Reklama
Newsy

​Librelandia, czyli jak zrezygnowaliśmy z utopii

W dobie powszechnej inwigilacji, kontroli, gospodarczej zapaści, rosnących nierówności, a przede wszystkim „spsienia" elit kierujących - alternatywą jest „Liberland", nowe państewko liczące 7 km kwadratowych powierzchni

tekst Piotr Pardyka
20 Kwiecień 2015, 9:25am


Zdjęcie via

Proszę państwa, 13 kwietnia 2015 roku zaczął się na Bałkanach libertarianizm. Marzenie peryferyjnej Europy o prawdziwie wolnym społeczeństwie uległo urzeczywistnieniu. Niepodległość proklamował Liberland. Państewko to liczy zaledwie 7 km kwadratowych powierzchni i (nominalnie) jest położone na wąskim pasie „ziemi niczyjej" między Serbią, a Chorwacją.

Założycielem, a zarazem pierwszym prezydentem republiki, jest wywodzący się z czeskiej Partii Wolnych Obywateli, Vít Jedlička. Liberland nie uzyskał (póki co) uznania międzynarodowego, ale dla amatorów wolności nie stanowi to przeszkody. Przeszło 150 tys. ludzi zarejestrowało się na oficjalnej stronie republiki. W nadchodzących tygodniach, spośród chętnych wybranych ma zostać od 3 do 5 tys. obywateli. Wymagania stawiane przed kandydatami na „Liberlandczyków" są stosunkowo skromne. Wystarczą: niekaralność, niezaangażowanie w działalność ruchów o charakterze radykalnym, szacunek dla świętości własności prywatnej oraz szeroko pojęta tolerancja dla drugiego człowieka. Konstytucja Liberlandu znajduje się wciąż w fazie work-in-progress, wiadomo jednak, że ustrój ma stanowić krzyżówkę rozwiązań przyjętych w Luksemburgu i Szwajcarii. Podatki mają być niskie albo opcjonalne, demokracja ma być sprawowana w sposób (przynajmniej częściowo) bezpośredni, kraj ma być zdemilitaryzowany, a zakaz zadłużania państwa znaleźć się w ustawie zasadniczej.

Naddunajskie terytorium Liberlandu to dziewiczy, leśny obszar. Przestrzeń pusta, nie-miejsce, które łatwo daje się zagospodarować wyobraźni. „Liberland" jawi się jako kolejne wcielenie utopii. Tym razem utopii Libertarian, w której „twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja wolność". Do takiego sposobu myślenia nawiązuje samo motto nowo powołanego kraju: „Żyj i pozwól żyć". Brak skrępowania podatkami, przepisami i opresyjnymi regulacjami ma definiować to państwo-protest. Jeśli za drogowskaz przyjąć by koncepcję Murray'a Rothbarda, obywatelom przysługiwać by miało tylko jedno prawo — prawo własności. Reszta zaś należałaby do rynku i jego niewidzialnej ręki.

Liberland wzbudza zainteresowanie zarówno wśród potencjalnych obywateli, jak i zachodnich mediów (m.in. Time i Independent). Można bowiem go opisywać zarówno jako niewinny żart, fanaberię (nienaruszającą zresztą demoliberalnego konsensusu) polityka marginalnej partii marginalnego kraju, lub wyraz toczącego Europę kryzysu. W dobie powszechnej inwigilacji, kontroli, gospodarczej zapaści, rosnących nierówności, a przede wszystkim „spsienia" elit kierujących niewydolnymi strukturami państwowymi, kusi możliwość ucieczki — zostawienia w pizdu własnych konserwatywnych, zantagonizowanych lub spauperyzowanych społeczeństw. Ale czy istotnie „Liberland" – mokry sen liberała, to współczesna utopia? Albo przynajmniej przejaw na utopię apetytu?

Myślenia utopijne przeżywa poważny kryzys od końca XX wieku. Już leninowsko-marksistowski totalitaryzm – materializacja utopii – okazał się jedynie oderwanym od rzeczywistości, a przy tym absurdalnym i okrutnym modelem zarządzania społeczeństwem. Ci, spośród zachodnich, lewicowych intelektualistów, którzy żywili wobec Sowietów jakiekolwiek złudzenia, utracili je ostatecznie wraz z upadkiem Berlińskiego Muru i rozpadem radzieckiego imperium. Potem przyszedł Fukuyama, obwieścił „koniec historii", by za chwilę przyznać, że się pomylił. Niemniej demoliberalny kapitalizm wciąż zdaje się opcją bezalternatywną. Co prawda, Skandynawowie zachowują swój „miękki" socjalizm, a Chińczycy wciąż rozwijają koncept „kapitalizmu konfucjańskiego" (z posttotalitarną domieszką), ale obie te mutacje nie wykraczają poza dominujący paradygmat. Podobnie Liberland nie próbuje projektować niczego szczególnie wyjątkowego. Więcej nawet! Odwołując się do klasyków liberalnej myśli, ma dostarczyć jedynie to, co miało być zagwarantowane każdemu mieszkańcowi Zachodniego świata – wolność.

Demokracja przedstawicielska, której bezpłodni beneficjenci nie są w stanie wyprodukować żadnej integrującej i motywującej społeczeństwo do działania idei, także ma iść w odstawkę. Obywatele się bez niej obejdą, przejmując stery we własne ręce. Mamy więc do czynienia nie tyle z projektem utopijnym (miejsce nieistniejące) co z eutopią (dobrym miejscem), gdzie prawo stanowione będzie obywatelowi sprzyjać. Tylko tyle i aż tyle. Liberland nie wymknie się jednak tym samym ograniczeniom i wyzwaniom, z którym teraz już próbują się uporać inne państwa Zachodu. Na forum republiki można prześledzić przebieg debat dotyczących choćby kwestii emigracji z obszarów pozaeuropejskich, związków jednopłciowych czy kwestii monetarnych. Ponadto bez trudu można sobie wyobrazić ewolucję Liberlandu w kolejny raj podatkowy, zależny (jeśli nie podporządkowany) wielkiemu kapitałowi.

Problem z utopiami jest taki, że ex definitione nie można ich zrealizować. Ich zadaniem było wskazywać kierunek rozwoju dla wspólnot politycznych, artykułować cele do osiągnięcia, piętnować słabości aktualnych systemów. Rezygnacja z ich produkcji to wyraz bezradności i zagubienia w świecie podwyższonego ryzyka, a także lęku przed skutkami ich urzeczywistniania. Być może większy z Liberlandii byłby pożytek, gdyby zamiast leśnej enklawy prawdziwej wolności, Jedlička uczynił z niej internetową płaszczyznę nieskrępowanej refleksji?