śmierć

Jak to jest wiedzieć, że umrzesz na raka w wieku 35 lat

Umieranie brzmi przerażająco, tajemniczo i dziwnie, ale jeśli ktokolwiek wiedział, jak dobrze umrzeć, była to Katia

tekst Gideon Jacobs; ilustracje Lia Kantrowitz; tłumaczenie Dominika Skórzewska
09 Listopad 2018, 11:52am

Nie bardzo wiem, jak zacząć. Katia Bozhikova zmarła, zanim zdążyłem opublikować naszą rozmowę. Miała 35 lat. Wiedziała, że koniec jest bliski. To było coś, z czym zmagała się od jakiegoś czasu. Pierwszą diagnozę usłyszała prawie dziesięć lat temu. Tej wiosny lekarze powiedzieli jej, że choroba rozprzestrzeniła się na wątrobę, węzły chłonne, płuca i mózg. Mimo to jej śmierć mną wstrząsnęła – prawdopodobnie dlatego, że taka właśnie jest śmierć w społeczeństwach takich, jak nasze. Jedyne dwa fakty dotyczące naszego życia – to, że się rodzimy i to, że umrzemy – nie są zakodowane w naszej świadomości.

Poznałem Katię za pośrednictwem mojej siostry, psycholożki klinicznej, która bada śmierć i śmiertelność. Po wysłuchaniu Katii i jej wyjaśnień, w jaki sposób jej zbliżająca się śmierć zmieniła jej pojmowanie życia, zapytałem, czy mogę przeprowadzić z nią wywiad. Poniżej znajduje się krótka rozmowa, która odbyła się, gdy Katia miała dzień wolny od serii niezwykle bolesnych kuracji eksperymentalnych. Pomiędzy napadami kaszlu i łykami wody mówiła z rozbrajającą pewnością siebie i jasnością – nie dlatego, że nie była przestraszona, smutna, ani zła, ale dlatego, że sprawiała wrażenie, jakby żyła z widmem śmierci na tyle długo, by zostało jej nauczycielem. Jak powiedziałem mojej siostrze w noc śmierci Katii: umieranie brzmi przerażająco i tajemniczo, trudno i dziwnie, ale jeśli ktokolwiek wiedział, jak dobrze umrzeć, była to Katia.

VICE: Kiedyś usłyszałem, że odpowiadasz na czyjeś pytanie o to, czy twój stan był nieuleczalny, mówiąc coś w tym stylu: „Cóż, wszystkie nasze stany są nieuleczalne”. Twoja odpowiedź pokazała, jak rzadko mamy skłonność do rozważań nad naszą śmiertelnością. W jaki sposób świadomość i waga twojej śmiertelności zmieniła się z czasem, od momentu, kiedy byłaś zdrowa, do teraz? Jak wpłynęło to na twoje odczucia na temat śmierci?
Katia Bozhikova: Kiedy po raz pierwszy zdiagnozowano u mnie raka, miałam 26 lat. W tym wieku raczej nie jesteś zachęcany do analizowania śmierci. Najczęściej od tego pomysłu odwodzi środowisko medyczne. Jeśli jesteś młody, namawiają, byś nie patrzył na śmierć. To było ogromne tabu. Nawet zadawanie pytania na ten temat wiązało się z poczuciem, jakbym robiła coś złego.

Zadawanie jakiego pytania?
Na przykład – co się dzieje podczas śmierci? Co, jeśli umrę? Ciągle mnie od tego odciągano. Ale myślę, że moje rozpoznanie naprawdę się pogłębiło, gdy pojawiła się diagnoza czwartego stopnia, bo nie poczułam od razu koszmarnego strachu przed śmiercią. Bałam się podróży przez śmiertelną część życia.

A więc śmierć cię nie przerażała, tylko umieranie?
Tak. Miałam pewne doświadczenia z psychodelicznym, duchowym przewodnictwem. Jednak nie odbyło się to w kontekście imprezy i pozbawiło mnie dużej części lęku przed śmiercią. Tego rodzaju terapia nie jest dla wszystkich, ale moje osobiste doświadczenie było podobne do tego, co wielu ludzi określa jako rozpuszczenie ego.

Na bardziej świadomym poziomie widziałam, jak mój bliski przyjaciel umierał na raka około dwa lata temu. Umierał z dala od domu, w otoczeniu mnóstwa popiskujących urządzeń. Szczerze mówiąc, to przeraża mnie bardziej niż moment śmierci. To jest mój największy lęk. Minęło około pół roku, odkąd zdiagnozowano u mnie czwarte stadium i uderzało we mnie wiele fal różnych doświadczeń – niektóre były bardzo pozytywne, a niektóre bardzo negatywne. Nie mieszkam w moim rodzinnym kraju i jestem daleko od najbliższych. Dlatego bałam się tego, że zostanę oddana obcym ludziom.

