Seks, praca, feminizm – Escort Girl opowiada, jak łączy ze sobą te rzeczy
Ilustracja: Eleonora Rogińska
sex work

Seks, praca, feminizm – Escort Girl opowiada, jak łączy ze sobą te rzeczy

Podaję w ogłoszeniu ogólny zakres usług, a klient dopytuje o szczegóły: „ile zbliżeń jest możliwych w godzinie?”, „czy podczas sesji fetyszowej oferujesz pissing?”, „gdzie mogę skończyć?”, „czy masz cienkie czarne rajstopy?”
22.11.17

„Artykuł, który ma pokazać ludzi, którzy się prostytuują jako normalnych ludzi, którzy wykonują tylko swój zawód, śmiechu warte” [oryginalna pisownia] – grzmiał komentarz z największą ilość lajków pod tekstem o pierwszym w Polsce Sex Work Feście, na którym sex workerki i sex workerzy mogli się nie tylko poznać, ale też wymienić doświadczeniami, opowiedzieć o swojej pracy. Oczywiście nie zabrakło też takich, gdzie podważano „sex working” jako zawód – bo przecież to po prostu „kurwienie się". Komentatorami byli praktycznie sami mężczyźni – obyczajowi puryści w kraju, gdzie z samej prostytucji w 2013 rok do budżetu państwa wpłynęło wtedy 657 mln złotych, a w 2015 roku portal WP donosił, że w Polsce ok. 200 tys. osób utrzymuje się z prostytucji.

Reklama

„Trudno jest w Polsce ocenić skalę zarobków osób świadczących usługi seksualne. Polskie prawo udaje, że takiej działalności nie ma i traktuje ją tzw. abolicjonistycznie. Prostytutki z jednej strony nie muszą rozliczać się z fiskusem, ale też nie mogą zarejestrować swojej działalności i podpisywać umów z klientami” – pisał Newsweek w październiku, analizując dochody Polaków zarabiających w ten sposób.

Kiedy jednak postanowiłem dowiedzieć się, jak wyglądają różne gałęzie sex-workingu w Polsce i za granicą, rozmawiając z kobietami, które łączą swoją pracę z feministycznymi wartościami – zaskoczyła mnie skala negatywnych reakcji w grupach, które powstały głównie po to, by walczyć o równe prawa wszystkich kobiet.

Komentarze niektórych pań nie różniły się bardzo o tych, które przytoczyłem na początku tekstu. Ktoś nawet zarzucił mi zachęcanie do prostytucji – tylko dlatego, że pracowniczki seksualne mogły opowiedzieć o swojej pracy oraz o tym, jak ich decyzje wpłynęły na życie i postrzeganie kobiecości. Oczywiście przy okazji słusznie też zwrócono uwagę na szereg niebezpieczeństw czyhających na kobiety, które decydują się na pracę w „szarej strefie”. Może gdyby jednak polskie prawo przestało „udawać, że takiej działalności nie ma” to poprawiłoby sytuacje wszystkich – sex workerek, sex workerów i ludzi, którzy korzystają z ich usług?

Poniżej ostatnia część wywiadów na temat pracy seksualnej w Polsce. Bohaterka woli pozostać anonimowa. Pozwala jedynie na użycie swojego pseudonimu: Święta Ladacznica.

Reklama

VICE: Jak wygląda twój typowy dzień w pracy?
Święta Ladacznica: Wczesnym popołudniem przyjeżdżam do mieszkania, w którym spotykam się z klientami. Szykuję się tam do spotkań (codzienna higiena + ubiór i makijaż) i zaczynam umawiać spotkania (chyba że mam już coś zaplanowanego). W tym celu odpisuję na nadchodzące maile i odbieram telefony.

W ciągu dnia mam jedno, czasem dwa lub rekordowo trzy spotkania (więcej nie dałabym rady, spotkania są bardzo intensywnym doświadczeniem). Wolny czas spędzam na nauce, pracy lub rozmowach z bliskimi. Wyskakuję gdzieś na obiad lub gotuję sama. Do domu wracam późnym wieczorem lub w nocy, czasami nie mam siły i wtedy nocuję na miejscu. Bywa, że wieczorem mam spotkanie na mieście, które najczęściej wygląda jak typowa randka.

Jak często spotykasz się z klientami i w jaki sposób się z tobą umawiają?
Mam ogłoszenia w internecie, które zawierają mój numer telefonu i możliwość kontaktu poprzez stronę. Klienci dzwonią i piszą z pytaniami o szczegóły, których nie znaleźli w ogłoszeniu (często w ogóle ich nie czytają lub chcą się upewnić, że to ja je napisałam). Spotkań mam około 20 w miesiącu – czasem więcej, czasem mniej. Są dni, kiedy nie mam żadnych i takie, kiedy mam trzy.

