pieniądze

Już od 80 lat wiemy, jak naprawić dzisiejszą gospodarkę

Obecny kryzys, rozwarstwienie społeczne i prawicowy populizm brzmi jak powtórka z lat 30. XX wieku. Już wtedy trzej ekonomiści: Kalecki, Hansen i Keynes wiedzieli, jak uzdrowić gospodarkę i zapobiec wojnie światowej
21 Kwiecień 2017, 11:14am
Makler na nowojorskiej giełdzie. Fot. Richard Drew/AP/Press Association Images

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE UK

Wszystko wskazuje na to, że doczekaliśmy się powtórki z lat 30. XX wieku. Wtedy można było mówić o tragedii, a dziś? Tak bezmyślnie popełniamy te same stare błędy, że trudno nazwać to inaczej, niż farsą.

Wystarczy podmienić kilka kluczowych słów, żeby zobaczyć, jak podobne są te sytuacje: zamiast krachu na giełdzie mamy kryzys sektora finansowego, zamiast parytetu złota rządy stosują rygorystyczne środki oszczędnościowe, a w miejsce prawicowego autorytarnego populizmu można wstawić… Cóż, tu akurat nic się specjalnie nie zmieniło. W obu przypadkach olbrzymi wstrząs gospodarczy zapoczątkował tzw. straconą dekadę. Nasi pradziadkowie cierpieli z powodu wysokiego bezrobocia, my – przez stagnację zarobków. Łączą nas polityczne zawirowania i rosnąca niechęć do globalizacji. Jako że lata 30. nie skończyły się najlepiej, może warto znaleźć jakieś rozwiązanie, które pozwoliłoby nam uniknąć podobnych wpadek.

Jak się okazuje, istnieje ono już od ponad 80 lat, czyli odkąd trzech ekonomistów opisało naturę ówczesnych wydarzeń: Alvin Hansen zdiagnozował, jakie dokładnie problemy trawią gospodarkę, John Maynard Keynes wyjaśnił, w jaki sposób należy położyć im kres, a Michał Kalecki wskazał na polityczne przeszkody, które uniemożliwiły wprowadzenie w życie odpowiednich rozwiązań.

W przemówieniu pt. Rozwój gospodarczy a malejący przyrost ludności Alvin Hansen za przyczynę olbrzymiego bezrobocia w latach 30. uznał stagnację sekularną. W najprostszych słowach oznacza to, że społeczeństwo za dużo oszczędza i za mało inwestuje. Według Hansena Wielka Kryzys trwał tyle lat, ponieważ sektor prywatny odmówił inwestowania swoich oszczędności w nowe technologie i w zwiększenie możliwości produkcyjnych. Globalna nadwyżka oszczędności pozbawiła gospodarkę niezbędnej siły nabywczej, co zapoczątkowało wielki kryzys gospodarczy.

Niezależnie od czasów, konsumpcja społeczna pozostaje w miarę stała, ponieważ zawsze musimy coś jeść, mieć dach nad głową oraz ubranie. Jednak inwestowanie jest już opcjonalne i to właśnie ono stanowi zmienną, od której zależy stan gospodarki. Jeżeli poziom inwestycji przekracza poziom oszczędności, gospodarka szybko się rozwija, ale równocześnie rośnie inflacja oraz stopy procentowe. Natomiast kiedy sytuacja jest odwrotna, tak jak w latach 30. oraz dzisiaj, zaczynamy mieć do czynienia z niewystarczającym popytem globalnym na różne dobra, stagnacją zarobków, wysokim poziomem bezrobocia oraz groźbą recesji.


Polub fanpage VICE Polska i bądź z nami na bieżąco


Poziom inwestycji jest szczególnie niski w momencie, kiedy spadają koszty środków produkcji (czyli maszyn, których firmy potrzebują do wytwarzania dóbr). Miało to miejsce w latach 30., ma też miejsce dzisiaj. Technologie w XIX wieku i na początku XX wieku były bardzo kapitałochłonne, dzisiaj – już nieszczególnie. Niegdyś rozpoczęcie produkcji stali pochłaniało miliardy, natomiast obecnie można założyć własną firmę praktycznie za darmo – wystarczy spojrzeć na takie spółki jak Facebook, Snapchat czy Twitter. Gospodarka cyfrowa nie wymaga dużych inwestycji (co więcej, nawet zbudowanie stalowni kosztuje dzisiaj znacznie mniej niż kiedyś). Niskie koszty środków produkcji spowodowały, że wyraźnie zmniejszył się poziom inwestycji. Jednocześnie rosnące nierówności ekonomiczne spowodowały, że społeczeństwo stało się o wiele bardziej oszczędne. Niestety, jako że w najbliższym czasie żadna z tych tendencji najpewniej nie ulegnie zmianie, może nas czekać jeszcze wiele lat stagnacji sekularnej.

