasem dźwięk.

Jak więc wygląda proces rekonstrukcji dźwięku?

Działamy w obrębie zamkniętego tworu jakim jest skończony film, nigdy nie dogrywamy żadnych nowych elementów, nie udźwiękawiamy go dodatkowo, ale istnieje coś takiego jak „revival", czyli upiększanie. Nawet przy poważniejszych „poprawkach" wszystko musi jednak być spójne z ideą i czasem, kiedy dane dzieło powstawało. W rekonstrukcji najważniejsze jest to, żeby przy oglądaniu filmu nikt nie zwracał uwagi na dźwięk, on musi być odbierany naturalnie, tylko wtedy jest dobry. Przy rekonstrukcjach jest wiele pułapek. Przez pewne braki technologiczne, charakterystyczne dla tamtych czasów, nie zawsze jesteśmy w stanie stwierdzić czy dźwięk, który słyszymy my jest tym samym, który słyszeli twórcy podczas finalnego zgrania ścieżki dźwiękowej. 

Brzmi ryzykownie.

Ryzykowne byłoby, gdybyśmy się stale nie konsultowali z twórcami tych filmów. Dzięki nim margines błędu zostaje ograniczony jedynie do zawodności ludzkiej pamięci.

Ile trwał najdłuższy wasz proces rekonstrukcji?

650 godzin nad filmem „Orzeł" Leonarda Buczkowskiego z 1958 roku. Im starsze produkcje, tym gorsza technologia na której pracowano, więc i dźwięk „uboższy" i więcej pracy. Zauważam jednak jeszcze jedną prawidłowość... Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale im lepszy obraz do rekonstrukcji dostają koledzy, tym gorszy dźwięk trafia do nas. Tak więc kiedy słyszę od nich „matko, jaki mamy trudny film", to już wiem, że nas czekać będzie mniej pracy. 

Niewinni Czarodzieje

W końcu Jędrzej Sabliński z Di Factory znalazł chwilę, żeby odpisać na moje pytania. W końcu to jego rozmowa z Martinem Scorsese była początkiem projektu „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema".

VICE: Opowiedz o spotkaniu ze Scorsese - jak wyglądała wasza rozmowa?

Jędrzej Sabliński: Na początku grudnia 2011 roku spotkałem się z nim w hotelu Bristol - przyjechał do Polski odebrać doktorat honoris causa w łódzkiej Filmówce. Udało mi się opowiedzieć mu w jaki sposób zaczęła się polska rekonstrukcja, o powstaniu projektu Kino RP, zaangażowanych w to firmach i liczbie zrekonstruowanych filmów. Scorsese wysłuchał mnie i stwierdził, że na pewno tak tego tematu nie zostawi, bo wykonaliśmy tu w Polsce świetną robotę. Poprosił, żebym skontaktował się z The Film Foundation, byśmy mogli kontynuować współpracę. 

Tak łatwo jest się spotkać z Martinem Scorsese?

Nie do końca. Wymaga to pracy i cierpliwości. Musiałem na niego czekać kilka godzin, zanim zszedł do hotelowego baru.

Czy już wtedy narodził się pomysł na przegląd polskich filmów, który byłby sygnowany jego nazwiskiem?

Jeszcze nie. Ta idea powstała po kilku telefonicznych „brainstormach" z The Film Fundation. O skali przedsięwzięcia zdecydowaliśmy podczas czwartej lub piątej rozmowy.

W jaki sposób dobierał filmy, które ostatecznie trafią do amerykańskich kin?

On bardzo dobrze zna naszą kinematografię, więc chciał by to była mieszanka znanych filmów, ale i tych mniej popularnych wśród amerykańskiej widowni. Tytuły wybierał z listy zrekonstruowanych pozycji, którą otrzymał od nas będąc w Polsce.

Jakie wrażenie zrobiły na nim nowe wersje filmów z przeszłości?

To ambasador idei rekonstrukcji i zachowania dziedzictwa filmowego na całym świecie, więc ucieszyło go, że w Polsce są ludzie, którzy maja ten sam cel, co on.

Czy macie jakieś plany na dalszą współpracę, po zakończeniu przeglądu?

Owszem, ale wiele zależy od tego jak potoczą się losy tego projektu.

Zwiastun przeglądu:

Lista wybranych przez Martina Scorsese polskich filmów, w pierwszym w historii przeglądzie „Martin Scorsese Presents: Masterpieces of Polish Cinema":

„Austeria" 1982 rok - reż. Jerzy Kawalerowicz.

„Constans" 1980 rok - reż. Krzysztof Zanussi

„Barwy ochronne" 1976 rok - Krzysztof Zanussi

„Człowiek z żelaza" 1981 rok - Andrzej Wajda

„Eroica" 1957 rok - Andrzej Munk

„Faraon" 1965 rok - Jerzy Kawalerowicz

„Iluminacja" 1972 rok - Krzysztof Zanussi

„Krótki film o zabijaniu" - 1987 rok - Krzysztof Kieślowski

„Krzyżacy" 1960 rok - Aleksander Ford

„Matka Joanna od Aniołów" 1960 rok - Jerzy Kawalerowicz

„Niewinni czarodzieje" 1960 rok - Andrzej Wajda

„Ostatni dzień lata" 1958 rok - Tadeusz Konwicki

„Pociąg" 1959 rok - Jerzy Kawalerowicz

„Popiół i diament" 1958 rok - Andrzej Wajda

„Przypadek" 1981 rok - Krzysztof Kieślowski

„Rękopis znaleziony w Saragossie" 1964 rok - Wojciech Has

„Salto" 1965 rok - Tadeusz Konwicki

„Sanatorium pod klepsydrą" 1973 rok - Wojciech Has

„Trzeba zabić tę miłość" 1972 rok - Janusz Morgenstern

„Wesele" 1972 rok - Andrzej Wajda

„Ziemia obiecana"1975 rok - Andrzej Wajda

KAC NEWS VOL.26

MONGOLIA CZĘŚĆ 1

TENISOWA MIŁOŚĆ SIGRID

Więcej VICE
Kanały VICE