OBEJRZYJ: Zabić raka

Moi przyjaciele i wszyscy w moim otoczeniu pokazali mi, jak bardzo byłam w błędzie. Nie wiem, gdzie bym była bez nich. Zawsze znalazł się ktoś, kto się mną zaopiekował. Jest wiele dni, kiedy boli mnie całe ciało. Trudno poprosić kogoś, kto ma pracę, by został ze mną przez całą noc, żebym mogła pójść do łazienki, napić się wody, czy zażyć leki. Dla mnie to zawsze wydawało się ciężarem, ale nikt spośród z moich przyjaciół nigdy nie dopuścił, bym poczuła się jak ciężar. Nigdy mnie nie opuścili.

Czy myśl o śmierci, biorąc pod uwagę jej możliwą bliskość, zmieniła to, jak postrzegasz życie? Czy zmieniło to jakość twojej świadomości?
Wiele małych rzeczy, o które zawsze się martwiłam (na przykład mój wygląd i pewne standardy społeczne), trochę osłabło. Zniknęło też wiele filtrów, ponieważ jestem bardziej autentyczna wobec siebie. Nie postrzegam już innych ludzi jako elementu własnego wizerunku.

Czy powiedziałabyś, że odczuwasz większą przejrzystość, niż kiedyś?
Oczywiście. To też miało wpływ na moją relację z matką i innymi ludźmi, którzy niekoniecznie postrzegają życie i śmierć tak, jak ja. Zdałam sobie sprawę, że moim zadaniem nie jest sprawić, by ktokolwiek poczuł się dobrze. Moje zadanie to być szczerą.

Jak rozumiesz rolę bólu w życiu i czy postrzegasz go jako cenną część ludzkiego doświadczenia?
To jest dobry moment, by zadać to pytanie, ponieważ przeszłam właśnie przez dwa tygodnie bólu. Postradałam zmysły. To nie było miłe. To nie był ten rodzaj bólu, który pozwalał na rozsądek.

Ktoś ostatnio mi powiedział: „Ból jest pięknym nauczycielem, ale dopiero po jakimś czasie”. Tu nie było ani chwili, w której pomogłoby mi nawet najwięcej medytacji czy afirmacji. Ból cię powala i ciągnie w dół, w dół, na samo dno, aż do korzeni — w sposób, który naprawdę pokazuje ci granicę, gdzie spotykają się ciało, duch i dusza.

Ból jest bardzo ograniczającą siłą, prawda? Skupia twoją uwagę w sposób, który nie pozwala na szerszą perspektywę i otwartość.
Jedyną rzeczą, która mi pomogła, było skupienie się na oddechu i zaprzestanie walki. Te działania pomogły mi stępić intensywność bólu. Nie sprawiły jednak, że zniknął lub się zmniejszył.

By być z nami na bieżąco: polub nas, obserwuj i koniecznie zaznacz w ustawieniach „Obserwuj najpierw”. Jesteśmy też na Twitterze i Instagramie.

Ludzie próbują walczyć, pchają, ciągną — ja nauczyłam się to chwilami powstrzymywać i pozwalać doznaniom przeze mnie przepływać. Najważniejszą lekcją było to, że odpychając od siebie ból, pozbawiam się tej odrobiny życia, która mi jeszcze pozostał. Nie da się zaprzeczyć, że ból stanowi ogromną część mojego życia. A walka z nim odbierała mi całą energię.

Mówisz o tak trudnych tematach jak śmierć z szacunkiem, ale także z pewną dozą lekkości, jakby jednak nie były aż tak poważne. Jak odnalazłaś tę równowagę?
Nie tracę już czasu na porównywanie się do innych. W ten sposób odjęłam sobie sporo niepotrzebnego cierpienia. Kiedy czujemy, że jesteśmy pozbawieni czegoś, co powinniśmy mieć (czegoś, co zdecydowaliśmy, że powinniśmy mieć, ponieważ uważamy, że inni to mają), sytuacja staje się „poważna”. Życie jest zbyt poważne, by brać je na serio.

Diagnoza nowotworu stanowiła dla ciebie przeobrażające doświadczenie. Czy prawdziwa zmiana wymaga tak ogromnych i kluczowych wydarzeń życiowych? Co umożliwia prawdziwą zmianę?
Zmieniamy, gdy zostanie odebrane nam coś, do czego czujemy się uprawnieni. Mamy swoje ciała tylko na wynajem. Ten dzień jest pożyczony. Nic z tego nie zostanie. A jeśli żyjemy z nastawieniem „mam do tego prawo”, „zasługuję na to”, w pewnym momencie utkniemy, próbując trzymać się czegoś, co nie jest nasze, co już nie istnieje — i będziemy musieli się zmienić.

Jak dobrze żyć?
Ważne jest, by otaczać się miłością. Jesteśmy stworzeniami plemiennymi. I nie jest to coś, co wynika z obowiązku, a z pielęgnowania relacji. Przechodzę teraz najdziwniejsze kuracje, którym sama nigdy nie byłabym w stanie podołać. Wsparcie i miłość mojego plemienia są dla mnie wszystkim.

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE US


Więcej na VICE: