Kurierka to styl życia
Honor: For The Brave

Kurierka to styl życia

Cały dzień robię to, na co ludzie czekają do urlopu. I jeszcze dostaję za to kasę
29 Kwiecień 2017, 6:00am

Zdjęcia Radek Kołakowski & Paweł Starzec. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane smatfonem  Huawei Honor 8.

Rower kojarzy się raczej z niedzielnymi przejażdżkami albo codzienną drogą do pracy. Są jednak ludzie, których cała praca opiera się na dwóch kołach i sile ich nóg. Kurierzy rowerowi, którzy czasem mijają cię na światłach, są jednym z elementów napędzających funkcjonowanie dużych metropolii. Deszcz? Śnieg? Zerwany łańcuch albo sflaczała dętka? Ubierasz się ciepło, a w torbie masz pół warsztatu. Nie ma wymówek, klienci czekają na swoje paczki. Pogadaliśmy z kurierami o realiach ich pracy.

Cyrkiel, Warszawa

To jest trochę subkultura, z którą bardzo mocno się identyfikujesz ‒ ja chyba nie mam innych koszulek bawełnianych niż te, będące pamiątkami z różnych eventów rowerowych. Pojechałem na wakacje do Londynu i tam znalazłem pracę na rikszy. Generalnie żyję raczej z nocy, więc moja praca polegała głównie na wożeniu imprezowiczów. Potem wróciłem do Warszawy na studia‒ architektura, ale skończyły się przedterminowo. Trzeba było znaleźć pracę, więc zostałem kurierem. Jeżdżenie na rowerze jest stylem życia, sam generalnie nie poruszam się inaczej niż rowerem, tak jak prawie wszyscy moi znajomi. W ogóle wydaję mi się, że większość ludzi 20-30 letnich w Warszawie porusza się rowerem.

Większość z nas ma pseudonimy, w zasadzie to bardzo często zdarza się, że nie wiem jak ktoś, z kim spędzam mnóstwo czasu, naprawdę się nazywa. Nawet pracodawcy nie wiedzą jak kto ma na imię. Tworzymy środowisko skupione wokół rowerów. Wspólnie pracujemy, ale czasem jeździmy razem również po pracy.

W 2011 roku założyliśmy Warszawski Fundusz Kurierski. Robimy różne imprezy, zbieramy kasę i w przypadku kiedy komuś przytrafi się jakiś wypadek, dostaje pomoc z tych funduszy. Tak wyobrażam sobie działanie dla swojej społeczności, jakąś wspólnotę. W tym monecie zrzeszone jest jakieś 30 osób, aktywnie działa kilkanaście. Póki co pieniądze się kumulują, wypadki rzadko się zdarzają ‒ zwykle ludzie, którzy zaczynają pracować mają jakieś wypadki, ale z czasem nabiera się ulicznej ogłady i poczucia, że nie trzeba wcale szaleć, bo ma się szybki rower. Organizujemy różne eventy, zawody rowerowe i przy tej okazji zbieramy hajs. Mamy jakiś konkretny cel i nie czujemy potrzeby, żeby się rozrastać.

Najbardziej niebezpieczna jest ludzka głupota, zdarzyło mi się, że jedna kobieta miała pieska na kierownicy i prawie mnie przejechała, bo psiak zaczął marudzić. Inny koleś odmawiał różaniec, który mu upadł i ważniejsze było to, żeby go podnieść, niż kontrolować to, co dzieje się na drodze. Telefon, SMS-y, filmiki ‒ to standard.

Mnie jest już dość trudno czymś zadziwić na drodze, po kilku dobrych latach jeżdżenia, ale ludzie w samochodach lubią niespodziewanie otwierać drzwi ‒ ma się wtedy bardzo mało czasu na reakcję. Zwykle raczej zawczasu widzę, że ktoś zrobi coś głupiego, myśli o czymś innym. Trzeba obserwować, zaglądać kierowcom w lusterka.

W torbie mam praktycznie cały warsztat, nie mogę sobie pozwolić, żeby jadąc z jakąś super ważną przesyłką, rower gdzieś mi się po drodze zepsuł i uniemożliwił dotarcie do celu

Kurierzy często jeżdżą też za dużymi samochodami, korzystając z tzw. tuneli powietrznych ‒ nie masz oporu powietrza, więc możesz rozwinąć prędkość równą samochodowi jadącemu przed tobą. Wtedy trzeba dobrze przemyśleć, kiedy taki samochód może się zatrzymać, zahamować i szybko wymanewrować, żeby nie wjechać.

W torbie mam praktycznie cały warsztat, nie mogę sobie pozwolić, żeby jadąc z jakąś super ważną przesyłką, rower gdzieś mi się po drodze zepsuł i uniemożliwił dotarcie do celu. Muszę dostarczyć tę przesyłkę, bo jest przetarg za ileś tam milionów złotych i ta moja przesyłka jest na wagę złota. Jak coś się stanie, to muszę dać radę sam.