Kto ustala zasady spotkania? Na co mogą sobie pozwolić osoby, z którymi się spotykasz? Czy to jest forma kompromisu potrzeb?
Zawsze ja ustalam zasady. Nie zgadzam się na nic, czego nie zrobiłabym dla przyjemności, za darmo. Nawet jeśli spotkanie odbywa się w klimacie BDSM i to ja jestem osobą uległą, klient zna granice – ustalamy je przeważnie jeszcze przez telefon, czasem przed rozpoczęciem akcji.


Lepiej wiedzieć więcej. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku, by być z nami na bieżąco


Przeważnie wygląda to tak, że ja podaję w ogłoszeniu ogólny zakres usług, a klient dopytuje o szczegóły: „ile zbliżeń jest możliwych w godzinie?", „czy podczas sesji fetyszowej oferujesz pissing?", „gdzie mogę skończyć?", „czy masz cienkie czarne rajstopy?". Pozwalam na wiele, ale mam również sporo rzeczy, których nie robię. W całej mojej karierze zaledwie kilka razy zdarzyło się, że klient próbował wymusić coś spoza mojego repertuaru – przeważnie wszyscy pytają przed spotkaniem o rzeczy, co do których mogą podejrzewać, że mogę się na nie nie zgodzić. Szczególnie amatorzy seksu bez zabezpieczenia zaczynają rozmowę od pytania, czy taki oferuję.

Kiedy i dlaczego postanowiłaś zostać sex workerką?
To był długi proces dojrzewania do tej decyzji. Praca seksualna zawsze mnie ciekawiła i pociągała, ale miałam wiele oporów i obaw. Zadecydował głód. To było pięć lat temu. Spotkałam się kilka razy w ciągu roku i zrezygnowałam. Potem kręciły mnie kamerki, ale okazały się pomyłką – nie czuję się dobrze w roli wideomodelki i nie mam pomysłu na transmisje. Natomiast kiedy znowu znalazłam się w sytuacji podbramkowej, przypomniałam sobie o spotkaniach sponsorowanych i trafiłam do agencji. Później wróciłam do pracy na własną rękę.

Reklama

Czym dla ciebie jest feminizm i jak można go łączyć z twoją profesją?
Feminizm jest dla mnie dążeniem do równości i prawem każdego do samostanowienia o sobie – oczywiście w granicach rozsądku i prawa. Choć z tym prawem to różnie bywa, bo wiele przepisów jest krzywdzących, na przykład brak równości małżeńskiej dla osób nieheteronormatywnych i kryminalizacja trzecich stron w pracy seksualnej. Szczególnie boli mnie zakaz tak zwanego kuplerstwa, bo uniemożliwia nam profesjonalną samopomoc – prawo zakazuje każdemu, także seksworkerom i seksworkerkom, odpłatnego ułatwiania świadczenia usług seksualnych, więc nie możemy się zrzeszać i pomagać sobie wzajemnie. Niefeministyczne jest także postrzeganie nas, seksworkerek, jako kobiet upadłych, wymagających ratunku ze strony innych i patologizowanie nas. Miewamy swoje problemy, ale dążymy – w ramach feminizmu – do odzyskania prawa do decydowania o własnym losie, w tym o możliwości wyboru pracy seksualnej. „Nic o nas bez nas".

Jak postrzegasz ruch feministyczny w Polsce?
Nie czuję się dobrą osobą do diagnozowania całego ruchu. Postrzegam siebie samą jako feministkę „prywatną", stawiającą pierwsze kroki w aktywizmie seksworkerskim, a nie jako „działaczkę feministyczną". Nie czytam klasycznych dzieł feministycznych, nie obracam się w kręgach znanych ludzi, nie śledzę polemik na tematy, które nie interesują mnie osobiście. Po prostu popieram równość i większość feministycznych postulatów, więc identyfikuję się jako feministka.

Reklama

Mogę jednak powiedzieć, że w moim otoczeniu zauważam sporo sprzeczności i brak intersekcjonalizmu. To dobrze, że jesteśmy różne, ale to, że we własnym gronie musimy wciąż pracować u podstaw i uczyć siebie nawzajem, jest trudne i myślę, że trochę nas osłabia. Po Manifie usłyszałam, że jakaś bardziej znana feministka marudziła na „brak normalnych kobiet", kiedy na platformie występowały pracownice seksualne, osoby LGBTQ i inne mniejszości. Ale moją nadzieję budzi to, że ten proces się dzieje, że wielu ludziom chce się rozmawiać i uczyć od siebie wzajemnie.

Śledź autora na jego profilu na Facebooku

Przeczytaj też inne historie: