komentarz

Nie jest jeszcze tak źle, żeby zabijać się w proteście przeciw władzy

Nieznany mężczyzna próbował się spalić się żywcem, aby „PiS miał jego krew na rękach”. Ale przecież wciąż możemy protestować inaczej
Zdjęcie zrobione wieczorem pod PKiN w dniu, kiedy mężczyzna się podpalił. W miejscu ktoś zostawił pierwsze znicze. Fotografia udostępniona dzięki życzliwości Patryka Chilewicza

Świadkowie mówią, że z daleka wyglądało to jak uliczny happening albo płonący kosz na śmieci. Ale to był człowiek – który zdecydował się zginąć w płomieniach, żeby zwrócić uwagę przeciwko władzy. „Chciałbym, żeby Prezes PiS oraz cała PiS-owska nomenklatura przyjęła do wiadomości, że moja śmierć bezpośrednio ich obciąża i że mają moją krew na swoich rękach" – napisał w liście, który rozdawał przed samobójczą próbą.

Reklama

„Wezwanie swoje kieruję do wszystkich Polek i Polaków, tych, którzy decydują o tym, kto rządzi w Polsce, aby przeciwstawili się temu, co robi obecna władza i przeciwko czemu ja protestuję". Wystosował też 15 punktów, które zmotywowały jego decyzję, wśród nich ograniczanie swobód obywatelskich, szerzenie nienawiści, dyskryminowanie ze względu na płeć, orientację czy pochodzenie.

Chyba każdy w obliczu tak dramatycznego zdarzenia zastanawia się, co myśli osoba, która decyduje się na bolesną śmierć w płomieniach, żeby wyrazić swój protest. I czy ta ofiara ma w ogóle sens? Dwa przypadki samospalenia, które weszły do historii – to dokonane przez polskiego filozofa Ryszarda Siwca i to pół roku później, w którym zabił się czeski student Jan Palach – stanowiły protest przeciwko inwazji na ogarniętą rewolucyjnym zrywem Czechosłowację. Ich adresatem był prowadzący imperialną politykę Związek Radziecki, którego system Siwiec określał jako „ani komunizm, ani socjalizm".

Zdjęcie zrobione wieczorem pod PKiN w dniu, kiedy mężczyzna się podpalił. W miejscu ktoś zostawił pierwsze znicze. Fotografia udostępniona dzięki życzliwości Patryka Chilewicza

Chociaż konstytucja PRL gwarantowała wolność słowa, za krytykę ZSRR groziły ciężkie reperkusje. O wolnych protestach, do jakich dziś jesteśmy przyzwyczajeni, nie było mowy – demonstracje rozpędzano przy użyciu broni palnej i wojskowego sprzętu. Nie istniały kanały, którymi można by głośno przeciwstawiać się władzy. Ofiary Palacha i Siwca były krzykami rozpaczy w obliczu braku innych możliwości. Chociaż nazywanie Jarosława Kaczyńskiego „dyktatorem" wypada dobrze na antysmoleńskich demonstracjach i komentarzach na „Soku z buraka", to nie godzi się porównywać naszej dzisiejszej sytuacji do tamtych wydarzeń, choćby przez szacunek dla ofiar tamtego i innych zbrodniczych systemów.

Reklama

Możemy wychodzić na ulice, kiedy władza zaczyna nadużywać zaufania, które dostała w demokratycznych wyborach – gdy ubezwłasnowolnia kobiety albo upartyjnia kolejne sfery państwa (nawet, jeżeli potem ściga nas ZAiKS, jak organizatorów protestu 3xVETO). Możemy pisać, krzyczeć, drukować, nagrywać, malować i wyświetlać co tylko chcemy. Jasne, władza nie pomoże nam w niczym, co nie jest zgodne z jej wizją Polski jako narodowo-katolickiej sielanki, gdzie tylko „chłopak dziewczyna normalna rodzina". Ale kiedy banda neonazistów w koszulkach patriotycznych próbuje zastraszyć artystów z nieprawomyślnego teatru, nie udaje im się to tak łatwo, jak pewnie to sobie wyobrażali zaraz po wyborach.


Bądź z nami na bieżąco. Polub nasz fanpage VICE Polska


Nie potrzebujemy dziś dramatycznych gestów, tylko codziennego oporu i nie zgadzania się na ideologię, którą władza prezentuje nam jako oficjalną prawdę. Václav Havel, który po upadku sowieckiego systemu został prezydentem Czechosłowacji, nazywał to „niezależnym życiem społeczeństwa". O życiu w komunistycznym kraju pisał w ten sposób: „W epoce kryzysu pewników metafizycznych i egzystencjalnych, w epoce wykorzenienia, alienacji człowieka oraz utraty wiary ideologia ta nieuniknienie musi mieć szczególną, hipnotyczną siłę przyciągania: zbłąkanemu człowiekowi obiecuje łatwo dostępny «azyl» – wystarczy przyjąć ją i natychmiast wszystko znowu jest jasne, życie nabiera sensu, a z jego horyzontu znikają tajemnice, pytania, niepokój i samotność. Za taki azyl płaci się jednak drogo, rezygnacją z własnego rozumu, sumienia i odpowiedzialności". Coś wam to przypomina?

W swoim eseju Siła bezsilnych Havel przeciwstawia takiej postawie działalność pisarzy, którzy piszą co chcą, naukowców i filozofów, którzy prowadzą niezależne badania, obrońców interesów pracowników, twórców niezależnych związków zawodowych czy ludzi którzy nie obawiają się „sygnalizować władzom bezprawia" – aż po młodych subkulturowców, chcących „żyć po swojemu". Wszystko to możemy robić dzisiaj. Na dramatyczne gesty oby nie przyszła pora.