Recenzje

Kult - Wstyd

Niech się wstydzi ten, co robi?

tekst Michał Przechera
13 Styczeń 2017, 11:49am

Po trzech latach od premiery albumu "Prosto" Kult zaprezentował nowe wydawnictwo - płytę zatytułowaną, nomen omen, "Wstyd". Czy rzeczywiście podczas słuchania tego materiału na twarzach powinny pojawiać się rumieńce zażenowania? Odczucia mogą być niejednoznaczne, choć najczęściej przeważa właśnie rozczarowanie. Ale każdy, kto jest na bieżąco z dokonaniami syna Stanisława, powinien mieć przeświadczenie (graniczące z pewnością), że aktualna sytuacja Kultu to kryzys głębszy, niż tylko chwilowa obniżka formy. 

Przede wszystkim dyspozycja słowno-wokalna Staszewskiego nadal woła o pomstę do nieba. Warstwa liryczna "Wstydu" to jakiś dramat, cytując klasyka. Przy rymach częstochowskich ("pokonanych - wybranych", "lat - świat", "tata - brata", "kumuluje - kieruje", "wysyłacie - nie macie", "miałem - zadziałałem" - podobne przykłady można mnożyć i mnożyć) nie da się pozbyć niesmaku. Panie Kazimierzu, zwyczajnie nie wypada. Da się przecież pisać trafne i mocne teksty w prosty sposób - zresztą nawet i na "Wstydzie" jest kilka takich momentów - "Tyle pieniędzy brudnych pod stołem, ty takiej hańby jesteś sponsorem" czy "Lecz nie chce być władzy słów tragarzem, bo to działa wszędzie i za każdym razem" to przecież solidne wersy. 

Kazik nadal chciałby poruszać istotne kwestie społeczne, jednak brzmi to najczęściej po prostu pokracznie. Trudno pozbyć się wrażenia, że Staszewski trochę odkleił się od rzeczywistości i komentowanie aktualnych wydarzeń nie wychodzi mu najlepiej - "Leci wiadomość po Internecie, dopiero jutro będzie w gazecie". Ale to i tak lepsze, niż pisanie o byciu dziadkiem czy weselu córeczki. Ekspresja wokalna też często podana jest na odwal się - jako najlepszy przykład podać można refren "Ciszy nocnej" z beznadziejnym "co za wesoły-soły świat". Płyta pełna jest zresztą wkurzających manier i zaśpiewów - sylabizacja w "Dwururce" (tekst "Pójdę z moją dziewczyną na nowego Tarantino, z chłopakiem się postaram na Almodovara" lepiej przemilczeć), zaciąganie w "Odejdę", kwadratowe flow w zwrotkach pierwszej i przewidywalność w drugiej części "Pękniętego domu".

"Wstyd" ma więcej motywów nadających się do geriatrycznego pląsania w kółeczku niż wściekłego unoszenia rewolucyjnej pięści pod sceną. Po pierwszych, obiecujących, dźwiękach otwierającego album "Jeśli będziesz tam" dość szybko jednak schodzi powietrze. "To nie jest kraj dla starszych ludzi" raczej irytuje (choć pierwsze wrażenia były fatalne, to potem - o dziwo - złapałem się nawet na nuceniu tej melodii), "Bezbronni w furii" nie wyróżniają się niczym z wyjątkiem denerwującego refrenu i przywodzą na myśl utwory z "Taty" podzielone przez 10. Sposób na stworzenie "Odejdę" to podzielenie potencjału "Mojego wydafcy" przez zsumowane estetyki "Salonu Recreativo" oraz "Poligono Industrial" - a to zdecydowanie za mało. Od czasu odejścia Banana kultowe granie na dobrą sprawę stanowi głównie tło dla Kazika. 

Porównując promujący "Wstyd" "Madryt" z singlami z kultowych (dosłownie i w przenośni) albumów nagranych po latach dziewięćdziesiątych - no, smuteczek. Nawet i "Brooklyńska Rada Żydów" czy "Kocham cię a miłością swoją", choć nie rzucały na kolana, zostawały w głowie na dłuższy czas. Otaczają nas schematy, schematy, schematy: klawisze, dęciaki - w dużym skrócie nihil novi, a takie uzależnienie od zgranych form nie przystoi. Oczywista jest też biało-czerwona symbolika okładki, nikogo nie są w stanie też zaskoczyć metafory polskości.

Czy można znaleźć jakieś plusy, momenty warte wyróżnienia? To raczej trudne zadanie, ale - nieco na siłę - da się. Przede wszystkim utwór tytułowy. To może się podobać - momentami czuć przebojowy potencjał "Ostatecznego Krachu Systemu Korporacji", miłe jest puszczenie oka w postaci follow-upu do "Tańców wojennych". Solidne 5/10. Teledysk do "Wstydu" to też jak na polskie standardy coś nowego i interesującego - choć pozostaje pytanie, czy to nie jest bardziej przykrywanie braku treści formą. W telegraficznym skrócie - największym plusem jest to, że słuchanie tego materiału nie męczy tak, jak chociażby "Hurra!" czy "Prosto".

Kto może zachwycić się "Wstydem"? Jakoś trudno wyobrazić sobie taką grupą docelową. Legenda Kultu z każdym rokiem rozmieniana jest na coraz większe drobne. To może jeszcze nie są zardzewiałe jednogroszówki, jednak nie chciałbym, żeby nadszedł taki dzień, kiedy autorzy "Spokojnie" przestaną kogokolwiek obchodzić. A już dziś z coraz większym przekonaniem można zaśpiewać na doskonale znaną melodię "Kult? Po co nam Kult? Mamy tyle dobrych nowych zespołów". Naprawdę, bardzo chciałem się pozytywnie zaskoczyć - wyszła z tego znowu lipa. Muszę co prawda przyznać, że kolejne odsłuchy "Wstydu" sprawiają, że można na tę płytę popatrzeć z nieco większą sympatią, ale to nadal nie jest Kult, który bez trudu wyprzedzał większość polskiej sceny nawet w tak bogatej w konkurencję dekadzie, jaką były lata dziewięćdziesiąte. A fajnie by było jeszcze kiedyś dać się im porwać!