10 najważniejszych płyt

10 najważniejszych płyt (a tak naprawdę 14): Muniek Staszczyk

Jedna z legend polskiej sceny opisuje "artystów, którzy zmienili moje życie, "zbudowali" moją osobowość i postrzeganie ludzi oraz świata…".

tekst Artur Szklarczyk
20 Październik 2017, 9:45am

35 lat na scenie z zespołem T.Love, kilkanaście płyt studyjnych z tą załogą, ale też poboczne projekty Szwagierkolaska czy Yugopolis - Zygmunta Staszczyka nie trzeba przedstawiać nikomu, kto nawet okazjonalnie interesuje się muzyką. Szkoda więc, że przez długi czas nie usłyszymy jego charakterystycznego głosu, bo - jak twierdzi - po zakończeniu tego roku zawiesza działalność swojego zespołu. Ale od czego Noisey Polska i rubryka "10 najważniejszych płyt"? Zwłaszcza że słuchanie muzycznych opowieści Muńka to niezwykła frajda - dla mnie, dziennikarza i fana muzyki, ale mam nadzieję, że również dla was!

- Dziesięć albumów? Tylko dziesięć?! Trudny wybór - pomyślałem na początku. Bo przecież nie da się 40 lat słuchania muzyki zamknąć w tak małej iliczbie tytułów. Dlatego poniższe zestawienie nie jest moim płytowym "greatest hits" czy rankingiem TOP10. To raczej dziesięć płyt wykonawców, którzy mnie ukształtowali - jako muzyka i człowieka. Artystów, którzy zmienili moje życie, "zbudowali" moją osobowość i postrzeganie ludzi oraz świata…

Muddy Waters "Electric Mudd", 1968

Na początek coś z bluesa, bo to "korzeń" całego rock'and'rolla. Podstawa wszystkiego, co zdarzyło się później w muzyce rozrywkowej. "Electric Mud", czyli fantastyczny album zawodnika, który sypał płytami jak z rękawa - tylko w 1967 roku wydał cztery krążki! Mnie ujął rok późniejszą sesją, do której zebrał naprawdę ostrą pakę. Louis Satterfield, Charles Stepney, Gene Barge, Pete Cosey, Roland Faulkner, Morris Jennings i Phil Upchurch - absolutny dream team. No i wyszedł im szalony miks rocka, psychodelii i brzmień rodem z Południa - mocno jednak osadzonych na bluesowym fundamencie. Mocno elektryzująca rzecz!

Bob Dylan "Desire", 1976

Jak wybrać z dorobku Dylana tę jedną, jedyną płytę? No właśnie… Dlatego decyduję się na pierwszy album, jakiemu przyjrzałem się z pewną świadomością - bo już wcześniej miałem kontakt z jego twórczością. Po raz pierwszy słuchałem tego materiału jeszcze na kasecie gdzieś na początku lat 80. Dopiero później kupiłem ją sobie na winylu. Odkrywając "Desire" znałem trochę angielski, dzięki czemu mogłem sobie przetłumaczyć te teksty. Dziś mogę powiedzieć, że nie byłoby naszej piosenki "King", gdyby nie "Hurricane" z tego krążka - długa, epicka opowieść o czarnym bokserze skazanym niesłusznie za czyny, których nie popełnił. Potem zachwyciłem się i zrozumiałem "Isis" oraz "One More Cup Of Coffee". Ale taką na przykład "Joey" znałem już wcześniej z radiowej Trójki…

Znakomita, spójna, piękna płyta - nagrana praktycznie w jedną noc. No i drugi wokal w wykonaniu Emmylou Harris…

Ten album odcisnął na mnie - twórcy i tekściarzu - ogromne, pozytywne piętno. I do dziś jest jednym z najważniejszych tytułów (o ile nie najważniejszym), które ukształtowały moje spojrzenie na muzykę i przekaz.

T. Rex "Electric Warrior", 1971

Następna wspaniała płyta z czasów beztroskiej młodości - nagrana przez grupę, której muzykę, będąc jeszcze gnojem, autentycznie kochałem. Wszystko zaczęło się oczywiście od Trójki, na której się wychowałem - to w tej stacji usłyszałem po raz pierwszy sztandarowy singiel Marca Bolana i jego grupy, czyli "Children of the Revolution" - puszczany w "Muzycznej poczcie UKF" i "W tonacji Trójki". Glam rock w wykonaniu Anglików poruszył moją wyobraźnię - zachwyciłem się energią tej muzyki, "rozchybotanymi" męskimi głosami no i progresywnym brzmieniem. Miałem jednak problem z wyborem między "The Slider", a "Electric Warrior". Obie płyty "łapią" Bolana w najlepszym okresie, czyli w latach 1971-72. Wiadomo, że miał on fantastyczną łatwość pisania znakomitych singli, ale przecież te albumy są zamkniętymi, wspaniałymi dziełami - bo co utwór, to hit. Plus Tony Visconti jako producent. 100 procent T. Rexa w T. Rexie. Czyli zespołu, który mnie ukształtował w czasach liceum.

Miałem coś takiego, że słuchając głosu Bolana czułem się, jakbym przenosił się w zupełnie inne rejony. Wiedziałem, że to był "obciachowy" glam rock, ale nie miało to dla mnie znaczenia. Tak samo, jak nie zawracałem sobie głowy biseksualnym image'em Marca. Każdy z nas, fanów muzyki miał chyba tak samo, że zamykał się w pokoju i albo darł się wraz z wokalistą. Albo brał paletkę do badmintona i udawał, że gra na gitarze. Ja miałem tak z muzyką T. Rexów - moją muzyczną miłością od pierwszego usłyszenia.

David Bowie "The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars", 1972

No i znów mam problem, która płytę wybrać. Moim zdaniem jego najlepszy czas przypadał na lata 1972-79, czyli glamowe płyty plus trylogia berlińska. Więc który album wartościowszy? "Heroes" czy któryś z wcześniejszych, glamowych krążków? Zdecydowałem się na ten drugi okres, którego - wraz ze Slade czy Garym Glitterem, ale też Bolanem i jego T. Rexami był w tamtym czasie flagowym reprezentantem. "Ziggy Stardust" to album kompletny - opowieść, która przenosi mnie w inne światy. Mnóstwo zespołów z lat 90. - Placebo, Suede, cała nowa fala punk rocka i brit popu inspirowała się Bowiem. Nie ma sensu gadać o sprawach oczywistych - jego kreacjach, czy o tym, co zrobił w sferze obyczajowej - bo "Ziggy" to genialna płyta - świetne piosenki i klimat. Uwielbiam takie płyty, w których jest magia, które przenoszą nas w inne miejsca. Oto David esencjonalny - artysta świadomy swego geniuszu.

Lou Reed " Transformer" , 1972

Konsekwentnie i chronologicznie idąc dalej - oto płyta, której Bowie był producentem. Chociaż również dlatego, że tam jest "Walk on the Wild Side" - pierwszy jego utwór, jaki poznałem. Bez Dylana nie byłoby Reeda, a bez Reeda - Bowiego - z tym, że oni się uzupełniali. A to wszystko w Nowym Jorku, kolejnej stolica dobrej muzyki rockowej, jaką lubię - tej granej z pazurem, pod włos. "Transformer" to album kompletny. No i gra tam - oczywiście znakomicie - Mick Ronson od Bowiego. Piękna muzyczna pocztówka z początku lat 70. z idealnie uchwyconym klimatem tamtych czasów. To płyta dla mnie ważna również dlatego, że m.in. dzięki niej "wchodziłem" w fascynujący świat muzyki. Pamiętam, że właśnie bodaj w 1973 roku tata kupił mi magnetofon. Dopiero potem wymieniłem te kasety na winyle.

Bob Marley "Babylon By Bus", 1978

Wybrałem Marleya, bo… musiałem! Bo dwóch moich ulubionych Bobów, to Dylan i właśnie Marley (śmiech). O tym, co zrobił dla reggae i muzyki w ogóle mówić można bez końca, ale to też trochę banał. I oczywistość. Marley dał światu z reggae, był pierwszą międzynarodową gwiazdą tej muzyki - kimś w rodzaju Beatlesów w muzyce reggae. Nagrał setki hitów, które stały się evergreenami. Nadawały się do tańca, ale miały tez niesamowitą, wręcz rewolucyjną siłę rażenia. Dlatego idealnie połączyły się z rodzącą się sceną punkową - co znalazło odzwierciedlenie w postaci utworu "Punky Reggae Party". Znaleźć go można, w wersji koncertowej, na krążku "Babylon By Bus" - moim ukochanym z dyskografii Boba. Bo choć miał on fantastyczne krążki studyjne, to właśnie na nim można znaleźć esencję koncertowego, soczystego brzmienia Wailersów - znakomitego zespołu z genialną sekcją rytmiczną basistą Astonem "Family Manem" Barrettem i perkusistą Carltonem Barrettem. Ten krążek to esencja roots reggae. Tą muzyką zachwycił się Eric Claton i The Rolling Stones. Piękna i ważna muzyka o ponadczasowym przekazie. Ale były to przede wszystkim rewelacyjne kompozycje. Plus przekaz - od Marleya "pożyczyłem" i wykorzystałem na lokalną skalę, w T.Love patent, żeby grać w taki sposób, żeby ludzie mogli tańczyć przy naszej muzyce. Ale też tak, żeby te utwory dawały do myślenia. Kocham Marleya za to, że on miał właśnie taki, niebezpieczny przekaz - uderzający w elity, polityków, korupcję, hipokryzję, konsumpcjonizm. Więc jeśli ktoś chciałby zacząć swoja przygodę z reggae, to "Babylon By Bus" - którą wybrałem jako "przekrojówkę", najlepszy wybór z twórczości Marleya - jest płytą idealną. Albumem, który porwie każdego.

