Tydzień grozy w towarzystwie mojego borderline

FYI.

This story is over 5 years old.

zdrowie

Tydzień grozy w towarzystwie mojego borderline

W grudniu zdiagnozowano u mnie zaburzenie osobowości borderline, co stało się dopiero początkiem moich kłopotów. To wspomnienia z tego, co działo się później
4.11.15

Poniedziałek

Poniedziałek jest w miarę luźny. Udaje mi się dotrzeć do pracy na dziesiątą, tylko pół godziny spóźnienia. Mój szef na bank myśli, że jestem leserem. Zdecydowanie traktuje mnie z góry, a to najwyraźniej przez to, że dziewięć na dziesięć razy spóźniam się do pracy. Do tego powtarzająca się umiejętność niedotrzymywania deadlinów oraz spędzania większości dnia na szlochaniu w kiblu. Mimo to, nic mi nie wypomina.

Jeszcze przed lunchem zdążę rzygnąć z powodu stanów lękowych i po raz setny usunę konto na FB. Około piętnastej dzwonię do mojego byłego i błagam, aby do mnie wrócił. Odmawia, ale prosi mnie, abym poszła do łazienki, włożyła telefon w majtki i wysłała mu fotkę. Wysyłam. Przynajmniej do 18.30 będę mieć spokój z trzęsawką i potami. Po powrocie do domu zastaję jak zwykle, bałagan. Pokój pęcznieje od zapleśniałych talerzy, znoszonej bielizny i krążących wokół much. Wślizguję się do łóżka, wrzucam Rick and Morty razem z tabletkami nasennymi i budzę się we wtorek.

Wtorek

Robota jest w dechę. Udaje mi się zdążyć i nawet wcisnąć dwugodzinny lunch. Przed dwunastą czuję się nieznośnie niespokojna, więc przekonuję znajomą, aby spotkała się ze mną na lunch na mieście. W restauracji biorę butelkę wina i obiad. Sprawdzam telefon czterdzieści dwa razy i czuję się dużo spokojniej. Przez cały dzień nie zrobię już nic produktywnego.

Tego wieczoru baterie w moim wibratorze wyczerpują się, zanim dochodzę. Moje ciało ogarnia furia, więc rzucam wibratorem jak pociskiem o ścianę. Spadając, wydaje ostatni odgłos zmiażdżenia. Dzwonię do matki i ryczę do momentu, aż pójdę spać.

Reklama

Około trzeciej w nocy budzę się przesiąknięta potem. Czuję, jak woda spływa mi spod pach a moja koszulka wręcz obsesyjnie przykleja się do mokrych cycków. Klatka piersiowa gwałtownie odchyla się w przód i w tył, a serce wędruje do góry w stronę gardła. Śniłam o moim byłym i o tym, jak mało we mnie wierzył. Sprawdzam telefon, po czym wysyłam wymówki do przyjaciół, z którymi miałam się spotkać – nie jestem zbyt solidna, bo przez cały czas muszę znajdować się miejscu, gdzie nie ma problemu z nagłym wybuchem płaczu (a takie miejsca nie istnieją). Kładę się spać z powrotem około piątej.

"Czuję się, jakby wnętrznośći miałyby wypłynąć mi tyłkiem, zalewa mnie fala niepokoju" Ryan Muirhead via Stocksy

Środa

Chociaż udało mi się całkowicie powstrzymać ataki w ciągu dnia, wieczorem wszystko puszcza.

Właśnie zobaczyłam fotkę mojego byłego na Instagramie – miał czelność jeść lunch. Czułam jakby moje flaki szykowały się do wypłynięcia z dupy fontanną strachu. Cała drżąca, nachylam się nad sedesem i czuję jakbym haftowała żyletkami. Doczołguje się do kuchni, spalam trzy fajki po kolei i, kołysząc się w tył i przód, mamroczę pod nosem. Moje ciało powoli mnie zawodzi. Zniekształcone bulgotanie dźwięczy w mojej głowie, przez co nakładam drżące ręce na uszy. I chociaż radzę sobie jakoś ze zmiennymi poziomami lęku (głównie dlatego, że nie mam wyboru), z tak dziwnymi odgłosami pożerającymi moją czaszkę nie poradzę sobie nigdy. Wiem, że jestem pokonana. Ostatnim razem zdarzyło mi się to na stacji Liverpool Station. Moją głowę drążyły dziwne dźwięki, upadłam jak kłoda. Nienagannie rozhisteryzowaną, odprowadzono mnie na posterunek policji, a stamtąd prosto do szpitala.

Reklama

Roztrzęsiona, dzwonię więc do ojca i błagam, aby jak najszybciej mnie stąd zabrał. Ojciec przyjeżdża. Następne dwie godziny próbuje przedrzeć się przez zakorkowane ulice tylko po to, aby mnie uratować. Ogromne dzięki, tato!

Czwartek

Dziś nie mogę iść do pracy. Zaraz po przebudzeniu trochę rzygam, po czym dzwonię do szefa, że nie przyjdę do pracy, bo mam migrenę. Po chwili jestem eskortowana przez matkę do lekarza. W poczekalni, zanim wymknę się do łazienki na szlocha, googluję „jak powiesić się na kalofyferze". Jęcząc w łazience, słyszę, że jestem wzywana radosnym głosem do gabinetu.

Lekarz jest niezwykle łagodny i bardzo cierpliwy – sprawia, że czuję się choć trochę mniej samotna. Jego ulubionym tematem jest analizowanie mojej choroby – czy jest dziedziczna, czy też zależy od środowiska, w którym przebywam? Zazwyczaj radzi mi, abym ścisnęła nadgarstki gumkami elastycznymi i strzelała nimi, kiedy tylko poczuję się wyjątkowo beznadziejnie. Odpowiadam mu, że kiedy wszystko mnie zawodzi, jedyną pocieszającą wizją, która pomaga mi zasnąć, jest samobójstwo. Przesuwa moją terapię na najbliższy termin i przypomina, że w takich chwilach zawsze mogę zadzwonić na linię zaufania.

I chociaż radzę sobie ze zmiennymi poziomami lęku (głównie z powodu braku wyboru), tak z dziwnymi odgłosami pożerającymi moją czaszkę nie poradzę sobie nigdy.

W drodze do domu matka pyta, kiedy ostatnio się kąpałam. Kiedy mówię jej, że jakieś osiem dni temu, totalnie jej odbija. Wypomina, że nie poszłam ostatnio na terapię, po czym próbuję jej wyjaśnić, że te sesje są żenujące, słabe i w ogóle nie pomagają załagodzić problemu. Kłócimy się jak zwykle. Winię ją za moją chorobę i nieustannie proszę, aby już się zamknęła.

Piątek

Depresja totalnie mnie unieruchomiła. Znowu nie poszłam do pracy a do tego obudziła mnie smutna wiadomość – przyjaciółka mojej siostry poważnie zachorowała. Zakopuję się w łóżku na 18 godzin. Dzwonię do przyjaciółki i bez emocji mówię, jak mi przykro. Całe wydarzenie wrzucam gdzieś w niepamięć i wracam do spania.

Najbardziej wyniszczająca cecha zaburzenia borderline to brak umiejętności patrzenia na wydarzenia z dystansu. Nie obchodziła mnie znajoma. Nie mogła mnie obchodzić. Nie miałam na to siły. Mój mózg jest zniekształcony przez wściekłe napady strachu, krwawię tylko lękiem. Nic mi już nie pozostało. Jestem wyjałowiona i pusta w środku.

Reklama

Po kilku godzinach snu budzę się około pierwszej w nocy. Wkurzona, płaczę gorącymi łzami żalu. Dlaczego kurwa nie mogę być lepszą przyjaciółką? Jestem słaba pod każdym względem. Nienawidzę siebie. Jestem totalnym śmieciem.

Polub nasz nowy fanpage VICE Polska

Z pracy dostałam maila dotyczącego obecności. Często zmieniam robotę, bo często ją zawalam. Są chwile, kiedy w miarę dobrze idzie mi zarządzanie moją karierą w obsłudze mediów społecznościowych. W miarę dobrze – do momentu, kiedy wroga choroba mnie dogania i wywala wszystko do góry nogami. Za każdym razem.

Od ponad sześciu dni nie rozmawiałam z nikim oprócz moich rodziców . Około drugiej po południu znowu napadają mnie lęki – zamawiam curry. Dwa dania główne chicken tikka, masala, korma, curry z kurczakiem, cztery cebulowe bhaji, przekąska z shami kebaba, dwie porcje ryżu z cebulą i dwa czosnkowe naany – rachunek opiewa na 54 funty (ok. 300 złotych).

Bulimia podstępem nachodzi mnie już od ponad ośmiu lat. Zażeram się, kiedy życie staje się szczególnie obrzydliwe. Curry to zawsze świetny wybór, jeśli chodzi o zajadanie problemów. Jestem dość niespokojna, więc czekając na jedzenie, wrzucam w siebie cztery miski Coco Pops.

Około 15.30 wracam do łóżka. Wzdęta i przejedzona, niewyraźnymi myślami próbuję odpędzić skurcze żołądka. Zasypiam i budzę się po szóstej rano, następnego dnia.

Rozmyślam nad potraktowaniem ud żyletką – cięcie działa cuda. Nie ma lepszego ujścia.

Sobota

Udaje mi się wcisnąć na dodatkowe spotkanie z lekarzem, który zresztą podziela moje zdanie – staję się neurotycznym przedstawieniem, którego nie da się już kontrolować. Wypisuje mi zwolnienie na tydzień. Z przykulonym ogonem wracam do matki, aby zaraz rzucić się do łóżka i wypłakać w poduszkę. Szef się wkurwi. Lęki bulgoczą w moim żołądku na samą myśl o tym, jak wywraca oczami i wzdycha czytając maila ode mnie. Kiedyś na imprezie powiedziałam mu o napadach lękowych i nazwał mnie mięczakiem. Piszę do niego, przepraszając i obiecując wynagrodzenie wszystkich nieobecności. Rozmyślam nad potraktowaniem ud żyletką – cięcie działa cuda. Nie ma lepszego ujścia. Zalecając się do rad lekarza, matka usunęła wszystkie ostre przedmioty z łazienki. Krzyczę, aż ogarną mnie dreszcze.

Niedziela

W tej chwili nie mam już głosu i sklecam to między kolejnymi napadami płaczu. Mama siedzi obok mnie i zapewnia, że wszystko będzie OK – tak zajebiście ją za to kocham. Nie wiem, gdzie skończyłabym, gdyby nie ogromne wsparcie mojej rodziny. Odtwarzanie tego tygodnia było dla mnie przerażające i refleksyjne zarazem. Chyba naprawdę dobrze jest porozmawiać. Kto by pomyślał?

Zauważyłam, że napływ zwierzeń osób z zaburzeniem osobowości borderline jest coraz większy i to jest zajebiste. Moje zaburzenie zostało zdiagnozowane dopiero w grudniu, po ośmiu latach nieregularnego chodzenia na terapię. Powiedziano mi, że ta niedorzecznie i złowieszczo brzmiąca dolegliwość odpowiada za cały wachlarz moich obscenicznych zachowań – od lipnych prób empatii, przez palącą złość, aż do samookaleczeń. Wszyscy lekarze, których dotychczas spotykałam mówili jednogłośnie: „Problemem nie jest choroba. Problemem jesteś ty sama." Ten mało postępowy komentarz sprawiał, że czułam się zawstydzona albo po prostu dziwna. Dzięki temu cały rok 2015 spędziłam na wrzucaniu antydepresantów, chodzeniu na terapię behawioralną i 16-godzinnym śnie.

Nie mam żadnej świetnej rady dla kogoś, kto przechodzi przez borderline. Nie mogę obiecać, że uda ci się przez to przejść.

Czy masz zaburzenie osobowości, czy nie – bolesne wchodzenie w dorosłość jest do dupy. Tym bardziej cieszą mnie historie innych osób, które doświadczyły borderline – czuje się mniej samotna w swojej chorobie. Czy są jakieś złe strony? Doświadczenia innych zaszczepiają we mnie palącą zazdrość. Mogłabym srać zawiścią. Daleko mi jeszcze do wyzdrowienia i czytanie takich historii przypomina mi o tym. Czuję, że mogłabym z powrotem zanurzyć się w ciemnej głębi.

Nie opłakuję tutaj bohaterskich prób walki innych ludzi. Próbuję, w raczej nieudolny sposób, powiedzieć, że nie mam żadnej świetnej rady dla kogoś, kto przechodzi przez borderline. Nie mogę obiecać, że uda ci się przez to przejść, bo sama nie wiem, czy dam radę. Cierpienie w samotności to mój klimat. Może i twój. Jestem całkiem odporna na pomoc i różne terapie, więc nie mogę świecić przykładem. Wiem jedno — nic nie uzdrawia i uspokaja bardziej, niż świadomość, że nie jesteś sam w każdej takiej zjebanej sytuacji. Kiedy wiesz, że ktoś czai twoje strachy, bo przechodzi przez to samo – a pomimo tego nie przechodzi na ciemną stronę i walczy. Pociecha nadal nie wydaje się w pełni osiągalna, ale jest jedna rzecz, która pomaga mi małymi krokami zbliżyć się do niej. Uwolnienie języka z zaciśniętych zębów. Polecam.