Kupowanie płyt CD za dzieciaka było niezwykłym przeżyciem

„Miałem więc już trzy oryginalne płyty Marilyna Mansona. Kuzyn nie potrafił zrozumieć dlaczego wydaję na nie tyle hajsu i nazywał mnie brudasem, na szczęście srałem na to. Dla bezpieczeństwa natomiast nie trzymałem płyt w widocznym miejscu"

|
15 Kwiecień 2016, 2:39am

Z nostalgią wspominam czasy, gdy większość świąt i dni wolnych spędzałem w Opolu, w dwupokojowym mieszkaniu z dużym balkonem należącym do mojej babci. Jako najmłodszy wnuk zawsze byłem mocno rozpieszczany. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałem w odwiedziny, babcia prezentowała mi tabliczkę czekolady bądź ptasie mleczko z wciśniętym hajsem. Zależnie od humoru i premii otrzymanych od jej dzieci z USA, wkładka wynosiła przeważnie od stu do dwustu złotych.

Najlepiej pamiętam okres wczesnej podstawówki. Wtedy też w Opolu nastąpił przełom. Otwarto pierwszy w mieście hipermarket o nazwie Real. Niedługo potem, po drugiej stronie parkingu, powstało coś o wiele ważniejszego: hangar, w którym mógłbym zamieszkać, nagromadzenie wszystkich dobrodziejstw technologicznych w jednym miejscu, raj nie dla idiotów. Wolnostojący ogromny salon Media Markt.

Pierwszy taki w Polsce otwarto w 1998 roku, w Opolu jednakże pojawił się parę lat później. To był jeden z większych przełomów, jakich do tej pory doświadczyłem. Od raju dzielił mnie zaledwie 10-minutowy spacer przez park. Wychodziłem od babci z mieszkania, zjeżdżałem na dół windą, dochodziłem do „Górki Śmierci" (swoją drogą wolę nie wiedzieć dlaczego ktoś jej nadał taką nazwę?) i stamtąd już na horyzoncie pojawiał się upragniony cel. Nigdy później nic nie było tak proste. Chodzenie do Media Marktu zaliczam oficjalnie do najlepszych spacerów w moim życiu.

W tamtych czasach dwie stówy dla dziesięciolatka przebywającego o krok od zakupowej mekki stanowiło więcej niż dziś talon na kurwę i balon. Przechodząc przez automatycznie otwierane wrota do raju, wchodziłem co centrum mojej edukacji muzycznej. Discmana Sony wraz z nausznymi słuchawkami dostałem od ojca w prezencie komunijnym, Game Boya z zestawem kartridży również już posiadałem. Miałem kilka ulubionych gier, często wymieniałem się z kolegami. Jednak od nowych gier wolałem nową muzykę. Siedzenie z włączonym discmanem i słuchawkami na uszach, podczas zabawy klockami bądź czytania komiksów, uważałem za najlepszą z rozrywek. Wydawałem cały szmalu od babci na nowe płyty CD. Przynosiłem ich naprawdę dużo, uzależniłem się od kupowania.


„Mam w dupie Przystanek Woodstock" – przeczytaj dlaczego


Na jakiej podstawie dokonywałem wyboru? Najprościej rzecz ujmując, sugerowałem się oprawą graficzną i poziomem zajebistości okładki. Lubiłem też zagadywać personel bądź kogoś starszego bez kija w dupie, komu na pierwszy rzut oka mogłem zaufać. Pamiętam, jak pewien pancur w kurtce z ćwiekami wertował dyskografię The Exploited i mówił mi: „Bierz, młody, Beat The Bastards, nie zawiedziesz się. Ta płyta to istny sajgon, uwielbiam ją!". Coś mi wewnętrznie podpowiadało, że jak chcę zacząć przygodę z hardkorowym punkiem, to najprawdopodobniej lepiej nie trafię. I hop do czerwonego koszyka.

