Czytelnia

O tym, jak przez dekadę marzyłam o spotkaniu z TLC i w końcu do tego doszło

Byłam też na koncercie, żeby nie było!

tekst Julia Borowczyk
12 Maj 2017, 10:36am

Chloe Newman

Była wiosna 2007 roku. Jako nastolatka, której ledwo co podłączono internet w domu, a która chwilę temu przegrywała jeszcze albumy metodą z kasety na kasetę, przesiadywałam głównie na forach internetowych w poszukiwaniu nowej muzyki. To właśnie wtedy jedna z dziewczyn przesłała mi paczkę empetrójek, gdzie władowała m.in. "Give It to Me While It's Hot", pierwszy kawałek TLC, który przykuł moją uwagę na dłużej. Tzn. na dziesięć następnych lat.

To nie był nawet singiel, ba! to był numer z najmniej lubianego przez fanów albumu "3D", ale było w nim jednak coś, dzięki czemu już po krótkim czasie znałam całą dyskografię i historię TLC. Z początku najbardziej fascynująca była postać tragicznie zmarłej Left Eye. To pewnie dlatego, że byłam wtedy na fali odkrywania wszystkiego co związane z Lil' Kim i Remy Ma. A że w gimnazjum miałam mnóstwo wolnego czasu i znałam podstawy HTML-u, byłam też całkiem niezła w grafikę, a fansajt CyberTLC - pierwsza strona o zespole z 1997 roku - nie działała wtedy moim zdaniem jak powinna, ruszyłam z adresem miss-lefteye.prv.pl. Po dwóch czy trzech latach, z pomocą koleżanki o nicku AzzIzz, rozszerzyłyśmy działalność i stworzyłyśmy anglojęzyczne Ultimate TLC.

Kiedy znajomi pytają mnie, dlaczego akurat ten zespół stał się tak bliski memu sercu, odpowiadam, że to musiała być mieszanka wielu rzeczy. Myślę, że przez większość gimnazjum głosiłam hasła w podobie do "Hat 2 Da Back", albo nienawidziłam bezbarwnych chłopaków, takich o których napisano "No Scrubs", choć nie oszukujmy się - o miłości wiedziałam niewiele. Moje koleżanki wielokrotnie żartowały potem, że swojemu eks na pewno też podpalę dom jak Left Eye. TLC były częścią wielu moich projektów w szkole plastycznej, od tkaniny po malarstwo. Przede wszystkim jednak podobało mi się, że pomimo wielu przeciwności losu - problemów z Pebbles, bankructwa, choroby T-Boz, aborcji Chilli (do której ta przyznała się po około 20 latach) i w końcu śmierci Lisy - pozostawały sobą i wciąż wierzyły w najlepsze. Teraz to brzmi jak tani banał, ale każdy kto w dzieciństwie miał jakiegoś idola, doskonale wie o czym piszę. Nie wspominając już nawet o tym, że to po prostu kawał historii we współczesnym R&B. To T-Boz nakłoniła L.A. Reida do podpisania kontraktu z Outkastem, 2Pac napisał "Can U Get Away" dla Left Eye... To jednak opowieści na inną okazję.

W każdym razie, to nie były łatwe czasy dla sympatyków TLC, które w mediach pojawiały się wtedy naprawdę sporadycznie. Przez wiele lat jednak zrzeszałyśmy fanów dziewczyn z całego świata, dostarczając im tyle newsów i zdjęć w dobrej jakości, ile mogłyśmy. Sama do tej pory mam na swoim laptopie kolekcję kilkunastu gigabajtów danych z tego okresu, pomimo że w tym roku zdecydowałyśmy się zrezygnować z pełnej strony, zostawiając tylko fanpage na Facebooku.

Tym bardziej zawsze bolał fakt, że TLC nigdy nie pojawiły się na koncercie w Europie. Duet ruszył się nieco z miejsca po premierze filmu biograficznego Vh1. Japonia - tak. Australia - tak. Nowa Zelandia - tak. Z niewiadomych przyczyn Stary Kontynent pozostawał dla nich poza zasięgiem. Aż do końca marca, kiedy ogłoszono, że pojawią się na JEDNYM JEDYNYM koncercie w Londynie. Nie było innej opcji niż natychmiastowe kupowanie biletów i rezerwacja lotów. Ale misją obowiązkowo musiał być też wywiad.

Po kilkunastu mailach do ich menadżera zostałam przekierowana do osoby, która co prawda przeprosiła za brak możliwości rozmowy z T-Boz i Chilli tym razem (nagrywały wszystko raczej dla dużych brytyjskich stacji telewizyjnych), ale w zamian za to zaprasza na prywatne spotkanie przez koncertem. Szczegóły wkrótce. Pracuję jednak zbyt długo jako dziennikarka, żeby nie wiedzieć, że "szczegóły wkrótce" oznaczają mniej więcej to samo, co "oddzwonimy do pana" po rozmowie kwalifikacyjnej.