Na szczęście John Maynard Keynes znalazł rozwiązanie i opisał je w eseju Wielki zastój 1930 roku. W latach 30. w jego rodzinnej Anglii jedna trzecia obywateli mieszkała w tragicznych warunkach, chodziła w obszarpanych ubraniach i nie miała co włożyć do garnka. Nie wynikało to jednak z tego, że w kraju nie budowano domów, nie produkowano ubrań i nie uprawiano warzyw; konsumentów po prostu nie było na nie stać. A ponieważ społeczeństwo nie chciało kupować produktów, przedsiębiorcy nie mieli powodu, żeby kogokolwiek zatrudniać do ich produkcji.

W tamtym okresie przedstawiciele ortodoksyjnych szkół ekonomicznych zawsze proponowali to samo rozwiązanie: obniżenie płac. Sądzili, że kiedy pensje ulegną wystarczającej obniżce, pracodawcy ponownie zaczną zatrudniać ludzi i gospodarka odbije się od dna. Keynes zauważył błąd w ich rozumowaniu – zapomnieli o tym, że pracownicy również są konsumentami. Jeżeli obniży się im płace, nie będą mieli czego wydawać i przedsiębiorstwa przestaną odnotowywać zyski. Takie rozwiązanie prędzej doprowadzi do masowych zwolnień, niż do naboru nowej siły roboczej. Jednak Keynes nie tylko zdiagnozował problem, ale i znalazł jego rozwiązanie: jeżeli sektor prywatny odmawia dokonywania jakichkolwiek inwestycji, jego miejsce musi zająć sektor publiczny. To właśnie on może uratować gospodarkę.

Półżartem zasugerował, że rząd powinien płacić części ludzi za kopanie dołów, a innym za ich zasypywanie. Nawet tak bezsensowna praca pozwoliłaby społeczeństwu trochę zarobić, dzięki czemu mieliby co wydawać. To natomiast dałoby ostrogę przedsiębiorcom i pobudziłoby sektor prywatny do ponownego zatrudniania pracowników oraz inwestowania. Dla Keynesa stanowiło to bodziec, który na nowo mógłby ożywić sektor prywatny.

Gdybyśmy wydali tyle samo pieniędzy na naprawę dróg i rozwój szkolnictwa, co na walkę z nazistami, gospodarka byłaby w jeszcze lepszym stanie.

To, że Wielki Kryzys zakończył się drugą wojną światową, stanowiło potwierdzenie słów ekonomisty. Należy jednak pamiętać, że to nie śmierć milionów ludzi i zniszczenie wielu miast naprawiło gospodarkę, tylko zdecydowany wzrost globalnych wydatków (oczywiście zabijanie ludzi oraz wysadzanie fabryk było jeszcze bardziej bezsensowne, niż kopanie i zasypywanie dołów). Gdybyśmy wydali tyle samo pieniędzy na naprawę dróg i rozwój szkolnictwa, co na walkę z nazistami, gospodarka byłaby w jeszcze lepszym stanie.

Problem polega na tym, że takie rozwiązanie nie jest niczym nowym. O polityce antycyklicznej Keynesa (tj. przeciwdziałającej nadmiernym wahaniom tempa wzrostu PKB) mówi się nawet na podstawowych kursach ekonomii, a mimo to decydenci nagminnie ignorują to jakże proste rozwiązanie. To naprawdę przedziwne, zważywszy na to, że gdyby rządy zaczęły wydawać pieniądze na poprawę infrastruktury, stworzono by nowe miejsca pracy, podwyższono by wynagrodzenia i zwiększyłaby się siła nabywcza. Firmy znacząco by się wzbogaciły, nie mówiąc już o tym, że powstałyby lepsze szkoły, drogi i szpitale.

A mimo to, nawet w trakcie recesji, faceci w drogich garniakach każą nam zaciskać pasa, przeprowadzać cięcia budżetowe i podnosić podatki. Wiemy jednak, że wszelkie programy oszczędnościowe są dokładnym przeciwieństwem tego, czego tak naprawdę potrzebuje teraz gospodarka. Dlaczego więc specjaliści, politycy i biznesmeni ze wszystkich sił zwalczają strategie, które mogłyby nam wszystkim poprawić życie?