W Opolu rówieśników nie miałem, czasami spędzałem popołudnia ze starszymi kuzynami mieszkającymi po drugiej stronie ulicy. Oni w tamtym czasie cały hajs otrzymany od babci wydawali na nową kurtkę ortalionową Adidasa albo buty na siłownię. Byli zagorzałymi fanami polskiego hip-hopu w klasycznych dresowych strojach i żeby nie być obiektem drwin, wszystkie płyty z muzyką metalową chowałem przed ich przyjściem do plecaka. Rozumiałem też, abyśmy mieli o czym gadać, musiałem się im przypodobać. Siłą rzeczy, tak zacząłem swoją przygodę z rapem. Kupiłem płytę Paktofoniki Kinematografia. Osobiście dałem ją rozfoliować kuzynowi, w powietrzu unosił się szacunek. Po niespełna trzech latach od śmierci Magika było w tamtym czasie wciąż głośno o tym albumie. Z podobnych historii, znałem tylko tą Kurta Cobaina i jego kapeli, a że płyta Nevermind była jedną z moich ulubionych, czułem pewien związek.

Poszedłem dalej za ciosem i chciałem sprawić sobie jeszcze jakieś wydawnictwo z polskim hip-hopem. Szczególnie podobał mi się fakt, że cena takiej płyty nie przekraczała trzydziestu złotych, podczas gdy zagraniczny album metalowy kosztował przeważnie te dwie dychy więcej. Polskich płyt metalowych starałem się unikać, bo raz zaryzykowałem i przyniosłem Revelations Vadera jakoś świeżo po premierze i z ręką na sercu, nie mogłem tego strawić. Death metal dla dziesięciolatka to było za dużo. Kupiłem też wtedy Fisza Polepione dźwięki. Kuzyn odradzał, mówił że Fisz przynudza, żebym wziął Peję i Slums Attack Na legalu?, ale na całe szczęście widziałem wcześniej na kineskopowym telewizorze babci teledysk do Głuchej nocy w Vivie. Nie dałem się wychujać. Biło od tego zatwardzeniem umysłowym, które potrafiłem diagnozować też i u zagorzałych fanów. Kuzyn chyba wykręcił mi wtedy rękę za te słowa. Pomarańczowa okładka Polepionych dźwięków z wielkim tagiem „Fisz" bez widocznego tytułu płyty na froncie jawiła się za to jako coś alternatywnie kozackiego.

Przeceniona płyta The Last Tour On Earth Marilyna Mansona, koncertówka z wielkim podpalonym krzyżem na ciemnej scenie, krzyczała na mnie z alejki wykonawców przypisanej literze „M". Wiedziałem, że to musi być coś zajebiście kontrowersyjnego. Poprzednio udało mi się zakupić w ramach promocji „zagraniczna płyta w polskiej cenie" genialnie wydany album Mechanical Animals i Holy Wood. Miałem więc już trzy oryginalne płyty Marilyna Mansona, bez dwóch zdań pozamiatały mnie one na resztę mojego żywota. Kuzyn nie potrafił zrozumieć dlaczego wydaję na nie tyle hajsu i nazywał mnie brudasem, na szczęście srałem na to. Dla bezpieczeństwa natomiast nie trzymałem płyt w widocznym miejscu.


Jesteśmy fajniejsi niż Bon Jovi. Polub nasz fanpage VICE Polska


Oczywiście ktoś może powiedzieć, że nie musiałem kupować płyt jak leci, aby uniknąć zawodów, które musiały się czasem przydarzyć. Nie wiem po dziś dzień dlaczego zapłaciłem sześć dych za płytę Bon Joviego Bounce albo pierwszą płytę Iron Maiden. To znaczy wiem w tym drugim przypadku, dlaczego. Postać Eddy'ego na wszystkich okładkach Maidenów to pomysł, który zrewolucjonizował oprawy graficzne „metalowego" świata.

Media Markt, podobnie jak np. Empik, przewidywał w tamtym czasie pewne udogodnienia. Można było poprosić obsługę sklepu o wsadzenie płyty do maszyny, gdzie podpięte były niezłej klasy słuchawki nauszne. Zazwyczaj były tam kolejki stworzone z innych gryzoni żądnych muzycznych wrażeń, a ich pot odkładał się na słuchawkowych gąbkach. No bo jak w czerwcowe popołudnie te słuchawki mają pachnieć fiołkami, gdy od trzech godzin długowłosy licealista nie może zdecydować się na zakup konkretnej Metalliki i tupie, kurwa, w najlepsze. Nie będę ściemniał, brzydziłem się, kto poza tym chce słuchać płyty na stojąco przy jarzeniowym świetle? Ten metrowy kabel jeszcze łudząco przypominał mi smycz. A ja chciałem wolnego rynku i wolności.