​Rodzicielstwo to ściema

Czy te babony, które nie od razu łapią się na dzidziusiowy klimat, są wyrodnymi potworami, matkami Madzi, odstępstwami od jedynej słusznej normy?

|
sie 10 2015, 2:51pm

Obraz powyżej: Panny Cholmondeley, XVII wiek, Tate Britain

Rodzicielstwo średnio mnie interesowało, zanim stałam się cycatą wózkową. W czasach niedzietnych, gdyby ktoś spytał mnie o opinię na temat rozmnażania, tobym bezradnie rozłożyła ręce, bowiem reprezentacja mentalna tematu pt. „rodzicielstwo" znajdowała się gdzieś daleko, daleko poza zasięgiem moich wyobrażeń. Jak już temat zaczął mnie dotyczyć, w przepisowym wieku lat 28, zobaczyłam na własne oczy jak wiele mitów i innych horrendalnych rezultatów jakiejś społecznej paranoi wokół bycia rodzicem otaczało mnie do tej pory. Jak wiele z nich mija się z prawdą!

Kto jest odpowiedzialny za to oszustwo? Czyżby ten gazetowy różowo-tłusty chłam, napisany językiem infantylnym i dla debili (zapraszam do zapoznania się z pierwszą z brzegu gazetką dla rodziców, często leżą w poczekalniach do ginekologa/pediatry, mogłyby służyć jako doskonała mentalna antykoncepcja)? Dziwowałam się temu niczym Agnieszka Chylińska, która napisała słynny na całą polską ziemię felieton o Wielkim Oszustwie Macierzyństwa. Notabene, laska po trzecim dziecku zmieniła śpiewkę, zaczęła pisać książki dla dzieci ostro kościołem podszyte, przefarbowała się na słowiański blond i zaczęła głosić różne konserwatywne berbeluchy o cudzie i nadziei. Zróbcie ze mną porządek, jeśli i mnie coś takiego trafi.

Temat prokreacji nie jest jednak istotny tylko dla tych, z waszych kumpli, którzy niewyspani i z lekką psychozą rozprawiają o jakichś nosidłach ergonomicznych, misiach szumisiach, laktatorze i schematach snu niemowlaka. Wystarczy posłuchać, jak wiele kontrowersji toczy się wokół kwestii in vitro, aborcji, czy związków partnerskich. Bez zbytniej paranoi: ludziom trzymającym władzę opłaca się mieć w cuglach kwestię rozrodczości, bo demografia jest dość ważnym, jeśli nie najważniejszym aspektem społeczeństw i państwowości.

Karmienie piersią przez matkę zdarzało się sporadycznie, gdyż laktacja, według ówczesnych przesądów, uniemożliwiała seks małżeński.

Dzisiaj, kochani czytelnicy, zachęcę was do zapoznania się z dwiema pozycjami książkowymi, które warto sobie poczytać, nawet jak nie jest się rozczochraną mamuśką (ja), czy niedośpiałym tatuchem. Odkąd tkwię uwięziona w wieży wynajmowanego M w towarzystwie osesków chętniej sięgam po literaturę faktu, niż powieści – pewnie dlatego, że jestem zbyt zmęczona, by zapoznawać się z czymś wewnętrznym, wymyślonym światem. „Historia rodziny" historyka Jeana-Louisa Flandrina i „Historia miłości macierzyńskiej" francuskiej filozofki Elisabeth Badinter to dwie książki, które polecam wam dużo bardziej, niż jakikolwiek poradnik dla przyszłych rodziców – zwłaszcza, jeśli niedawno odkryłyście, że okres spóźnia się nieco bardziej niż zwykle, albo wasza dziewczyna wyciągnęła z torebki dziwnie wyglądający patyczek, blada przy tym jak ściana i nienaturalnie spocona.

Książka Flandrina to typowo historyczna analiza zachowań związanych z rodziną między XVI a XIX wiekiem i głównie dotyczy najbardziej postępowych w owych czasach krajów: Anglii i Francji. Sporo tam nerdowskich wykresów, tabel i grafów, jednak dotyczą spraw ekscytujących: w jaki sposób regulowano rozrodczość? Dlaczego rodzice tak często oddawali niemowlaki mamkom, czyli kobietom, które karmiły piersią zamiast rodzonych matek? Kto był w rodzinie najważniejszy? Czy stosunek przerywany wpłynął na dzietność w końcu XVIII wieku? Badinter z kolei, to feministyczna filozofka, znana ze swojego niechętnego stosunku do współczesnej macierzyńskiej nadgorliwości. Pisarka podważa mit, jakoby miłość rodzicielska, zwłaszcza miłość matki do dziecka, była czymś instynktownym, naturalnym – zaś te babony, które nie od razu łapią się na dzidziusiowy klimat, są wyrodnymi potworami, matkami Madzi, odstępstwami od jedynej słusznej normy.