Jak się wcześnie robi ciemno, to widzisz tę grę świateł miasta i samochodów, czujesz się jak w jakimś filmie sci-fi. Ja bardzo lubię miasto jako taki fenomen, organizm. Kiedy jeździsz rowerem, bardzo integrujesz się z miastem, jesteś jego częścią. Doznania w trakcie jazdy są dużo bardziej intensywne, niż jakbyś przechodził tę samą trasę pieszo. Przejeżdżasz miasto, widzisz jak ono żyje i zmienia się z czasem. Bardzo interesuję się miastem, obserwuję te zmiany. A jazda rowerem jest po prostu przyjemna, trochę jak medytacja, trans, możesz się też wyżyć. I jest po prostu wygodnie, wsiadasz i jesteś tam, gdzie chcesz. Jesteś w centrum, żeby za kilka minut być zupełnie w innym miejscu, które ma inną energię. Od wieżowców w centrum, przez małe uliczki i urocze wille na Żoliborzu, po wielkie kominy na Żeraniu.

To miasto jest trochę tak skonstruowane, że na ulicy każdy jest wrogiem każdego (śmiech). Większość przepisów ruchu drogowego skonstruowana jest z myślą o użytkownikach samochodów, dlatego jeżdżąc rowerem ciężko jest ich nie łamać. Zdarzają się paradoksalne sytuacje, kiedy masz zakaz zatrzymywania się a zaraz za nim stojak do parkowania rowerów. W pracy, jak się ma doświadczenie i „umie się" miasto, to praktycznie zawsze będzie się szybciej, niż rowerzyści, którzy kombinują i szaleją na drodze. Zmiany typu ścieżki i śluzy nie wpływają na naszą pracę, czy może czasem tylko ją utrudniają ‒ infrastuktura w Warszawie jest budowana z myślą o poruszaniu się po niej 10 km/h, a nie 30 czy 40. Tylko że kiedy nie jadę po ścieżce, staję na odcisku wszystkim wokół.

Aktywizm to jest coś znacznie szerszego niż Masa Krytyczna i ścieżki. Reanimowaliśmy na chwilę tor Nowe Dynasy na warszawskiej Pradze, wysprzątaliśmy teren, wszystko po to, żeby uratować go przed wyburzeniem. Robimy imprezy rowerowe, w tym roku będą w Warszawie zawody PCMC (Polish Cycle Messenger Championships), ale brać udział może każdy, nie tylko zawodowcy, bo chodzi bardziej o zajawkę, integrowanie środowiska.

Aktywizm miejski jest od jakiegoś czasu problematyczną etykietą, bo stał się przepustką do polityki, w albo poza strukturami partii. Poza rowerem jestem członkiem Stowarzyszenia Miasto Moje. Rozumiem aktywizm jako działanie w stylu Grupy Pewnych Osób z Łodzi. To ludzie, którzy po prostu się skrzykiwali i rozwiązywali konkretne problemy w okolicy, malowali pasy na przejściu dla pieszych i tak dalej.

Chris, Wrocław

Jeżdżę, odkąd skończyłem liceum, czyli cztery i pół roku. Cały czas na kurierce, cały czas na pełen etat. Były jeszcze studia, ale mi się nie podobało. Na stałe po mieście jeździ tylu kurierów, że jestem w stanie wyliczyć ich z pamięci. Na stałe jest osiem, dziewięć osób. Jedna firma. Codziennie minimum sześć godzin, czasami więcej, ale zazwyczaj ogarniam wszystko, co jest do rozwiezienia szybciej, bo się nie opieprzam.

Po godzinach właściwie też średnio schodzę z roweru. Jest Tragedia, w której staram się robić różne rzeczy, imprezy na które sam chciałbym chodzić. Poza tym alleycaty, goldsprinty, rowerowe zawody – w tym wszystkim chodzi o coś więcej, niż ściganie się po ulicach, po których dzień w dzień robimy zmiany na kurierce. Ostatnio zaangażowaliśmy się w rowerownię na CRK, społeczny warsztat dostępny dla wszystkich, gdzie raz w tygodniu można przychodzić, uczyć się samodzielnie naprawiać rower, nauczyć się jego budowy, żeby móc obejść się bez serwisu.

Jest dobrze, bo cały dzień siedzisz na rowerze, i jest najgorzej, bo cały dzień siedzisz na rowerze

Robimy rzeczy, z których sami chcemy korzystać, to nie żaden górnolotny aktywizm, tylko DIY w praktyce, i robienie czegoś z zajawki. Moja praca jest moją pasją albo moja pasja jest moją pracą. Wszyscy jesteśmy jedną ekipą, więc zmęczenie robotą ma trochę inny wymiar.

Będę jeździł tyle, ile będę mógł, ale całe życie się pewnie nie da. Są wariaci, którzy mają po pięćdziesiąt kilka lat i jeżdżą, ale chyba musiałbym się przenieść z Wrocławia na takie numery. Najlepsza i najgorsza strona mojej pracy? Cała kurierka jest najlepsza i najgorsza. Nie chodzi o półśrodki, tylko o samo sedno – jest dobrze, bo cały dzień siedzisz na rowerze, i jest najgorzej, bo cały dzień siedzisz na rowerze. Dziś leje i niestety muszę wykręcić zmianę, a jutro będzie bezwietrzne 25 stopni i na szczęście będę mógł cały dzień jeździć po mieście.

Endrju, Wrocław

Od trzech dni jestem znowu w pracy, dla nowej firmy. Musiałem zmienić miejsce pracy, bo miałem wypadek – kilka dni w szpitalu, ban na jakikolwiek ruch czy sport na ponad pół roku. Potrącił mnie facet, który wyjechał z podporządkowanej, jego wina.

W tamtej firmie warunki były takie, że schodząc, czy właściwie zlatując z roweru traciłem źródło dochodów, unieruchomiony tamtą sytuacją nie miałem praw do żadnych odszkodowań czy zapomogi od pracodawcy. Jest Warszawski Fundusz Kurierski, czy Europejski Fundusz Kurierski, który powstał właśnie po to, żeby zabezpieczać kurierów w takich sytuacjach. Ja nie aplikowałem, bo całe szczęście miałem jakiekolwiek zaplecze, z którego mogłem się utrzymać, kiedy dochodziłem do siebie. Teraz za hajs z odszkodowania będę balował.

Czy kurierka jest niebezpieczna? Zawodowo nie jeżdżą świeżaki, tylko raczej ludzie, którzy dobrze wiedzą jak jechać, żeby nikomu nic się nie stało i jednocześnie być na czas, znają miasto. Bywają ludzie z przypadku, którzy albo się szybko uczą, albo odchodzą, bo nie są w stanie się wyrobić. Często jeździsz brawurowo, ale wiesz co robisz. A na końcu okazuje się, że za większość wypadków odpowiadają kierowcy, fenomen.

Przez te 10 lat zajawki rowerowej widzę jak zmienia się Wrocław, i mentalność kierowców. To idzie w parze z infrastrukturą. Nie jest idealnie, to nie jest jak na mitycznym Zachodzie

Jestem permanentnym studentem od sześciu lat. Specjalizacja? Socjologia miasta. Niby nie realizuję tego zawodowo, ale coraz bardziej kombinuję jak przełożyć doświadczenie z kurierki na konkret, jak wyciągnąć z tego wnioski od tej naukowej strony. Nie czuję się aktywistą, bo aktywizm to często machanie szabelką i strojenie się dla popisu. Bardziej chodzi mi o robienie konkretnych rzeczy.

Przez te 10 lat zajawki rowerowej widzę jak zmienia się Wrocław, i mentalność kierowców. To idzie w parze z infrastrukturą. Nie jest idealnie, to nie jest jak na mitycznym Zachodzie. No, ale kiedy pojawiły się śluzy rowerowe dwa lata temu, nawet rowerzyści drapali się po głowie ze zdziwieniem – a teraz nawet w zimie, kiedy kierowcy zapominają o istnieniu rowerzystów, wszyscy stają grzecznie zostawiając miejsce dla rowerów. Rośnie świadomość, ludzie uczą się miasta dostępnego dla wszystkich.

Do kurierki doszedłem od zajawki na ostre koło. Wciągnął mnie YouTube, potem był etap składania rowerów, aż w końcu ktoś rzucił, że skoro tak się tym interesuję, to może warto zająć się tematem na poważnie. Już w liceum, jako taki typowy pasjonat ‒ miejski rowerzysta, trochę sobie marzyłem o byciu kurierem, ale wtedy to chyba nawet nie miałbym dla kogo pracować. To brzmi górnolotnie, ale to było moje marzenie. Siedzę na rowerze cały dzień i mi za to płacą. Jest też inny, istotny element ‒ nie wyobrażam sobie bycia kurierem w dużej firmie. Szanuję ich pracę, ale kurierkę rowerową napędza klimat, firmy powstają na bazie nieformalnych kolektywów, spółdzielni, szefem jest często były rajder. Ten klimat wynagradza wszystko, nawet w taki obleśny dzień jak dziś.

A sama praca? Rytm. Nie jeżdżę codziennie, bo wracam do formy, ale działa to tak: śniadanie, kawa, wczorajsza gazeta, telefon od dispatchera, rower, jakieś sześć, siedem godzin kręcenia. Kupiły mnie piękne kawałki o byciu wolnym, o tym, że w pracy robisz to, na co inni czekają do urlopu, i dalej bym się pod tym podpisał. To, że czasem się zamęczę albo że zmarznę, albo że ludzie nie traktują tego jak uczciwą pracę? No to niech sobie nie traktują, co mnie to obchodzi, nikt mnie po plecach za to klepać nie musi.

Wożę dla różnych dużych korporacji oraz, co jest naszym lokalnym filarem kurierskiego biznesu, dla stomatologów i weterynarzy. Protezy dentystyczne to luz, ale wyobrażasz sobie, że policja zatrzymuje cię za jakieś przeloty na czerwonym, a ty masz w torbie krew dla psa na stole operacyjnym. Ponoć mięknie im serce, chociaż nie mamy kogutów jak karetki. Tak przynajmniej mówią, bo mnie nie zatrzymali w pracy za nic, nigdy ‒ wcześniej, w cywilu, na starej damce, co chwilę.