Michał Kalecki rozpoczął tekst Polityczne aspekty pełnego zatrudnienia od zwrócenia uwagi na fakt, że większość ekonomistów uważa bodźce fiskalne za środek, który może znacząco zmniejszyć lub nawet zlikwidować bezrobocie. Wydatki na poprawę infrastruktury (lub dotowanie masowej konsumpcji) są korzystne nie tylko dla pracowników, którym zapewniają miejsca pracy oraz wyższe wynagrodzenia, ale, jak zauważył Kalecki, również dla biznesu. Dodatkowy popyt zwiększa zyski firm. Z takiej sytuacji korzystają zarówno pracownicy, jak i przedsiębiorcy. Kalecki zapytał: „Przedsiębiorcy podczas kryzysu finansowego z wytęsknieniem wyczekują boomu. Dlaczego więc nie chcą skorzystać ze sztucznie wywołanego boomu, który oferują im władze?".

Nieważne, czy twój szef jest kompletnym kretynem, lepiej spełniać jego zachcianki. W końcu „na twoje stanowisko zawsze znajdzie dziesięciu chętnych". To skutecznie utrzymuje pracowników w ryzach, co dla kierownictwa często jest znacznie ważniejsze niż zyski.

Jego odpowiedź była bardzo wnikliwa: pełne zatrudnienie znacząco zmniejsza władzę szefów. Kiedy sytuacja na rynku pracy umożliwia łatwe znalezienie nowej posady, człowiek znacznie mniej obawia się utraty swojego obecnego stanowiska: jeżeli twój szef jest wyjątkowo upierdliwym dupkiem, możesz spokojnie mu wygarnąć, zwolnić się, przejść na drugą stronę ulicy i zacząć pracować dla konkurencji. Obecnie coś takiego już by nie przeszło. Dziś to przełożony dzierży całą władzę; nieważne, czy jest kompletnym kretynem, lepiej spełniać jego zachcianki. W końcu „na twoje stanowisko zawsze znajdzie dziesięciu chętnych". To skutecznie utrzymuje pracowników w ryzach, co dla kierownictwa często jest znacznie ważniejsze niż zyski.

Według Kaleckiego tłumaczyło to popularność faszyzmu (swoją pracę napisał w 1943 roku). Przeznaczając większość rządowych wydatków na militaryzację kraju, faszyzm mógł trzymać robotników w garści, jednocześnie w dalszym ciągu zapewniając im miejsca pracy i zyski. Podobnie jak większość dzisiejszych torysów, republikanów i wszelkiej maści konserwatystów, duże niemieckie przedsiębiorstwa gorąco sprzeciwiły się zwiększonym wydatkom rządowym. Oczywiście wszystko uległo zmianie, gdy pojawił się Hitler. Kiedy zlikwidował związki zawodowe i lewicowe partie, firmy radośnie zaczęły się bogacić na zbrojeniu niemieckiej armii.

Lata 30. XX zakończyły się Hitlerem i wojną. Gdyby nasi politycy i decydenci wprowadzili w życie keynesowską politykę fiskalną oraz przestaliby kłaść tak wielki nacisk na oszczędzanie, mielibyśmy więcej miejsc pracy, wyższe zarobki i silniejszą gospodarkę. Najprawdopodobniej uniknęlibyśmy Brexitu i Donalda Trumpa. Moglibyśmy sobie również pozwolić na budowę szkół, szpitali, lokali mieszkalnych, a także zapewnić wszystkim dostęp do internetu. Obecne niziutkie stopy procentowe pokazują, że przy naszym dzisiejszym kapitale byłoby to absolutnie możliwe. Do tego dzięki bodźcom finansowym powstałyby kolejne miejsca pracy, a nasze dzieci dostałyby po nas rozbudowaną infrastrukturę. Gdyby zaś sektor prywatny wolał dalej oszczędzać i nie chciałby w nic inwestować, sektor publiczny mógłby to zrobić zamiast niego.

Jedyną przeszkodą stanowią elitarystyczne obawy, że zbyt duża ilość miejsc pracy oraz rozwój gospodarczy obudzą w pracownikach niespotykaną dotychczas pychę i niesforność. Jednak naprawdę warto podjąć to ryzyko – alternatywa jest zbyt niebezpieczna. Jeżeli rządzący nadal będą blokować wprowadzenie bodźców finansowych, ich upór może mieć równie opłakane skutki, co 80 lat temu.


Więcej na VICE:

Reklama