Wynalazek gorliwego macierzyństwa i rodzicielstwa to – jak dowodzą oboje autorzy – kwestia ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat. Wcześniej, o zgrozo, dzieci traktowane było dość obcesowo, nikt nie roztkliwiał się nad ich niedużym rozmiarem i tłustością. Zwyczaj oddawania do płatnych mamek miał się doskonale, nawet jeśli kolejne, wydane na wieś niemowlę umierało z zaniedbań i niedożywienia (pazerne chłopki „zabierały" do siebie dzieci głównie dla zarobku). Śmiertelność takich dzieciaków oscylowała w granicach 60-70% procent, zaś świadomi tego faktu rodzice płodzili następne i znów wydawali je na pastwę wiejskich karmicielek.

Hierachowie kościoła i moralizatorzy dawali ciche przyzwolenie na wydawanie dzieciaków mamkom, nieraz na pewną śmierć, bowiem zadaniem kobiety-żony było przede wszystkim regulowanie małżeńskiej chuci męża.

We Francji, kraju w czasach nowożytnych chyba najbardziej nowoczesnym w Europie, w którym kobiety (zwłaszcza z klas wyższych) cieszyły się największymi swobodami, nie brano dzieci poważnie, traktowano je jako obciążenie w życiu towarzyskim, zsyłano na pięterka i w najlepszym wypadku skazywano na nieustające towarzystwo niań. Karmienie piersią przez matkę zdarzało się sporadycznie, gdyż laktacja, według ówczesnych przesądów, uniemożliwiała seks małżeński. Hierachowie kościoła i moralizatorzy dawali ciche przyzwolenie na wydawanie dzieciaków mamkom, nieraz na pewną śmierć, bowiem zadaniem kobiety-żony było przede wszystkim regulowanie małżeńskiej chuci męża. Dostępna małżonka była warunkiem udanego, niegrzesznego pożycia.

Pocztówki ze szczęśliwymi mamami, lata międzywojenne, Polona.pl

Koncepcję wszechogarniającego rodzica, a zwłaszcza matki, odpowiedzialnej za Wszelkie Zło, które spotyka potomstwo, zapoczątkował swoją książką Emil, czyli o wychowaniu filozof Rousseau (który zresztą sam gorliwie oddawał dzieci do mamek, na wieś). Przedstawił w niej rewolucyjną koncepcję człowieka, o którego wychowanie troszczono się już od najwcześniejszych chwil. Karmienie piersią – oczywiście! Jak najdłużej! Matka na każde wezwanie, odpowiedzialna i czujna- bez wątpienia. Wszelki fakap: to wina niedbałej i nieczułej mateczki.

Temat został podchwycony przez zwolenniczki Jana Jakuba, rekrutujące się głównie z ówczesnej klasy średniej. Trafił na żyzny grunt wśród żon bogatszych mieszczan, zbyt mało majętnych, by wieść życie światowe i towarzyskie, zbyt aspirujących, by w ogóle myśleć o jakiejkolwiek pracy, czy edukacji. Rola supermatki nadawała im znaczenia, przydawała cnót w oczach społeczeństwa, czyniła potrzebnymi. W podłych czasach, kiedy kobiety miały ogólnie niewiele do powiedzenia, mogły stać się się królowymi domostw, odpowiedzialnymi za całodobowe czuwanie przy niemowlaku, za zbilansowane posiłki kilkulatków, za edukację i kształcenie odpowiednich postaw moralnych starszaków. Prawdziwa społeczna nobilitacja.

Nie wszystkie jednakowoż kobiety chętnie poddawały się takiej indoktrynacji, skutkującej izolacją i zamknięciem na kwadracie na długie lata. Takie intensywne macierzyństwo uniemożliwiało pracę kobietom z ludu, zaś aktywności towarzyskie modnisiom z klas wyższych, zwłaszcza we Francji. Kijek na opieszałe baby zaostrzył na początku XX wieku Zygmunt Freud, którego teoria psychoanalizy większość dorosłych problemów z główką zwala na wychowanie, a zwłaszcza na matki. Matki, które kuszą seksualnie, matki niedbałe, histeryczne, nietakie, niewystarczające. Brzmi znajomo?

Książki Flandrina i Badinter polecam zwłaszcza wszystkim tym, których zastanawia „naturalny" porządek rzeczy, który starają się wmówić nam usilnie różni współcześni moraliści, fani rodzicielstwa przywiązania, czy kościelni hierarchowie. Jeśli jesteś młodą babką, którą zdenerwowała kampania społeczna Fundacji Mamy i Taty, w której piękna i bogata biznesłumen łka nad pustą macicą w apartamentowcu, to sądzę, że te dwie ładne, demitologizujące wiele książeczki mogą ci się spodobać.

Więcej VICE
Kanały VICE