The Clash " London Calling" , 1979

To właśnie The Clash połączyli amerykańską i brytyjską tradycję, zdefiniowali punk rock - sięgając po takie wzorce czy inspiracje, jak The Who czy The Kinks. Największa w tym zasługa Joe Strummera, który był genialnym kompozytorem i pisał znakomite piosenki. Dzięki niemu "London Calling" to album-ikona. Ciekawe, że jego producentem był Guy Stevens - facet, który nagrywał głównie hardrockowe kapele, w rodzju Procol Harum. A wreszcie jest "London Calling" albumem, który zmienił moje życie - tak jak pewnie innych "The Wall" Pink Floydów czy "Deep Purple". Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że żaden inny zespół czy artysta nie ukształtował mnie mentalnie tak bardzo, jak The Clash.

The Rolling Stones " Sticky Fingers" , 1971

Nie byłoby The Clash bez Stonesów. W ich przypadku również miałem problem z wyborem ten jedynej, najlepszej płyty. Dla mnie ich dorobek od 1968 roku, czyli "Beggars Banquet", do 1981, a więc "Tattoo You" to same genialne albumy płyty. Z tym że najbardziej lubię płyty z Mickiem Taylorem na gitarze. A najlepsza z nich jest "Sticky Fingers"- z kapitalnymi balladami i rockowymi, pełnokrwistymi utworami. No i genialną, ikoniczną dziś okładką Warhola. Ktoś, kto chciałby poznać twórczość Stonesów powinien zacząć właśnie od "Lepkich paluszków".

Sex Pistols " Never Mind the Bollocks, Here's the Sex Pistols" , 1977

The Clash to była inteligencja i finezja w punk rocku, ale tak naprawdę dla punkowców, metalowców i wszystkich ludzi lubiących rocka to właśnie Pistolsi byli największą bombą, która zmieniła wszystko. Mówi się, że ich debiut to proste granie, ale to bzdura - brzmienie na tej płycie jest wręcz kosmiczne. Nagrywali od tyłu, nakładali na siebie kilka warstw gitar, puszczali chóry kościelne, robili jakieś cyrki. Nie wiedziałem, jak wyglądają, więc kiedy usłyszałem ich w radiu, a był to utwór "Pretty Vacant" to pomyślałem, że to musi być kurwa jakaś okrutnie niebezpieczna załoga! Pierwszy puścił ich Marek Gaszyński, a ja wiedziałem tylko tyle, że jest taka kapela z Londynu i grają punka. Zakochałem się z miejsca w gitarze Steve'a Jonesa i wokalu Johnny'ego Rottena - on wrzeszczał, krzyczał jak nikt inny wcześniej, a ja czułem, że jego mikrofon wręcz strzela do mnie (śmiech)! Wiadomo - na żywo nie byli tak dobrzy, ale ta płyta prostu rozpierdala! Absolutna klasyka rock'and'rolla zarówno w momencie wydania, jak i teraz.

AC/DC " Highway To Hell" , 1979

Lubię hard rocka, ale metalu to już nie bardzo. Oczywiście szanuję Iron Maiden, ale to nie jest moja muza. W jakiś sposób ważnymi zespołami zarówno dla hard rocka, jak i dla mnie są Deep Purple i - wymykające się z ram tego gatunku Led Zeppelin. Ale pomyślałem, że polecę po linii "chamskiej". Stąd wybór AC/DC. Pamiętam jak dziś - jest 1979 rok, ja uczę się w drugiej klasie liceum i wychodzi płyta "Highway To Hell". Słucham jej pierwszy raz i myślę - ja pierdolę! Ależ to jest cios! W tamtych czasach w mojej rodzinnej Częstochowie nie było tyle płyt, co w Warszawie czy w Gdańsku. A tu nagle taki traf - mój kolega, który miał rodzinę w Londynie, pojechał tam na wakacje i kupił ten album. Siedzimy więc u niego po szkole, pijemy browar i słuchamy zachwyceni - z tych pięciu koleżków to potem Darek Zając i ja staniemy się muzykami T.Love. Nie przeszkadza nam… słaby adapter, jesteśmy szczęśliwi. Potem robimy rockoteki w szkole, napierdalamy to AC/DC i tańczymy. Głównie chłopaki, ale kilka dziewczyn również. Czuć w tym boogie woogie, ducha Chucka Berry'ego, do tego świr Bon Scott na wokalu. No i genialny gitarzysta Angus Young - gówniarz, ale już nie dziecko. No i znakomite piosenki. Jednym zdaniem - płyta skończona. Absolut.

Kraftwerk " Die Mensch-Maschine/The Man-Machine" , 1978

Zespół, który zrobił tak wiele dobrego dla muzyki elektro i techno. A ja miałem to szczęście, że w 1981 roku załapałem się na ich występ w Katowicach. To, że przyjechali wtedy do nas na kilka koncertów, wynikało chyba tylko z ciekawości tym, co jest za tzw. żelazną kurtyną. To były już czasy Solidarności, czuć było powiew zmian, ale w kraju nadal panował syf, a w sklepach nie było prawie nic. Zaczaiłem się pod hotelem na nich i dostałem autograf od Ralfa Hüttera, który wyszedł pojeździć sobie na rowerze. Własnym. A w Spodku zobaczyłem coś, co było jak science-fiction - wyszło na scenę czterech gości i praktycznie bez scenografii i jedynie przy niewielkim wsparciu sugestywnych świateł zagrało takie show, że aż mnie zatkało! W tamtych czasach bardzo mi się ta muzyka łączyła z punkiem - to był taki minimal, który jednak zainspirował nie tylko wspomnianą scenę elektro i techno, ale również hiphopowców, którzy samplowali Kraftwerk na potęgę. I robią to nadal.

Led Zeppelin " II" i " IV" ,1969/1971

Mam wielki problem z tym, żeby zdecydować się, czy wolę "Dwójkę" Zeppelinów, czy "Czwórkę", dlatego… wybieram obie płyty. A przecież pamiętam, że kiedy świadomie zacząłem słuchać muzyki, to trafiała przede wszystkim do mnie twórczość Deep Purple i Black Sabbath. Natomiast Led Zeppelin wydawali mi się trudniejsi - a w dodatku irytował mnie śpiew Planta. A potem jeszcze byłem podwójnie zirytowany, bo wszystkie polskie kapele tzw. jarocińskie, naśladowały Led Zeppelin i to już było ponad moje siły (śmiech). Dlatego nie "wdrożyłem" się w to granie. Dopiero po latach zobaczyłem, jak zajebista jest to muzyka. I jak nowatorska, progresywna. Dobrało się czterech kolesi i sięgając po całe dziedzictwo bluesa, które zajumali Williemu Dixonowi, stworzyli serię muzycznych arcydzieł. Wychowany na tych pierwszych czterech płytach puściłem je niedawno mojej córce, która ma obecnie 24 lata. I usłyszałem od niej: "Tato, jaka ta muzyka jest nowoczesna". No właśnie. A za chwilę minie 50 lat od premiery "Jedynki" i "Dwójki"…

Bruce Springsteen " Darkness on the Edge of Town" , 1978

Kocham go, bo jest wiarygodnym facetem, który nie kłamie. Nie jest może tak oryginalny, jak Dylan czy Reed, ale pisze świetne piosenki i jest jednym z tych ostatnich fajnych chłopaków. Bo jak gra koncert, to wychodzi na scenę i nie opierdala się w tańcu, tylko gra bite trzy godziny. Trudno mi było wybrać jeden album z jego potężnej dyskografii, ale zdecydowałem się na "Darkness", bo to na tej płycie Springsteen definiuje się jako świadomy artysta. W ogóle to najbardziej lubię jego płyty z The E Street Band - bez nich jego muza już tak nie kopie. Ale tego wczesnego albumu Bossa posłuchałem na nowo, tych głębokich, życiowych opowieści, zaśpiewanych od serca głosem, którego nie da się podrobić. I stwierdziłem, że nadal ten album mnie bierze. Słychać, że to już nie debiutant, ale poważny zawodnik - gość, który już wiele potrafi, jest ukształtowanym artystą, ale jeszcze namiesza!

Obserwujcie Noisey na Facebooku, Twitterze i Instagramie.