Fakt, reprezentuję płytką wrażliwość i wzruszam się łatwo, wystarczy motyw poświęcenia dla wielkiej miłości albo przemiana złego w dobre. Ale to tylko kilka łez. Tymczasem „Kongres“ zrobił ze mnie strzęp człowieka, dzięki Bogu miałam przy sobie ciemne okulary.Nie wiem, czy „Kongres“ jest lemowski. Pisarz podobno nienawidził zresztą ekranizacji swoich filmów. Ale coś jest na rzeczy, specyficzna mieszanka chłodu, psychodeli i Opowieści o Wielkiem Cierpieniu, jakoś ładnie z Lemem koresponduje, choć kojarzy mi się bardziej z „Maską“, niż samym „Kongresem futurologicznym“. Może to wynikać z tego, że w „Masce“ narracja należy do kobiety, co jest u Lema bardzo rzadkie.Ari Folman reprezentuje tę nieznośną, męcząco głęboką bliskowschodnią wrażliwość, bliską komiksom Joana Sfara, w których ni stąd ni z owąd przechodzi się od absolutnej wesołości do załzawienia wielkich oczu. Chociaż w „Kongresie“ jest raczej przede wszystkim smutno. I samotnie. I zimno.Film bez przerwy gdzieś nas odsyła – główna bohaterka nazywa się tak samo jak grająca ją aktorka: Robin Wright.Filmowa Robin również jest aktorką, która w młodości przegapiła swoją szansę na wielką karierę. Prawdziwej Wright zdarzyło się podobnie, ze względu na jej wyniszczający patozwiązek z Seanem Pennem. Mężczyźni jednak nie odgrywają w „Kongresie“ większej roli. Nie wiemy nawet, kto jest ojcem dzieci Robin. Motorem napędzającym działania bohaterki jest przemożna więź z synem.Wright to też przecież nazwisko twórców samolotu, a wątki awionistyczne zauważymy w filmie na każdym kroku. Mądry nad wiek i, oczywiście, nieuleczalnie chory syn Robin, Aaron buduje latawce i modele maszyn latających, a cała rodzina mieszka przy lotnisku. Podczas wywołanej chemikaliami wizji, ręce Robin zmieniają się w skrzydła. W jakimś sensie chodzi oczywiście o ucieczkę, ale nie o ucieczkę Poza. Raczej Wgłąb. Poczucie, że obcujemy z czymś więcej niż sci-fi („uważamy, że sci-fi jest głupie“ – mówi w pewnym momencie Harvey Keitel), podbija muzyka Maxa Richtera, stałego współpracownika Folmana. Wszystko pracuje na mocny efekt. To już nie są przeciągłe skrzypeczki, ale cała monumentalna machina produkcji wzruszeń.
Futurystyczna antyutopia to sprawa znana, w tym sensie „Kongres“ jest jakby subtelniejszą wersją „Brazil“ Terry’ego Gilliama. Gdzieś tam słychać też „Holy motors“ Caraxa. Temat jest jednak tak silnie przefiltrowany przez opowieść o Robin, że zapominamy na chwilę o niezwykłości tego, co się dzieje. Przemiana bohaterki w animowaną postać i przejście do „LSD inspired“ świata przypominającego mocno „Yellow Submarine“ jakoś specjalnie nie szokuje. „W „Kongresie“ zacierają się granice między rzeczywistością i fikcją“ - napisał już chyba ktoś. Fascynujące. Fascynujące, kino, proszę Państwa, to iluzja. Ale na szczęście nie to jest ważne.Bardzo dobrze jest wiedzieć, że polscy filmowcy biorą udział w tego rodzaju produkcjach. Zdjęcia, bardzo dobre, robił przecież Michał Englert. Są też polscy producenci. Nie chcę brzmieć jak osoba nadmieniająca, że w wypadku nie zginęła żadna papuga, ale polskiego kina jest mi od jakiegoś czasu po prostu żal, stąd miło, że w jakiś sposób dotknęło je podobne przedsięwzięcie.Trzeba obejrzeć. Już w kinach.„Kogres“, reż. Ari Folman, zdj. Michał Englert. Wyst. Robin Wright, Harvey Keitel, Jon Hammwięcej filmu:ANDREA SERGE O "NAZYWAM SIĘ LI"NAJGORSZE REMAKI HORRORÓW
TOP 10 FIKCYJNI FOTOGRAFOWIE
Reklama
Reklama