Nie naciskałam. Już sama podróż do Londynu (to był mój pierwszy raz) była spełnieniem marzeń, a jak wiadomo - nie można mieć wszystkiego. Tzn. ja myślę, że można, ale tylko przez chwilę. W każdym razie, jedyne co mi pozostało to stanie w kolejce sześć godzin przed koncertem i bieg po wpuszczeniu do klubu Koko pod barierki. Jako że szczęście dopisywało niesamowicie tego dnia, jeden ze znajomych (administrator grupy TLC Army) wpisał mnie i kilka innych osób na listę gości i zamiast długiego i żmudnego koczowania poszliśmy zobaczyć pomnik Amy Winehouse, znajdujący się na Camden. Fun fact - Amy była wielką fanką TLC, w którejś wkładce z płyt wymienia "3D" jako inspirację, a T-Boz coverowała ostatnio "Valerie".

Równo o 19, zgodnie z zapowiedziami, wpuszczono nas do klubu i faktycznie byliśmy pierwsi. Po chwili DJ rozgrzewał zgromadzoną publiczność. Szacun za "Doin' It" LL Cool J-a, nie słyszałam tego kawałka chyba z pięć lat. Jakieś pół godziny później odpaliłam internet, by sprawdzić czy wydarzyło się coś nowego w sprawie ewentualnego spotkania. TAK! JEST E-MAIL! SZCZEGÓŁY! Na podjęcie decyzji, czy zostaje pod sceną czy ryzykuję utratę miejsca w zamian za spotkanie swoich idolek prywatnie, miałam jakieś dwie sekundy bowiem koncert miał zacząć się za kilkanaście minut. Teraz albo nigdy. Chwilę później stałam już w okienku na wejściu, wyjaśniając pani kim jestem, czemu moje nazwisko nie jest na liście, choć mam w rękach dowód, to i tamto. W końcu wykonano telefon do właściwego człowieka, który zabrał mnie na backstage. I tym oto sposobem, po niemal dekadzie uwielbienia dla najlepiej sprzedającego się girlsbandu R&B w Ameryce, udało mi się z nimi chwilę porozmawiać (dziwne, że byłam w ogóle w stanie cokolwiek powiedzieć), przekazać drobne prezenty i listy (oczywiście, że to przygotowałam wcześniej!), oraz zgarnąć podpisane dwie płyty. Więcej marzeń już nie mam.

A sam koncert? Oczywiście nie było mowy o powrocie pod barierki, wiec całe show oglądałam już z balkonu. Zaczęło się spokojnym "Diggin' On You", po czym wszyscy momentalnie przenieśliśmy się do lat 90. i ery "Ooooooohhh... On the TLC Tip", dzięki pulsującym singlom "What About Your Friends" i "Ain't Too Proud To Beg". Możecie wierzyć lub nie, ale T-Boz nie straciła nic ze swojego młodzieńczo-oldschoolowego swagu. No i te fantastyczne złote stroje, klasa!

Na scenie TLC towarzyszyła grupa tancerzy, live band, a także chór gospel (!), który dołączył na sam koniec. Podczas "Red Light Special" Chilli zaprosiła na scenę chłopaka z publiczności, tańcząc przy nim na krześle, zupełnie tak, jak było podczas trasy Fanmail kilkanaście lat temu.

Oprócz tego, TLC zaprezentowały także nowe numery. "Sunny", "Way Back" i "Haters" doskonale współgrają ze starym repertuarem, a nie zapominajmy, że to grupa, która co płytę oscylowała w nieco innym kierunku. Oczywiście, wciąż największym powodzeniem (a można to było zobaczyć po ilości telefonów w górze) cieszyły się "Unpretty" czy "No Scrubs", ale ogólna ekscytacja sprawiła, że koncert przebiegł niezwykle gładko i... niestety równie szybko. W drugiej ze wspomnianych piosenek zabrakło niestety zwrotki Left Eye, choć jej obecność była podkreślona zdjęciami na ekranie oraz wzruszającym zakończeniem "Waterfalls".

TLC obiecały, że wrócą do Europy po letniej trasie w Stanach Zjednoczonych. Bardzo bym sobie tego życzyła, ale póki co, w dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że we wtorek byłam świadkiem tego historycznego koncertu. A że nie było wywiadu? No cóż, skoro czekałam na krótkie spotkanie dziesięć lat, mogę poczekać kolejną dekadę, by usiąść z nimi na dłużej.