Recenzje

Bonobo - Migration

Ukrywającemu się za pseudonimem Bonobo Simonowi Greenowi stuknie za kilka tygodni czterdziestka. Prezent zrobił sobie sam, a my możemy z niego czerpać do woli. Fair enough.

tekst Andrzej Cała
13 Styczeń 2017, 8:00am

Wątek wieku podkreśliłem wcale nieprzypadkowo. Patrząc przekrojowo na karierę muzyka rodem z nadmorskiego Brighton nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że Bonobo młodnieje i z każdym albumem jest bardziej otwarty na eksperymenty. Być może będzie to niesprawiedliwe, ale jego trzy pierwsze longplaye bardziej kojarzyły mi się z dość bezpieczną, wysmakowaną muzyką z pogranicza lounge'u, downtempo i abstrakcyjnego hip-hopu. Doskonale wyprodukowaną, ale bardziej nadającą się do tła pokazów ekskluzywnej bielizny czy kolacji w modnej restauracji, niż rozkładania na czynniki pierwsze i szukania intrygujących produkcyjnych sztuczek.

W marcu 2010 r. przyszło jednak "Black Sands", a dwa lata później zremiksowana (m.in. przez FaltyDL, Machinedruma, Lapaluxa czy Floating Pointsa) wersja tego albumu i jasnym się stało, że Bonobo wcale nie chce trwać w tym bezpiecznym, wygładzonym klimacie, ale otwiera się na nowe, świeże. Kolejny autorski longplay "The North Borders" był kontynuacją tej na nowo obranej drogi i największym komercyjnym sukcesem artysty.

"Migration" to album dojrzały, niebanalny, uciekający od sztampy, chociaż w pełni utrzymany w klimacie, do jakiego Bonobo nas przyzwyczaił. Łączy surowe, elektroniczne podejście do produkcji i kompozytorski rozmach, gdy utwory rozpisane są na liczny zespół i dają nam poczucie obcowania z czymś podniosłym, wyjątkowym.

Nie jest mu obcy duch zamglonych londyńskich ulic, który tak fantastycznie oddał dekadę temu w swojej muzyce Burial (przecież singlowa "Kerala" z samplowanym wokalem Brandy spokojnie mogłaby znaleźć się na "Untrue", idealnie komponując z mroczną resztą), świetnie wypadła wycieczka w rejony afrykańskie ("Bombro Koyo Ganda" z marokańską formacją Innov Gnawa), a klubowe parkiety rozgrzeje "No Reason" z Chetem Fakerem (tutaj jako Nick Murphy), którego to końcówka (kawałka, nie Cheta) może przynieść nawet skojarzenia z twórczością Miguela Migsa. Urzekają momenty spokojniejsze, emanujące pastelowymi barwami, wprowadzające słuchacza w błogi nastrój - najlepszym przykładem jest zamykające longplay "Figures". A gdzieś w środku jest jeszcze "Ontario", które brzmi jakby żywcem wyjęte z najlepszego dokonania w dyskografii RJD2, czyli "Since We Last Spoke".

Czarno na białym widać więc, że Bonobo z wyczuciem wybornego kucharza, ale i fantazją lekko szczeniacką, marzycielską, poskładał te wszystkie składniki w album sycący, na którym nudy nie uświadczycie (no dobra, "Break Apart" z Miloshem faktycznie do życia wielce nie poruszy, ale już do kawy na kacu świetnie się nadaje).

Green przekonywał, że "Migration" to album będący niejako pamiętnikiem z podróży, a zarazem zapisek z trudnych czasów, gdy wszyscy poniekąd szukamy swojego miejsca, tożsamości. Czy życiowo odnalazł na dobre swoją przystań, tego nie wiem. Artystycznie za to z pewnością.