Równe prawa

Niech cię nie dziwi widok dziewczyny grającej muzykę na imprezie

„Chciałybyśmy, żeby nie tylko kobiety, ale wszyscy mogli się czuć bezpiecznie na scenie i w klubach. Zależy nam też, żeby ludzie pamiętali, że pro women isn’t anti men” – rozmawiamy z VTSS o kondycji polskiej sceny klubowej

tekst Mateusz Góra
23 Marzec 2018, 1:19pm

Zdjęcie dzięki uprzejmości VTSS.

No więc imprezy klubowe. Ich organizatorzy chętnie wrzucają informacje, że ich zabawy są wyjątkowe właśnie dlatego, że wszyscy mogą się na nich poczuć sobą. W praktyce jednak przeważnie nie dotyczy to dziewczyn, które są często zaczepiane przez kolesi ledwo stojących na nogach. Pewnie dlatego decydują się one na imprezy w klubach gejowskich. Wychodzi więc na to, że ta rzekomo otwarta, inkluzywna i pozbawiona uprzedzeń „kultura klubowa” jest wspaniała wyłącznie w sferze deklaracji. Równie mitycznym wydaje się spotkać na takich imprezach dziewczyny za deckami.

Na szczęście powstaje coraz więcej inicjatyw, których twórcy chcą zmniejszyć dysproporcje pomiędzy grającymi kobietami i mężczyznami. Jednym z kobiecych kolektywów jest Oramics, którego współzałożycielką jest VTSS. W sobotę organizują kolejną imprezę pod swoim szyldem w warszawskim klubie K55, której motywem przewodnim będą łańcuchy – tematy szczególnie aktualny, jeśli chodzi o obecną sytuację kobiet w naszym kraju. Postanowiliśmy zapytać ją, w jakim jej zdaniem kierunku rozwijają się polskie imprezy.

VICE: Czym jest Oramics?
VTSS: Oramics jako oddzielny byt powstał mniej więcej rok temu, ale już wcześniej z ISNT często myślałyśmy na temat (dys)proporcji na scenie i jakie to fajne uczucie, kiedy jednak nie jest się jedyną grającą kobietą na danej imprezie. Rozmawiałyśmy o występującej czasem niezdrowej konkurencji wśród kobiet i o tym, że traktuje się nas protekcjonalnie na scenie, co też zdarzało się często. Staramy się zmieniać proporcje na (mocno zmaskulinizowanej) scenie i stworzyć na tyle przyjazną atmosferę wśród dziewczyn grających, żeby nie konkurowały tak ze sobą i nauczyły się wspierać, tworząc równocześnie większą wspólnotę. Potem dołączyła do nas FOQL, pomagając nam odejść od tematyki techno i skupić się na szerzej rozumianej muzyce elektronicznej.

Czy robicie tylko imprezy?
Nagrywamy podcasty, prezentując bardzo eklektyczny muzycznie przekrój osób grających. Prowadzimy od czasu do czasu darmowe warsztaty, które na razie odbyły się w Warszawie, a ISNT udało się zorganizować jedne w Gorzowie Wielkopolskim – wyszły super (wpadły nawet osoby grubo po 60-tce!). Warsztaty były głównie skierowane do kobiet, ale oczywiście mężczyźni również byli mile widziani. Do tego prowadzimy fanpage, na który intensywnie staramy się szukać mniej i bardziej znanych artystek i artystek/artystów LGBTQ.

Czyli to nie jest wyłącznie przestrzeń do działania dla kobiet?
Znamy polskie (i nie tylko) realia i nigdy nie pisałyśmy, że oczekujemy czy żądamy na scenie line-upów z parytetami 50/50, czy czegoś w tym stylu. Sama też nie uważam tego za idealne (i możliwe w tej chwili) rozwiązanie. Naprawdę nie mamy oczekiwań i pretensji wobec nikogo. Chcemy po prostu stworzyć safe space dla nas i paru innych osób. Powoli zmieniamy i naprawiamy małe i większe problemy. Chciałybyśmy, żeby nie tylko kobiety, ale wszyscy mogli się czuć bezpiecznie na scenie i w klubach. Zależy nam też, żeby ludzie pamiętali, że „pro women isn’t anti men”. Przy projekcie współpracujemy też z wieloma chłopakami, a każda z nas wiele im zawdzięcza.

Co powoduje, że dziewczyny nie czują się bezpiecznie na imprezach?
Chodzi nam o zapewnienie bezpieczeństwa fizycznego i psychicznego dziewczynom (ale też osobom LGBTQ), bo ciągle zdarzają się różne nieprzyjemne incydenty. Wydaje nam się, że musimy przestać też traktować grające kobiety, jako atrakcji. To może służy „promocji”, bo łatwo się zapamiętuje dziewczynę, kiedy gra raz na pięć imprez w danym klubie. Wtedy jednak nie zwraca się często uwagi na muzykę, tylko na to, jak ta dziewczyna wygląda, zachowuje się i tańczy.

Jesteśmy świadome, że teraz to chodliwy temat i dużo promotorów podchwyciło opacznie ideę girl power, przekształcając ją w tak zwane „klubowe szczucie cycem” i promując imprezy hasłami: „piękne blondynki” albo „nie dość że piękne, to jeszcze zdolne”. My traktujemy naszą imprezkę jako taki showcase i przyjacielskie spotkanie, chcemy, żeby ludzie z różnych środowisk – „white cis male” obok osób LGBTQ – czuli się tam miło i bezpieczniej.

Jak wyznaczyłyście sobie cele?
Wierzę, że na polach artystycznych zróżnicowanie jest bardzo ważne i przynosi tylko pozytywne skutki. Przez lata scena była (ciągle jest) zdominowana przez mężczyzn nie dlatego, że kobiety mają mniejsze predyspozycje czy są mniej zdolne, ale dlatego, że w społeczeństwie działa szereg psychologicznych mechanizmów (na przykład Efekt Matyldy). Częstsze bookowanie dziewczyn i – idąc tym tropem – także osób queer wysyła sygnał, że scena jest dostępna dla wszystkich.

Jak to było trafić do męskiego klubu?

Kiedy zaczynałam grać, całkiem mi odpowiadało bycie jedyną dziewczyną na imprezie (w roli DJ-ki). Wydawało mi się, że to jest spoko, że niby jestem „twardsza i silniejsza”, że to właśnie ja się przebiłam do mens clubu. Z czasem współpraca wyłącznie z mężczyznami, co wiązało się z licznymi bardziej i mniej przykrymi doświadczeniami, spowodowała, że zabrakło mi wsparcia kobiet. Nie oszukujmy się, że doświadczenia kobiet i mężczyzn są takie same. Zrozumiałam to dopiero, kiedy poznałam ISNT, a jej wsparcie bardzo pomogło mi się rozwijać. Muszę oczywiście zaznaczyć, że nie chodzi tu nawet o połowę mężczyzn DJ-ów, promotorów czy nawet publiczności, ale o ułamek. Większość naszych kolegów to naprawdę wspaniałe osoby.

Zdjęcie dzięki uprzejmości VTSS.

Jaki przyjmujecie klucz, kiedy zapraszacie DJ-ki i DJ-ów na swoje imprezy, żeby zadbać o różnorodność? Kto i dlaczego pojawi się na najbliższej?
Jednym z głównych założeniem line-upów jest dostrzeganie i dawanie szans też początkującym osobom. Takie osoby najwięcej naszym zdaniem zyskają, ucząc się od bardziej doświadczonych koleżanek i kolegów. Taki zestaw jest i ciekawy dla publiczności i daje szanse poznania się grającym i dalszego budowania bezpiecznej społeczności. Dlatego na najbliższej imprezie w roli „starego wygi” wystąpi Olivia – uznawana przez nas za numer jeden, jeśli chodzi o DJ-ki/DJ-ów w kraju. Jest związana z Unsoundem i Szpitalną 1, odpowiada za cykl WeAreRadar, ma niesamowitą technikę i odważną, nie big-roomową selekcję, z dominującym electro.


Tutaj wszyscy jesteśmy równi. Polub nasz fanpage VICE Polska na Facebooku


Kolejnym gościem jest Monster – DJ-ka z Poznania, reprezentująca LOW Kollektiv, debiutująca w warszawskich klubach, którą udało nam się poznać dzięki działalności naszego projektu - odezwała się kiedyś do nas po radę. Zagra chicago house, oldschoolowe techno. Następna osoba to ‚ak’ związana z zinem Rwa. Wystąpi na początku imprezy w formie eklektycznego słuchowiska/setu – przy wsparciu wizualnym reszty składu Rwy. Na koniec w roli gospodarzy FOQL – zwykle w formie live’ów eksperymentalno-post punk electronics-techno, tym razem jako TJ Głupiec w dj secie z kaset. No i ja, VTSS, pozamiatam podłogę na koniec.

Na jakim etapie znajduje się twoim zdaniem polska scena, jeśli chodzi o poziom imprez?
WydajĘ mi się, że jest spoko. Jeśli chodzi o imprezy, to właśnie doświadczamy totalnego dobrobytu bookingowego – i w kwestiach techno/house/electro, ale wśród nowego pokolenia rośnie też powoli scena wspaniałego post clubu (ciągle wyszydzanego i niezrozumiałego przez starszyznę). Jeśli chodzi o kulturę imprezową no to ciągle zdarzają się incydenty, bo alkohol. Ale nie ma co narzekać – trzeba bardziej edukować, współpracować i tłumaczyć ochronie, że powinna też reagować, jak jakaś osoba się na przykład skarży i prosi o interwencję.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o imprezie Oramics, kliknijcie tutaj.

Czytaj też: