Uwielbiam odmawiać. To jest to. Ostatnio przyjaciółka zapytała mnie:
– Hej, Michael, organizuję u siebie spontaniczny, szalony wieczór z grami planszowymi. Może chcesz wpaść?Poczułem, jak na nią syczę. Opryszczka narządów płciowych brzmi bardziej zachęcająco od „spontanicznego, szalonego wieczoru z planszówkami".
– Zawsze masz takie negatywne nastawienie! – wściekała się. – Daj temu szansę!Szczerze: nie mam zbyt dobrej opinii o ludziach, którzy uznają rundę planszówki za dobrą rozrywkę. Ale w pewnym sensie ona miała rację. Może potrzebuję zmienić podejście? Może powinienem próbować nowych rzeczy? Cóż, w duchu przygody przez najbliższy tydzień postanowiłem odpowiadać „tak" na każde zadane mi pytanie.
Reklama
Fot. Dominik Pichler
Dzień 1
Na samym początku ciężko było znaleźć cokolwiek, na co mógłbym odpowiedzieć twierdząco. Być może dlatego, że praktycznie nie wychodziłem z domu. Na szczęście Facebook pełen był znakomitych okazji, na które mogłem przystać. Tak, internecie, chcę wiedzieć, jak wyglądała najgorsza stylizacja Kendall Jenner, ale to niestety nie jest cel mojego projektu.Sprawy zaczęły nabierać tempa, gdy poszedłem ze znajomymi do restauracji.
– Czy życzy pan sobie kolejną lampkę wina?
– Tak.
– Kawy?
– Pewnie.
– Może zechce pan spróbować naszego crème brûlée?
– Oczywiście.
– Wow, Michael, dziś sobie nie skąpisz – powiedział ktoś z naszej grupy.Jakkolwiek pyszne było to doświadczenie, wino i desery nie miały zamiaru poszerzyć moich horyzontów. Musiałem włożyć więcej wysiłku w zbieranie nowych doświadczeń.
Dzień 3
Następnego dnia, w czasie gdy włóczyłem się ulicami, wciąż podekscytowany tym, że mój radiowy debiut nie był totalną porażką, zostałem zatrzymany przez jedną z tych pań z tabliczką z klipsem z fundacji charytatywnych.– Czy masz chwilę, by porozmawiać o lasach deszczowych?Do kurwy nędzy…– Pewnie, mam mnóstwo czasu – odparłem. Zaczęła recytować swoje zapiski, a ja przytakiwałem jak robot zaprogramowany tak, by naśladować ludzi. Właściwie uznałem, że cała sprawa jest całkiem ciekawa.– Czy chciałbyś zaadoptować drzewo? – spytała mnie nowa przyjaciółka.
Na szczęście w tym momencie dostałem esemesa od mojego ziomka: „Idziemy pojutrze na siłownię?".
Reklama
Mój kumpel – który jest niedorzecznie umięśniony i wstaje o siódmej rano, by iść na crossfit przynajmniej trzy razy w tygodniu – pytał mnie o to od miesięcy. Łzy lenistwa spłynęły mi po twarzy, gdy odpisałem mu: „Z przyjemnością".
Gotowy na CrossFit. Fot. Dominik Pichler
Dzień 4
Jestem zupełnie niewysportowany. W ogóle. Gdybym kupił coś w Decathlonie, mój bank z pewnością zadzwoniłby do mnie z informacją, że ktoś wszedł w posiadanie mojej karty.
– Wiesz, nie czuję się najlepiej. Chyba zaszkodziło mi crème brûlée sprzed kilku dni – skłamałem.Mój przyjaciel szybko zdał sobie sprawę, że boję się wysiłku i zaczął mnie uspokajać:
– Nie martw się, wyluzuj. Zazwyczaj ćwiczymy w czwórkę z trenerem i jeśli któryś z nas wymięka, podtrzymujemy się na duchu.Jak mógł się spodziewać, że wyluzuję, skoro opisał właśnie mój największy koszmar?
Dzień 5
Dotarłem na miejsce o 8. A wydaje mi się, że to wcale nie były pierwsze zajęcia tego dnia. To, co mnie zaniepokoiło, to słowa wypowiedziane w pierwszej kolejności przez trenera:
– Wybrałeś sobie zły dzień.Do cholery. Każdy dzień, który zaczyna się crossfitem, jest złym dniem.
– Dzisiaj, zamiast wykonywać ćwiczenia każdego rodzaju, po prostu zrobimy po tysiąc wymachów odważnikiem.Boże.– Dasz radę?
– Tak – znów skłamałem.Po zaledwie stu powtórzeniach zacząłem się obficie pocić. Tarcie o metalowy uchwyt spowodowało krwawienie dłoni. Na koniec moje palce wyglądały, jakbym przybijał piątkę z blenderem.
Reklama
– Ile powtórzeń zrobiłeś, Michael? – trener zapytał mnie po półgodzinie.
– 600 – wyjęczałem.
– OK, wystarczy. Już jesteś spocony bardziej, niż powinieneś.Nie musiał powtarzać mi tego dwa razy.
Sesja CrossFit. Fot. Dominik Pichler
Dzień 6
Byłem tak obolały po sesji treningowej, że praktycznie nie mogłem stać. Nawet pani od lasów deszczowych rzuciła mi pełne litości spojrzenie, gdy przechodziłem obok niej, kulejąc. Mogła nawet odnieść wrażenie, że tego ranka założenie bokserek zajęło mi z pewnością ze trzy minuty.Wpadłem do łazienki w restauracji. Krótki spacer, a czułem się jak na ostatnich metrach maratonu. Gdy tylko zacząłem sikać, dostrzegłem, że mój mocz ma bardzo dziwny kolor. Natychmiast pokuśtykałem do mojej pani doktor dowiedzieć się, czy przypadkiem się nie rozpadam.– Masz rabdomiolizę – wyjaśniła. – Oznacza to, że twoja tkanka mięśniowa się łamie. Co ty z sobą zrobiłeś?
– Byłem na próbnej sesji crossfitu.Musiało ją boleć powstrzymywanie łez śmiechu. Zatrzymali mnie w szpitalu i powiedzieli mi, że muszę zostać tam przez następną noc, by dostać kroplówki wyrównujące podwyższony poziom kinazy kreatynowej.– Tak – odpowiedziałem entuzjastycznie. Wtedy naprawdę miałem to na myśli.Gdy tak leżałem sam w szpitalnej sali, nie mogąc spać przez kapiącą kroplówkę, myślałem, czy to było właśnie to nowe doświadczenie, którego szukałem. Pewnie, chciałem wyjść ze swojej strefy komfortu – ale podejrzewałem raczej, że będzie to jedzenie kuriozalnie spleśniałego sera czy zajęcia zumby.
Reklama
Zdjęcie autora
Dzień 7
Następnego ranka powiedzieli mi, że wyniki badań mojej krwi się poprawiły i mogę bezpiecznie wrócić do domu. Przez wczorajsze turbulencje zupełnie zapomniałem sprawdzić e-maile. Poza zwyczajowym spamem, otrzymałem wiadomość od przyjaciółki z obsesją na punkcie planszówek. Tym razem chciała się dowiedzieć, czy mam chęć pójść na koncert ukulele. Nie umiałem odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale zastanawiałem się: dlaczego utrzymuję jakiekolwiek relacje z tą kobietą?Zamiast natychmiastowej zgody przez moment poddałem refleksji mijający właśnie tydzień. Przypomniałem sobie moją intymną rozmowę z dziewczyną od lasów deszczowych, piekielne wymachy odważnikiem i wreszcie mój niespodziewany pobyt w szpitalu.W momencie, w którym napisałem „nie", poczułem, że znów mogę oddychać. Nacisnąłem „wyślij" z pełnym satysfakcji uśmiechem i pokuśtykałem stamtąd, zostawiając swoje pozytywne nastawienie w szpitalnym łóżku.