podróże

Życie na pokładzie amerykańskiego lotniskowca

Spędziliśmy trzy dni na pokładzie USS Truman, żeby zrozumieć, jak to jest być trybikiem w tej ogromnej, 10-piętrowej machinie

tekst Ben Bryant, zdjęcia Frederick Paxton, tłum. Stani
03 Październik 2016, 3:05am

Wszystkie zdjęcia dla VICE wykonał Frederick Paxton

Artykuł pierwotnie ukazał się na VICE US

Poranną rutynę Taylor przerywa, zwykle w drodze pod prysznic, widok masturbującej się koleżanki.

„Robi to codziennie o tej samej porze" – mówi, wyciągając papierosa z paczki. „Jedna noga zwisa jej swobodnie, a zasłonka jest otwarta".

„Teraz to mi już wszystko jedno, niech robi, co chce. Rozumiesz, co mam na myśli?".

Na pokładzie USS Harry S. Truman rutyna jest najważniejsza. Wybiła 22, Taylor siedzi więc w palarni, klaustrofobicznym, oświetlanym na czerwono korytarzu na skraju łodzi. Panuje tu atmosfera stanowiąca skrzyżowanie Berghain z Burger Kingiem. Grupa ludzi w wieku od 18 do 25 lat opiera się na metalowych elementach, popijając zimne napoje. Rozbrzmiewa bit Chance'a the Rappera, przerywany równo co siedem minut 150 decybelowym rykiem startującego F/18. Każdy ma tu swój rytm.

Taylor kończy 12-godzinną wachtę. Je, pali i wraca do łóżka. Budzi ją stłumione dyszenie współlokatorki i dyndająca w polu widzenia noga.

„To ładne dziewczyny" – mówi. „Ładne dziewczyny z ładnymi tyłeczkami, które śpią w mojej kajucie. To one są najgorsze z nich wszystkich".

Spędziliśmy na pokładzie lotniskowca trzy letnie dni, żeby zrozumieć jak to jest być trybikiem w ogromnej, 10 piętrowej machinie, której miarowy puls tętni do pasów startowych po wielkie, atomowe serce.

Truman rozpoczął misję 26 listopada zeszłego roku. Nim skończył ją w lipcu, Państwo Islamskie straciło połowę swojego irackiego i jedną piątą syryjskiego terytorium. Między grudniem a czerwcem, kiedy to trafiliśmy na pokład, samoloty wykonały 2000 wypadów, zrzucając przy tym rekordową ilość 1598 pocisków. Ameryka wygrywa tę wojnę. Przybyliśmy jednak w weekend po strzelaninie w gejowskim klubie Pulse w Orlando, za którą odpowiedzialność spadła na ISIS. Atmosfera niepokoju rozprzestrzeniła się po statku i dotarła nawet do wieży kontroli lotów, gdzie od dowódcy Breta Batcheldera dowiadujemy się, dlaczego misja Trumana potrwa miesiąc dłużej, niż początkowo planowano.

„Nie jestem pewien, czy pojawiło się więcej celów, ale wiem, że zagrożenie nie zmalało" – twierdzi. „Walki trochę już trwają i nie potrafię przewidzieć, kiedy się skończą".

Wzrok Batcheldera skierowany jest w dół, na pasy startowe położone 20 metrów niżej. Tam swój maszynowy balet tańczą samoloty F/18.

„Patrzyłeś przez okno?" – pyta. „Za minutę zobaczysz, jak samoloty ruszają i wzbijają się w powietrze".Otwierające się włazy sprawiają, że pokład przypomina nieco zegarek z kukułką.

„No i zaczyna się, już się przygotowują. Nie ma na świecie nic lepszego".

Kobiety i mężczyźni w jasnych, kolorowych bluzach tłoczą się wokół samolotów, robią pompki, przysiady, rozciągają się. Przypomina to nieco rozgrzewkę przed meczem w baseball.

„To niezwykła drużyna" – twierdzi Batchelder. „Liczy 6000 zawodników. Jeśli porównać to do piłki, jeśli lewy obrońca spóźni się z interwencją, stracimy kilka metrów. Mamy tu 6000 lewych obrońców i każdy musi wykonać swoją robotę co do joty, żeby drużyna odniosła sukces. Bycie częścią czegoś takiego jest niezwykle motywujące".

Operacja idzie jak po maśle, ale do domu daleko. Wszystkich dręczy pytanie o to, jaką rolę w zażegnaniu zagrożenia terrorystycznego w Stanach odgrywa amerykańska armia.

„Sposobem na zapobieganie atakom na terenie naszego kraju albo dowolnego państwa sojuszniczego, jest wyeliminowanie źródła napędzającej terrorystów nienawiści" – mówi Batchelder.

„Uważam, że pozbędziemy się terrorystów z naszego podwórka, jeśli wyeliminujemy ludzi, którzy ich inspirują".

Jednak nie wszyscy są tego zdania. Ethan to ABE, pracuje na pasach startowych, niekiedy w ekstremalnych temperaturach po 16-20 godzin dziennie. Lubi swoją robotę, nie przeszkadza mu nawet czas pracy. Tęskni tylko za córką.

„Być może pokonamy ISIS tutaj, jednak nie uda się to nam z nimi w Stanach", twierdzi Ethan.

„Nie ma dobrej odpowiedzi w sprawach, nad którymi nie masz kontroli. Nie możesz tego zatrzymać. Nie ograniczysz czyjeś wolnej woli".

Pytam, czy uważa, że problemem jest swobodny dostęp do broni.

„Nie. Kocham moje spluwy, jestem z nich dumny. Mam ich kilka: dziewięć pistoletów, dwie strzelby, cztery 45, .38, dwie .40, .44 i 90 mm".

Niewielką ilość czasu wolnego Ethan poświęca treningom. W hangarach gdzieś między myśliwcami a mechanikami, kobiety i mężczyźni wspólnie ćwiczą, wszyscy lepcy od potu. Niektóre toczone przez korytarze ciężary są tak wielkie, że należy schować się do pierwszej lepszej wnęki, niczym w Donkey Kongu. Wolna przestrzeń to rzadki luksus, w każdą szczelinę wciśnięto bieżnie lub ławeczkę i sztangę.

Pilotom żyje się nieco lepiej. Narażają swoje życie, walczą na syryjskiej linii frontu, należy im się więc coś ekstra, w tym Ready Rooms – pokoje odpraw, w których każda eskadra może napić się spokojnie kawy, pograć na Xboksie (głównie w Fifę) i obejrzeć film.

Każdy pilot ma swoją ksywkę, którą otrzymuję podczas rytuału przejścia i wstąpienia do eskadry. Kiedy wchodzimy, na służbie akurat jest „Zipples" („Zameczek"). Pije kawę i puszcza z wieży Old Dominion.

Zipples swoje przezwisko zawdzięcza temu, że nerwowo poprawia zamki błyskawiczne w kurtce swojego kombinezonu. Dziś to on wybiera film.

„Myślałem o Pearl Harbor" – mówi.

Oglądacie czasem Top Gun?

„Czasem dla śmiechu. Spora część tego filmu jest po prostu zła. Prawie nic się nie zgadza".

Zippples jest Sokolim Okiem. Lata na misje rozpoznawcze. Pytam go, czy przygląda się rosyjskiej fregacie, którą można dostrzec, jak czai się na horyzoncie. Zamki zaczynają szaleć.

„Tylko bada okolice" – odpowiada.

Ciszę nocną na statku sygnalizuje nagłe przejście na czerwone oświetlenie. Skąpany w nim metalowy szkielet nabiera różowawej barwy. Marynarze udają się do kajut, a lotniskowiec zdaje się rozszerzać. Puste korytarze zdają się ciągnąć wewnątrz Trumana w nieskończoność, w których panuje dziwna woń, podobna do zapachu zastałego zbiornika wodnego lub osocza. Gdzieś w czeluściach tego labiryntu skrywa się kapliczka 33. prezydenta USA, Harry'ego S. Trumana. To on ukuł powiedzenie „Give 'Em Hell" („Zgotujcie im piekło"), które zdobi bandery na całym statku.

O tej porze w palarni panuje tłok. Gadamy o seksie.

„Nie sądzę, żeby robiło to tu zbyt wiele osób" – mówi Sara. „Znam kilku, którzy próbowali i zawsze ich łapali".

„Josh nie robi nic innego".

„Tak, ale Josh to pieprzony idiota. Ja jestem mądrzejsza i nie zamierzam nawet próbować".

Zapakowanie tysięcy młodych ludzi do odizolowanej puszki na osiem miesięcy w każdych innych okolicznościach skończyłoby się seksualnymi igrzyskami śmierci. Masa naoliwionych, muskularnych ciał walcząca z napięciem seksualnym.

Przyłapanie na gorącym uczynku wiąże się jednak z poważnymi konsekwencjami. Zaczyna się od wizyty u kapitana, a kończy na obcięciu połowy wypłaty w danym miesiącu i koniecznością noszenia na ramieniu czerwonej opaski. Poza tym to nie najlepsze miejsce na numerek.

„Kolesie traktują nas jak facetów" – mówi 21-letnia Renae. „Kiedy zawijamy do portu, nagle przypominam sobie: »chwila, moment, przecież jestem laską«".

Mimo to ludzie jakoś sobie radzą. Jedyny moment, w którym nasza przewodniczka nie pozwoliła nam robić zdjęć, nastąpił, gdy natknęliśmy się w pokoju medycznym na wiaderko pełne prezerwatyw. („Nie możecie tego sfotografować" – powiedziała, prędko je chowając).

Napięcie związane z życiem na pokładzie musi więc znajdywać ujście gdzie indziej. Późno w nocy, dzień przed naszym wyjazdem, spotkaliśmy dwóch znudzonych marynarzy, którzy utknęli na nocnej warcie.

„Przyzwyczajasz się do tej łajby" – powiedział Michael. „Nie czujesz nawet upływu czasu".

„W zeszłym tygodniu mieliśmy 6 czerwca. Nie wiedziałem, byłem przekonany, że jest pierwszy. Odczuwasz to mocniej, jeśli mijasz się wciąż ze słońcem. To dziwne".

Nocne wachty dostali za karę. Jeden z nich przeklął do starszego rangą, drugi wdał się w bójkę.

„Wielu ludzi zaczyna tu świrować" – twierdzi.

Na stres związany ze służbą i problemy ze zdrowiem psychicznym mogą pomóc rozmowy z lekarzami i pastorami oraz prowadzone przez nich warsztaty. Czuć, że wszyscy czują się odpowiedzialni za siebie nawzajem, a każdy wypracował swój własny sposób na rozładowywanie napięcia. Sara ma 23 lata i zajmuje się przygotowywaniem spadochronów. W koi trzyma siedem wypchanych zwierzątek, które mama przesyła jej z Virginii Zachodniej. Poleca nosić przy sobie dwie paczki papierosów, bieganie po drabinach („Zmęczysz się mniej, niż robiąc to powoli") i pozbycie się strachu przed statkiem.

„Jest jak twoja mama. Usypia cię, karmi i daje poczucie równowagi" – twierdzi. Jeśli umiesz odnaleźć równowagę w tym koktajlu syndromu sztokholmskiego i utylitaryzmu, prawdopodobnie dasz tu sobie radę.

„Kocham to" – twierdzi Sara. „Za nic bym tu nie wróciła, ale kocham to".

*Niektóre imiona zostały zmienione.

Więcej zdjęć poniżej: