Reklama
Holy Shit

Posłuchajcie zabójczych, pozbawionych zapychaczy nowych wersji albumów Metalliki i Megadeth

Frontman Toxic Holocaust - Joel Grind - skrócił podwójny album Metalliki "Hardwired…To Self Destruct" do 24 minut i wyczyścił wokal z teraz już instrumentalnego krążka Megadeth "Dystopia".

tekst Kim Kelly
10 Styczeń 2017, 8:14am

Frontman Toxic Holocaust i dobrze znany inżynier dźwięku Joel Grind to człowiek wielu talentów, zarówno na scenie jak i poza nią. Któż mógłby jednak pomyśleć, że to prawdziwy czarodziej? Tak się składa, że dokładnie takie wrażenie odczujecie po wysłuchaniu jego najnowszych tworów. Nie, nie jest to nowy krążek Toxic Holocaut (a już na pewno nie najnowsze dzieło Tiger Junkies); w zamian Pan Grind zwrócił naszą uwagę na dwa największe wydawnictwa z pogranicza thrashu, które ukazały się w ubiegłym roku: "Hardwired…To Self Destruct" Metalliki i "Dystopię" Megadeth. Bezlitośnie ściął brzegi pierwszego z nich, formując z "Hardwired…" 24-minutową petardę, a w przypadku "Dystopii", wyczyścił ukochany przez jednych, znienawidzony przez drugich wokal Dave'a Mustaine'a pozostawiając w całości instrumentalną wersję płyty.

Mimo że spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków i zagościł na szczycie kilku list najlepszych krążków 2016, jednym z najczęstszych zarzutów wobec albumu Metalliki było to, że kawałki są rozwlekłe i za długie - miejscami dogadzające samym sobie, nudne w innych partiach. Grind wyraźnie zgodził się z tą opinią. Jego wersja, zatytułowana "Hardwired…Grinded Down Re-Edit", ścina podwójny album do ćwierci swojej długości, całkowicie wyrzuca cztery utwory i co najmniej w jednym numerze zabija wokal Papcia Heta. 

Ostateczny efekt jest… ostro zajebisty! Zabójczy, definitywnie pozbawiony zapychaczy. 

Teraz z kolei nasyćcie swoje uszy "zmieloną" instrumentalną wersją ostatniego albumu Megadeth "Dystopia" bez charakterystycznego wycia Dave'a Mustaine'a. Wyzwolone z często przytłaczającej prezencji Megadave'a instrumentarium pokazuje się w pełnej krasie, a rezultaty zapierają dech w piersiach. Niezależnie od tego, czy kochasz wokal Mustaine'a, czy jednak uważasz, że w zamian powinien łykać szkło, musisz przyznać, że jego gra na gitarze to ostra rzecz - w szczególności solówki są prawdziwym złotem lat 80.

Które wersje wybieracie - oryginały czy te po obróbce Grinda?